Bez Ciebie prawda nie ma żadnych szans

 


 Bez Ciebie prawda nie ma żadnych szans i to zdanie, choć brzmi jak publicystyczny slogan, w praktyce zachowuje się jak zimne stwierdzenie faktu, które z każdym kolejnym dniem coraz mniej potrzebuje ozdobników, a coraz bardziej precyzji. Bo prawda, jeśli w ogóle jeszcze da się ją traktować jako coś stabilnego, nie istnieje już w próżni, nie unosi się gdzieś ponad ludźmi jak neutralna kategoria logiczna, tylko jest w nich zanurzona, przefiltrowana przez ich emocje, tempo scrollowania, zmęczenie, nieufność, czasem przez zwykłą potrzebę natychmiastowego sensu. I to właśnie tutaj zaczyna się coś niepokojącego, coś co nie daje się łatwo opisać językiem klasycznych definicji, bo nie chodzi już o to, czy coś jest prawdziwe, lecz o to, czy zostanie w ogóle rozpoznane jako prawdziwe w czasie, który jeszcze ma znaczenie.

Wchodzę w ten temat nie jak obserwator z zewnątrz, tylko jak ktoś, kto od lat patrzy na ten mechanizm od środka i widzi, jak bardzo zmieniła się relacja między przekazem a odbiorcą. Dawniej istniał jeszcze luksus opóźnienia, ta niewielka przestrzeń między informacją a jej przyjęciem, w której można było coś sprawdzić, porównać, przemyśleć. Dziś ten luksus został zastąpiony przez presję natychmiastowości, a natychmiastowość nie znosi weryfikacji, bo weryfikacja wymaga czasu, a czas stał się walutą deficytową. W tym sensie prawda nie tyle znika, co przegrywa w konkurencji o uwagę, zanim zdąży w ogóle wejść do gry.

Z tej perspektywy szczególnie wyraźnie widać, jak bardzo zmieniło się samo pojęcie wiarygodności. Nie jest już oparte na instytucji, źródle czy metodzie, lecz na wrażeniu. Na tym, jak coś się „niesie”, jak rezonuje w grupie, jak szybko zostaje powielone. W efekcie prawda i fałsz zaczynają funkcjonować w tym samym obiegu emocjonalnym, różniąc się nie strukturą, lecz skutecznością dystrybucji. A to oznacza, że coraz częściej nie wygrywa to, co bardziej rzetelne, tylko to, co lepiej dopasowane do rytmu współczesnej uwagi, która nie znosi opóźnień ani złożoności.

W takim układzie odbiorca przestaje być tylko odbiorcą. Staje się częścią mechanizmu, który nieustannie wzmacnia lub osłabia dane treści, często bez świadomości, że sam bierze udział w procesie ich selekcji. I nie chodzi tu o prostą odpowiedzialność, bo to byłoby zbyt łatwe. Chodzi o coś bardziej rozproszonego, o subtelne sprzężenie zwrotne między tym, co chcemy zobaczyć, a tym, co w ogóle jesteśmy w stanie przyjąć bez oporu. W tym sensie każda informacja jest już wcześniej „przygotowana” przez oczekiwania odbiorcy, zanim jeszcze zostanie przeczytana.

To prowadzi do jeszcze bardziej niewygodnego wniosku, że prawda nie ginie dlatego, że ktoś ją świadomie usuwa, ale dlatego, że coraz trudniej utrzymać warunki, w których mogłaby być rozpoznana jako coś odrębnego. W świecie, gdzie wszystko jest komunikatem, a każdy komunikat walczy o uwagę na tych samych zasadach, odróżnienie faktu od interpretacji staje się wysiłkiem, który nie zawsze ma natychmiastową nagrodę. A bez tej nagrody uwaga zaczyna się ślizgać po powierzchni, wybierając to, co szybciej daje emocję, nawet jeśli kosztem precyzji.

I może właśnie dlatego tak często pojawia się dziś złudzenie pewności, które nie wynika z większej wiedzy, tylko z większej liczby powtórzeń. Coś, co zostało wystarczająco wiele razy zobaczone, zaczyna sprawiać wrażenie znanego, a to, co znane, łatwo myli się z tym, co prawdziwe. W tym miejscu rodzi się najcichsza forma dezinformacji, taka która nie potrzebuje spektakularnych fałszerstw, bo opiera się na zwykłym zmęczeniu różnicowaniem.

