AI randkuje za nas. Coraz więcej osób oddaje rozmowy sztucznej inteligencji

 


 AI randkuje za nas i robi to w sposób, który jeszcze kilka lat temu brzmiałby jak kiepski żart z przyszłości, a dziś zaczyna przypominać codzienność, w której coraz mniej jest przypadkowości, a coraz więcej wygładzonej, wytrenowanej komunikacji podsuwanej przez algorytmy. Patrzę na to z mieszanką fascynacji i niepokoju, bo z jednej strony trudno nie docenić tego, jak bardzo technologia weszła w przestrzeń, która do tej pory była najbardziej ludzka, chaotyczna i nieprzewidywalna, a z drugiej strony coś tu zaczyna się rozmywać w sposób, którego nie da się już tak łatwo odwrócić. Randkowanie zawsze było grą nerwów, niedopowiedzeń, ryzyka i intuicji, ale teraz ta gra zaczyna być częściowo delegowana na coś, co nie ma ani nerwów, ani intuicji, ani ryzyka, tylko statystykę, wzorce i językowe dopasowanie. I kiedy patrzę na to, jak ludzie oddają swoje rozmowy, flirt i pierwsze wrażenia w ręce czata AI, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wchodzimy w etap, w którym kontakt między dwojgiem ludzi zaczyna przypominać bardziej negocjację prowadzoną przez pośrednika niż spotkanie dwóch realnych emocji.

Najbardziej uderza mnie w tym wszystkim nie sama technologia, tylko ulga, jaką ona daje. Ulga, że nie trzeba już siedzieć nad każdą wiadomością, ważyć słów, zastanawiać się, czy to zabrzmi „za bardzo”, „za mało”, „zbyt desperacko” albo „zbyt obojętnie”. Ulga, że ktoś albo coś przejmuje ciężar pierwszego wrażenia, które w aplikacjach randkowych stało się niemal walutą emocjonalną. Bo dziś nie wygrywa ten, kto czuje najwięcej, tylko ten, kto potrafi to najlepiej opakować w zdanie, które zatrzyma kciuk drugiej osoby na ekranie. I nagle okazuje się, że AI idealnie wpisuje się w ten model, bo robi dokładnie to, co jest potrzebne: wygładza, dopasowuje, podkręca atrakcyjność języka, usuwa niezręczności, a zostawia efekt „wow”, który często nie ma już nic wspólnego z tym, kto naprawdę siedzi po drugiej stronie.

W tym wszystkim najbardziej niepokojące jest to, jak szybko zaczynamy traktować to jako coś normalnego. Jakby rozmowa była tylko problemem technicznym, który trzeba zoptymalizować, a nie przestrzenią, w której człowiek ujawnia siebie w sposób niedoskonały, ale właśnie przez to prawdziwy. Bo kiedy AI zaczyna pisać za nas, to nie tylko poprawia nasze zdania. Ona zaczyna modelować nasze intencje, ton, sposób reagowania, a czasem nawet tempo emocji. I nagle okazuje się, że nie tyle rozmawiamy z drugą osobą, co z jej wersją przefiltrowaną przez narzędzie, które ma sprawić, że będzie ona bardziej atrakcyjna, bardziej interesująca, bardziej „do wzięcia”.

I tutaj pojawia się coś, co trudno nazwać wprost, ale co czuć w tych wszystkich historiach o Tinderze, czatach, promptach i analizach rozmów. Zanik spontaniczności. Nie tej romantycznej, filmowej, tylko tej zwykłej, ludzkiej niepewności, która sprawia, że człowiek czasem napisze coś głupiego, czasem zaryzykuje, czasem się odsłoni za bardzo albo za mało. To właśnie w tych niedoskonałościach rodzi się coś prawdziwego, coś, co później może stać się relacją, a nie tylko wymianą dobrze skonstruowanych komunikatów. A kiedy AI zaczyna te niedoskonałości wygładzać, to jednocześnie wygładza też ryzyko, a bez ryzyka nie ma już żadnej stawki emocjonalnej.