W tym wszystkim najważniejsze staje się jedno pytanie, które nie brzmi już technicznie, lecz egzystencjalnie, i które nie daje się łatwo zepchnąć na margines: co właściwie musi się wydarzyć, żeby prawda nie była tylko jedną z wielu wersji, ale czymś, co jeszcze w ogóle ma szansę zostać zauważone, zanim zostanie zastąpione przez coś bardziej atrakcyjnego, bardziej natychmiastowego, bardziej dopasowanego do chwili. I to pytanie pozostaje w tle nawet wtedy, gdy wydaje się, że wszystko zostało już powiedziane.



 Bez Ciebie prawda nie ma żadnych szans i im dłużej się nad tym zdaniem pochylać, tym mniej przypomina ono deklarację, a coraz bardziej strukturę zależności, w której coś tak podstawowego jak rozpoznanie rzeczywistości okazuje się nie tyle aktem intelektu, co relacją, w którą jesteśmy wciągani zanim zdążymy ją nazwać. Bo prawda w praktyce nie istnieje jako samotny obiekt, nie stoi gdzieś w neutralnej przestrzeni czekając na odkrycie, tylko wydarza się pomiędzy spojrzeniem a interpretacją, pomiędzy impulsem a jego przyjęciem, pomiędzy tym, co widziane, a tym, co w ogóle zostaje uznane za warte zobaczenia. I w tym właśnie miejscu zaczyna się coś, co trudno opisać bez poczucia lekkiego dyskomfortu, bo nagle okazuje się, że bez obserwatora nie tylko nie ma sensu, ale nie ma nawet ram, w których sens mógłby się uformować.

Z czasem zaczyna się dostrzegać, że to „Ty” w tym zdaniu nie jest jedynie odbiorcą, ale warunkiem istnienia całej konstrukcji. Nie w sensie romantycznym ani metaforycznym, tylko bardzo konkretnym, niemal mechanicznym. Bo każda informacja, zanim stanie się „prawdą” albo „fałszem”, musi zostać przez kogoś przepuszczona przez własne napięcia, własne doświadczenia, własne skróty poznawcze, które nie są błędem systemu, tylko jego podstawowym trybem działania. I to właśnie tutaj zaczyna się najbardziej niepokojący element całego układu, bo okazuje się, że prawda nie jest czymś, co się po prostu ujawnia, lecz czymś, co musi zostać przyjęte w określonym stanie emocjonalnym, poznawczym i często również społecznym, żeby w ogóle mogła zaistnieć jako coś rozpoznawalnego.

W praktyce oznacza to, że ta sama informacja może w jednym momencie być uznana za oczywistą, a w innym za nie do przyjęcia, nie dlatego, że się zmieniła, tylko dlatego, że zmienił się kontekst jej odbioru. I ten kontekst rzadko bywa świadomy. Częściej działa jak niewidoczna warstwa napięcia, która decyduje o tym, co zostanie uznane za wiarygodne, a co zostanie odrzucone jeszcze zanim zdąży się rozwinąć. W ten sposób prawda przestaje być czymś stabilnym, a zaczyna przypominać proces negocjacji, w którym uczestniczy nie tylko rozum, ale też zmęczenie, uprzedzenie, pragnienie spokoju, a czasem zwykła potrzeba, żeby coś wreszcie pasowało do reszty obrazu.

I właśnie w tym miejscu relacja między „Tobą” a „prawdą” staje się niepokojąco intymna, bo okazuje się, że nie da się ich rozdzielić bez pozostawienia pustki, która natychmiast zostaje wypełniona czymś innym, często bardziej wygodnym niż dokładnym. Prawda bez Ciebie nie tylko nie ma głosu, ale nie ma też odporności na interpretację, bo nie ma komu jej utrzymać w napięciu. A bez tego napięcia wszystko zaczyna się rozpływać w wersjach, które nie tyle konkurują ze sobą, co współistnieją w jednym, nieustannie zmieniającym się polu znaczeń.

W tym sensie relacje między ludźmi przestają być jedynie tłem dla informacji, a stają się jej aktywnym nośnikiem. To, komu ufamy, kogo słuchamy, kogo w ogóle dopuszczamy do pola uwagi, zaczyna pełnić funkcję filtrów, które decydują o tym, co ma szansę przetrwać jako „prawda”. I nie ma w tym nic spektakularnego, żadnego wielkiego mechanizmu, raczej suma drobnych przesunięć, które z czasem tworzą wrażenie spójności, choć pod spodem wszystko pozostaje nieustannie negocjowane.