Najbardziej uderza mnie też to, jak szybko oddajemy tej technologii coś jeszcze bardziej delikatnego niż słowa. Oddajemy jej interpretację. Nie tylko pisanie wiadomości, ale też ich rozumienie. Zaczynamy pytać, co ktoś „naprawdę miał na myśli”, jakby druga osoba była szyfrem do rozszyfrowania, a nie człowiekiem, który po prostu coś napisał, być może z dystansem, być może z zainteresowaniem, być może bez większej refleksji. AI staje się wtedy czymś w rodzaju emocjonalnego tłumacza, który ma rozstrzygnąć niepewność, ale w rzeczywistości często ją tylko pogłębia, bo zaczynamy ufać jego interpretacji bardziej niż własnemu odczuciu.

I gdzieś w tym wszystkim ginie bardzo ważny element, który zawsze był fundamentem relacji: niepewność jako przestrzeń spotkania. Ten moment zawieszenia, w którym nie wiadomo jeszcze, co z tego będzie, ale właśnie dlatego człowiek jest bardziej obecny, bardziej uważny, bardziej autentyczny. AI tę przestrzeń zaczyna wypełniać odpowiedziami, analizami, sugestiami, jakby każdy brak jednoznaczności trzeba było natychmiast rozwiązać, zanim zdąży stać się doświadczeniem.

Patrzę na to też z innej strony, bardziej cichej, mniej spektakularnej, ale chyba jeszcze ważniejszej. Jeśli przez dłuższy czas uczymy się komunikować przez pośrednika, który za nas dobiera słowa, to w którym momencie tracimy kontakt z własnym językiem emocji. Z tym, jak naprawdę brzmi nasze „lubię cię”, „nie jestem pewien”, „tęsknię”, „boję się”, „chcę spróbować”. Bo AI nie tylko pisze za nas wiadomości, ona zaczyna też definiować styl, w jakim te emocje w ogóle są wyrażane. A kiedy przychodzi moment spotkania twarzą w twarz, nie ma już przycisku „wygeneruj lepszą wersję siebie”.

I może właśnie w tym miejscu pojawia się największe napięcie całej tej historii. Nie w samej technologii, ale w tym, co ona robi z naszym oczekiwaniem wobec relacji. Bo im bardziej przyzwyczajamy się do płynnych, dobrze skonstruowanych, bezwysiłkowych interakcji, tym trudniej później zaakceptować zwykłą ludzką rozmowę, która się zacina, milknie, wraca, zmienia kierunek i nie zawsze prowadzi tam, gdzie byśmy chcieli. A jednak to właśnie w tej nieidealności zawsze działo się coś realnego.

I kiedy patrzę na to wszystko, mam wrażenie, że nie chodzi już o to, czy AI „powinna” randkować za nas czy nie. Ona już to robi, przynajmniej częściowo. Prawdziwe pytanie dotyczy czegoś innego, bardziej niewygodnego. Co zostaje z człowieka w momencie, kiedy jego pierwsze słowo do drugiej osoby nie jest już jego własnym słowem. I czy w ogóle da się jeszcze odróżnić relację, która zaczęła się od autentycznego impulsu, od tej, która od początku była tylko dobrze zaprojektowaną wersją samej siebie.

Bo być może najcichsza zmiana nie dzieje się w technologii, tylko w nas, w sposobie, w jaki zaczynamy wierzyć, że lepsza wersja komunikatu jest tym samym co lepsza wersja relacji. A to już nie jest takie oczywiste, jak mogłoby się wydawać, kiedy patrzy się tylko na ekran.



 Randkowanie przestało być rozmową między dwojgiem ludzi. Zaczęło przypominać proces, w którym obecność trzeciego uczestnika jest tak oczywista, że aż niewidzialna. Nie chodzi już nawet o same aplikacje, o te przesuwane twarze, które w pewnym momencie zlewają się w jeden, powtarzalny rytm palca na ekranie. Chodzi o coś głębszego, bardziej niepokojącego, o moment, w którym człowiek przestaje ufać własnym słowom, własnym impulsom, własnemu pierwszemu odruchowi i zaczyna delegować go gdzieś dalej, do systemu, który odpowiada szybciej, gładziej, bez zawahania. W tym sensie nie tyle AI randkuje za nas, co powoli uczy nas, że my sami jesteśmy niedostateczni jako autorzy własnych emocji.

Zaczyna się niewinnie, od poprawienia zdania, od sugestii lepszego sformułowania, od podpowiedzi, która ma nas „odblokować”. Ale im dłużej się temu przyglądam, tym bardziej widzę, że w tej wygodzie kryje się coś, co przypomina ciche oddanie kontroli nad własnym sposobem bycia. Bo jeśli ktoś przez kilka tygodni, miesięcy, może lat, oddaje swoje pierwsze zdania komuś lub czemuś innemu, to w pewnym momencie przestaje pamiętać, jak brzmiał jego własny głos bez tego filtra. I wtedy nie chodzi już o to, czy wiadomość jest ładna. Chodzi o to, czy jeszcze w ogóle jest jego.

Najbardziej uderza mnie jednak nie sama technologia, tylko emocjonalna logika, która za nią stoi. Ludzie nie sięgają po AI dlatego, że chcą oszukiwać. Przynajmniej nie na początku. Sięgają po nią, bo randkowanie stało się przestrzenią permanentnej oceny. Każde zdanie jest testem, każde „hej” może być początkiem albo końcem czegoś, co jeszcze nawet nie zdążyło się wydarzyć. W tej presji naturalność zaczyna brzmieć jak ryzyko, a spontaniczność jak brak profesjonalizmu. I nagle pojawia się pokusa, żeby siebie poprawić, wygładzić, zoptymalizować. Jakby relacja była projektem do zarządzania, a nie spotkaniem dwóch nieprzewidywalnych światów.

Widziałem w tym coś jeszcze bardziej subtelnego, coś, co trudno uchwycić bez lekkiego niepokoju. AI nie tylko pisze za ludzi. Ono zaczyna interpretować ich rzeczywistość. Zamiast „czuję, że on jest zdystansowany”, pojawia się „system wykrył dystans w strukturze emocjonalnej wypowiedzi”. Zamiast intuicji – analiza. Zamiast zawahania – rekomendacja. I to jest moment, w którym człowiek przestaje ufać własnej zdolności odczytywania drugiego człowieka. Zaczyna wierzyć, że prawda o relacji jest czymś, co można wyliczyć, a nie czymś, co się wyczuwa, często błędnie, często boleśnie, ale jednak osobiście.

Paradoks polega na tym, że im więcej mamy narzędzi do „lepszego rozumienia” drugiej osoby, tym mniej jesteśmy w stanie znieść jej niejednoznaczność. A przecież relacje od zawsze były właśnie tym: niejednoznacznością, która wymagała cierpliwości, milczenia, błędnych interpretacji, czasem nawet cierpienia. Teraz tę przestrzeń wypełnia coś, co nie ma cierpliwości, ale ma odpowiedź. A odpowiedź zawsze kusi bardziej niż pytanie.

Zaczynam też dostrzegać, jak zmienia się samo doświadczenie bliskości. Bo jeśli ktoś najpierw pyta system, co znaczy czyjeś zdanie, a dopiero potem czuje, to emocje przestają być pierwszym językiem kontaktu. Stają się drugim tłumaczeniem. A każde tłumaczenie coś traci. Czasem niuans, czasem drżenie, czasem tę jedną niepewność, która w relacji bywa ważniejsza niż pewność.

Nie ma w tym jednak prostego moralizowania, bo trudno udawać, że to tylko kwestia wygody czy lenistwa. W tle jest coś znacznie bardziej ludzkiego. Strach przed pomyłką. Przed odrzuceniem. Przed tym, że napisze się coś „nie tak” i drzwi, które mogły się otworzyć, zamkną się bez szansy na drugą próbę. AI staje się więc nie tyle oszustwem, co amortyzatorem lęku. Tyle że każdy amortyzator zmienia sposób, w jaki zderzamy się z rzeczywistością. I po jakimś czasie nie wiadomo już, czy to my nie umiemy skakać, czy po prostu nigdy nie musieliśmy tego robić bez zabezpieczeń.

W tym wszystkim najbardziej intryguje mnie jeszcze jedno przesunięcie. Coraz częściej nie chodzi o to, żeby kogoś poznać. Chodzi o to, żeby dobrze wypaść w procesie poznawania. A to są dwa zupełnie różne światy. W jednym szuka się kontaktu. W drugim – aprobaty. I AI idealnie wpisuje się w ten drugi, bo aprobatę można optymalizować, kontakt już nie.

Czasem mam wrażenie, że jesteśmy świadkami powolnego rozmywania granicy między „ja czuję” a „system ocenia, co powinienem czuć”. I to rozmycie nie dzieje się gwałtownie. Ono jest miękkie, prawie niezauważalne. Wchodzi w codzienność przez drobne decyzje, przez jedną poprawioną wiadomość, przez jedno zapytanie „czy on mnie lubi?”, które już nie trafia do przyjaciela, tylko do modelu językowego.

I być może najbardziej niepokojące nie jest to, że AI zaczyna mówić w naszym imieniu. Tylko to, że coraz częściej robi to wtedy, kiedy my jeszcze moglibyśmy mówić sami, ale już wolimy poczekać na wersję bardziej bezpieczną, bardziej spójną, bardziej akceptowalną. Jakbyśmy z góry zakładali, że autentyczność jest ryzykiem, a nie wartością.

A przecież relacje, jeśli mają jeszcze jakąś swoją pierwotną ciężkość, zawsze były ryzykiem. Nie da się ich odchudzić do poziomu algorytmu, nie tracąc czegoś po drodze. Tylko że nikt nie wie dokładnie, co znika pierwsze. I czy da się to jeszcze nazwać stratą, jeśli nie umiemy już wskazać momentu, w którym to się wydarzyło.

Zostaje więc dziwne napięcie. Między tym, co napisane przez człowieka, a tym, co napisane „lepiej”. Między tym, co czujemy, a tym, co zostaje zatwierdzone przez zewnętrzną inteligencję. I między potrzebą bycia z kimś naprawdę, a potrzebą bycia dobrze odebranym przez kogoś, kogo jeszcze nawet nie spotkaliśmy.

I gdzieś w tym wszystkim pojawia się pytanie, które nie daje się łatwo wygładzić ani zoptymalizować, bo nie ma jednej odpowiedzi. Co zostaje z relacji, kiedy pierwsze zdanie, pierwsze zawahanie i pierwsza niepewność nie są już nasze…



 I w tym wszystkim zostaje jeszcze coś, co trudno uchwycić bez wrażenia lekkiego rozchwiania, jakby cały ten cyfrowy teatr przesuwał się o kilka milimetrów w stronę, której nikt nie zaplanował do końca. Bo kiedy patrzy się na te rozmowy, na te wygładzone odpowiedzi, na te idealnie wyważone zdania, które mają trafić w emocje drugiej osoby jak dobrze wystrzelony pocisk, to zaczyna brakować miejsca na ciszę między słowami. A to właśnie w tej ciszy zawsze działo się najwięcej, choć nikt jej nie zapisywał, bo nie da się jej wkleić do żadnego okienka czatu ani ocenić w skali dopasowania.

Zaczynam mieć wrażenie, że relacje powoli tracą swoją chropowatość, tę drobną nieporadność, która kiedyś była jak odcisk palca, czymś nie do podrobienia, nawet jeśli czasem niewygodnym. Teraz wszystko staje się gładkie, przefiltrowane przez system, który nie zna zmęczenia, nie zna zawahania i nie zna tego momentu, w którym człowiek mówi coś zbyt szybko, a potem żałuje, ale właśnie przez to jest prawdziwie obecny. AI nie zostawia miejsca na żal, bo nie zostawia miejsca na błąd. A bez błędu trudno rozpoznać, gdzie kończy się strategia, a zaczyna człowiek.

Najbardziej niepokoi mnie jednak to, że ta gładkość zaczyna być odbierana jako forma dojrzałości. Jakby dobrze napisane zdanie było dowodem na to, że ktoś wie, co robi w relacji. Jakby emocjonalna inteligencja miała teraz format tekstu, a nie doświadczenia. I im bardziej to się utrwala, tym trudniej przypomnieć sobie, że kiedyś wystarczało zwykłe „hej”, napisane trochę niepewnie, trochę krzywo, żeby coś się zaczęło. Bez analizy tonu, bez sprawdzania potencjału, bez pytania systemu, czy to ma sens. Po prostu między dwoma ludźmi, którzy jeszcze nic o sobie nie wiedzą, ale nie próbują od razu tego zoptymalizować.

I być może właśnie tu zaczyna się najcichsza zmiana, taka, której nie da się łatwo złapać w nagłówku ani opisać jednym zdaniem. W tym, że przestajemy ufać niedoskonałemu pierwszemu impulsowi, a zaczynamy ufać jego przetworzonej wersji. Jakby życie emocjonalne miało teraz swój tryb „ulepszony”, a my coraz rzadziej sięgamy po ten podstawowy, surowy, niepewny, ale jedyny naprawdę własny.

Zostaje też dziwne napięcie w tym, jak bardzo chcemy, żeby ktoś nas zobaczył, a jednocześnie jak bardzo boimy się pokazać się bez korekty. Jakby bycie sobą wymagało dziś wcześniejszej konsultacji. I w tej konsultacji znika coś, czego nie da się już potem odzyskać jednym kliknięciem „cofnij”. Bo nawet jeśli wiadomość wygląda lepiej, nawet jeśli robi wrażenie, nawet jeśli druga strona odpowiada szybciej i cieplej, to gdzieś po drodze ginie to nieuchwytne wrażenie, że to naprawdę my byliśmy jej źródłem.

I nie ma w tym prostego rozstrzygnięcia, bo z jednej strony trudno nie widzieć ulgi, jaką daje to wszystko ludziom zmęczonym samotnością, presją, niepewnością, tym całym niewidzialnym wysiłkiem, który kiedyś trzeba było nieść samemu. A z drugiej strony trudno nie zauważyć, że im bardziej ta ulga się rozlewa, tym mniej zostaje miejsca na momenty, które nie są wygodne, ale są prawdziwe.

Czasem łapię się na myśli, że największa zmiana nie dzieje się w tym, co piszemy, tylko w tym, co przestajemy tolerować w rozmowie. W tej drobnej niecierpliwości wobec ciszy, w tym odruchu poprawiania każdej niedoskonałości, zanim zdąży stać się czymś znaczącym. Jakby każda przerwa była błędem, a każda niepewność stratą czasu. A przecież to właśnie tam, w tych przerwach, rodziło się kiedyś coś, co nie potrzebowało żadnej optymalizacji, żeby stać się początkiem.

I zostaje jeszcze jedno pytanie, które nie daje się łatwo wygładzić żadnym algorytmem, bo nie chodzi w nim o skuteczność ani o dopasowanie. Bardziej o to, czy kiedy zdejmiemy z tych wszystkich rozmów warstwy podpowiedzi, korekt i analiz, będziemy jeszcze w stanie rozpoznać własny sposób mówienia do drugiego człowieka. Ten nieidealny, nieprzewidywalny, czasem zbyt prosty, czasem zbyt ryzykowny, ale jednak nasz.

I gdzieś na granicy tego pytania wszystko jeszcze się unosi, nie do końca rozstrzygnięte, jakby czekało na odpowiedź, której nikt nie zdążył jeszcze wygenerować…

Komentarze

  1. Dlatego tak bardzo cieszę się, że etap randkowania mam już za sobą! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brzmi jak duża ulga, ale trochę się zastanawiam, czy to nie jest też taki moment, że po prostu zmienia się perspektywa, a nie że „problem znika”. Randkowanie potrafi być męczące, jasne, ale czasem mam wrażenie, że z dystansu łatwo zapomnieć też o tej ekscytacji i nowych emocjach, które jednak się z tym wiążą.

      Usuń
  2. Straszne to... Mimo , że zawodowo trochę jestem związana z branżą AI to użycie jej w takich sytuacjach randkowych nie ma dla mnie sensu. AI za nas nie pokocha, nie jest nami - a że wygeneruje bezpieczną odpowiedź to trochę za mało. Cudowne są te wszystkie niedoskonałości, niedopowiedzenia itd. Takie sztuczne wypadanie na ideał i tak w którymś momencie zderzy się z ą. rzeczywistości i szydło wyjdzie z worka. Cieszę się , że mnie to AI-owe randkowanie nie dotyczy .

    ciepło pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam mieszane uczucia, bo z jednej strony AI może komuś pomóc przełamać lęk przed rozmową czy pierwszym kontaktem, ale z drugiej — randkowanie bez tych „niedoskonałości” trochę traci sens, bo właśnie one często budują prawdziwą relację. Zastanawiam się tylko, czy to nie pójdzie w stronę, gdzie ludzie zaczną się przyzwyczajać do idealnych odpowiedzi i potem realne rozmowy będą im się wydawały zbyt chaotyczne albo „niewygodne”?

      Usuń
  3. Życie zmienia się w szalonym tempie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że dziś zmienia się nie tylko życie, ale też nasze oczekiwania wobec niego. Kiedyś kilka większych zmian w ciągu roku wydawało się dużo, a teraz czasem jeden miesiąc potrafi wywrócić wszystko do góry nogami. Z drugiej strony zastanawiam się, czy faktycznie świat przyspieszył, czy po prostu jesteśmy bombardowani większą ilością informacji i dlatego tak to odczuwamy.

      Usuń
  4. Anonimowy19/6/26 22:45

    Mnie już nic nie zdziwi, bo duża część nadwiślańskiej populacji zeszła już w strefy ujemne IQ. Nawet mi nie żal tych osobników.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że takie stwierdzenia więcej mówią o poziomie frustracji niż o samych ludziach. Jasne, czasem człowiek patrzy na niektóre zachowania i łapie się za głowę, ale wrzucanie ogromnej grupy ludzi do jednego worka raczej niczego nie wyjaśnia. Zresztą historia pokazuje, że każdemu z nas zdarza się wierzyć w coś głupiego albo dać się ponieść emocjom. A może problem nie leży w IQ, tylko w tym, jak dziś działa informacyjny chaos i media? Chętnie poznam inne zdanie.

      Usuń
  5. Ciekawy tekst. Przeczytałam z dużym zainteresowaniem.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam podobnie, takie teksty lubię najbardziej, niby czyta się je szybko, a potem jeszcze wracają do głowy po jakimś czasie. Czasem nawet bardziej interesują mnie refleksje, które wywołują, niż sam temat.

      Usuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Paradoks polega na tym, że przez tysiące lat ludzie zakochiwali się mimo niezręcznych słów, a dziś coraz częściej próbują zakochać się dzięki idealnym komunikatom. Tylko dokąd to wszystko zmierza...?

      Usuń
    2. Coś w tym jest. Mam czasem wrażenie, że kiedyś ludzie bardziej ryzykowali bycie sobą, a dziś wiele rozmów brzmi jak starannie przygotowana prezentacja, żeby przypadkiem nie wypaść źle. Paradoksalnie te niezręczne słowa, pomyłki czy głupie żarty często najbardziej zapadają w pamięć i budują bliskość. Może dlatego nie jestem pewien, czy „lepsza komunikacja” zawsze oznacza lepsze relacje.

      Usuń
  7. Choć nie jestem mistrzynią w komunikacji, to wolę własną niedoskonałość niż pomoc AI w takich sprawach, która, swoją drogą, nie jest nieomylnym narzędziem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym jest, bo ta „własna niedoskonałość” często brzmi po prostu bardziej prawdziwie niż wygenerowane, idealnie gładkie odpowiedzi. Z drugiej strony zastanawiam się, czy AI nie bywa czasem tylko takim narzędziem do przełamania blokady, a nie zastępstwem samego człowieka.

      Usuń
  8. Zdravo, Andrzej. Ovaj tekst doista ne samo potiče na razmišljanje nego i propituje možda i najgori aspekt korištenja AI, onaj koji zadire u osobne odnose. Tu postoji stvarna i opipljiva opasnost. Ako ne koristimo mozak za razmišljanje, što smo onda? Ako ne koristimo svoje društvene vještine za održavanje i stvaranje prijateljstava, vezi i kontakta, nego AI to čini za nas, jesmo li onda uopće ljudi? Jedna od najstarijih definicija čovjeka kaže nam da je čovjek društveno biće. Ako tu 'društvenost' preuzme AI jer je tako lakše, što onda preostaje nama? Ako AI preuzme osobno izražavanje, mišljenje i kreativnost što onda mi zapravo radimo? Jesmo li i dalje čovjek?

    Gdje zapravo to sve ide? AI generirani razgovor na aplikacijama za upoznavanje, AI generirane poruke obitelji, AI generirane poruke sućute....
    Nedavno sam pročitala poruku žene koja je zgrožena kada joj je prijateljice poslala AI poruku sućuti zbog smrti njenog oca. Ta je poruka bila toliko očito AI, a uz to i neprikladna jer se izgledala kao ruganje, toliko je to grozno bilo, stvarno za plakati. Jednostavna poruka "Žao mi je, ne znam što reći." bila ti stotinu puta bolja.

    Ljudi često kažu da je i nesavršenost bolja i ja se slažem, ali moram dodati da su AI generirane poruke također nesavršene. Možda izgledaju dobro na prvi pogled i čine se da nam štede vrijeme, ali se uglavnom radi o užasno nekvalitetnom pisanju. Stvarno ne vidim kako takve poruke mogu ikoga impresionirati.

    Društvena komponetna života je nešto što je ponekad neugodno, ali iz neugode proizlaze rješenja. Ako se ne dovedemo u neugodnu situaciju nikada nećemo napredovati u ničemu. Sve je teško na svoj način, od neugode i nelagode ne treba bježati pogotovo kada je povezana s ljudskom komponentom našeg života.

    Ja se osobno najviše brinem za djecu i mlade adolescentske dobi jer su oni najčešće žrtve AI ovisnosti. Postoje brojni slučajevi gdje je AI inteligencija poticala djecu da sakrivaju svoju depresiju, anoreksiju i slične probleme te ih savjetovala da ne razgovaraju s roditeljima. Postoje čak i dokumentirani slučajevi gdje je Chat GPT poticao mlade na suicid. Djeca i mladi se često osjećaju izolirano i naravno ne mogu imati razvijene društvene vještine kao odrasli, pa su posebno ranjiva grupa korištenja AI na pogrešan način. Kada bi korporacije imale imalo morala, ne bih dopuštale da se AI-om koriste djeca, ali oni upravo na njih često i ciljaju.

    Nisam protiv AI, iako tako ponekad zvučim jer stalno govorim o njegovim nedostacima. AI može biti koristan i ubrzati monotone poslove i tako dalje. No, koristiti AI za ono što je osobno i ljudsko u nama je suludo.

    Hvala ti na zanimljivoj objavi!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hvala ti na ovako promišljenom komentaru. Razumijem tvoju zabrinutost i u mnogočemu se slažem — posebno oko toga da se društveni i emocionalni dio života ne može “automatizirati” bez posljedica. AI može pomoći u stvarima koje su tehničke ili repetitivne, ali kad počne zamjenjivati iskrenu ljudsku komunikaciju, tu se zaista otvara važno pitanje granica. Možda je ključ upravo u tome da ga koristimo kao alat, a ne kao zamjenu za odnose među ljudima.

      Usuń

Prześlij komentarz

Licznik Gości

Obserwatorzy