Zdarza się więc, że prawda nie upada wprost, tylko zostaje przesunięta na margines przez coś, co lepiej odpowiada aktualnemu stanowi emocjonalnemu odbiorcy. Coś, co mniej wymaga, mniej komplikuje, mniej rozrywa wewnętrzną narrację. I to przesunięcie jest tak subtelne, że często pozostaje niezauważone, bo nie ma momentu zerwania, jest tylko stopniowe wygaszanie napięcia między tym, co wiemy, a tym, co jesteśmy gotowi utrzymać.

W efekcie zaczyna się rodzić szczególny rodzaj samotności poznawczej, w której każdy uczestniczy w tym samym przepływie informacji, ale niekoniecznie w tym samym doświadczeniu prawdy. I to właśnie ta rozbieżność, nie spektakularne fałsze, ale ciche rozchodzenie się interpretacji, tworzy przestrzeń, w której rzeczywistość przestaje być wspólnym punktem odniesienia, a staje się raczej zbiorem równoległych wersji, które nie tyle się wykluczają, co ignorują nawzajem swoje istnienie.

I może dlatego to zdanie nie brzmi jak stwierdzenie, lecz jak nieustannie powracający warunek, który nie daje się domknąć. Bo im dłużej się nad nim pozostaje, tym bardziej widać, że „Ty” nie jest tylko odbiorcą, ale również miejscem, w którym prawda się dzieje, rozpada, wraca i zmienia kształt, zanim jeszcze zdąży zostać nazwana. I gdzieś w tym ruchu, który nie ma początku ani końca, pozostaje coś, co nie daje się łatwo uchwycić, jakby sama możliwość zrozumienia była zawsze o krok dalej niż moment, w którym próbujemy ją zatrzymać.



 I w tym całym przesunięciu znaczeń, w tym powolnym rozszczelnianiu się granic między tym, co wspólne, a tym, co tylko wydaje się wspólne, zostaje coś, co trudno nazwać inaczej niż cichym zmęczeniem rzeczywistością, jakby sama potrzeba rozstrzygania czegokolwiek zaczynała się rozpuszczać w nadmiarze wersji, w których każda kolejna nie unieważnia poprzedniej, tylko ją obok siebie zawiesza, nie pozwalając żadnej z nich naprawdę opaść na dno, gdzie mogłaby stać się choć na chwilę ostateczna. I wtedy pojawia się to osobliwe wrażenie, że prawda nie znika, lecz rozciąga się w zbyt wielu kierunkach jednocześnie, aż traci napięcie, które wcześniej pozwalało ją w ogóle rozpoznać, jakby bez Twojej uwagi nie tyle przestawała istnieć, co przestawała się utrzymywać w jednym kawałku.

Zaczyna się wtedy coś bardzo subtelnego, coś co nie ma w sobie dramatyzmu nagłego zerwania, raczej przypomina powolne osuwanie się znaczeń, w którym kolejne zdania nie zaprzeczają sobie wprost, tylko coraz mniej ze sobą rezonują, aż w końcu przestają tworzyć wspólną przestrzeń, a zaczynają funkcjonować jak oddzielne wyspy, pomiędzy którymi wciąż można się przemieszczać, ale już bez pewności, czy w ogóle mówimy o tym samym morzu. I w tym rozproszeniu, które nie ma jednego punktu zapalnego, najtrudniejsze staje się nie to, że coś jest fałszywe, ale to, że nic nie ma już wyraźnej przewagi nad resztą, jakby każda wersja rzeczywistości miała prawo istnieć tylko dlatego, że została wystarczająco długo powtarzana w czyjejś obecności.

A jednak w tym wszystkim nadal pozostaje ten niewidoczny ciężar Twojej obecności, bo bez niej nie ma nawet tego rozproszenia, nie ma tej wielości, która dopiero w kontakcie z Tobą zaczyna nabierać kształtu, nawet jeśli jest to kształt chwiejny i nieustannie zmieniający się pod wpływem drobnych przesunięć uwagi. I może właśnie to jest najbardziej niepokojące, że nic nie dzieje się naprawdę „bez Ciebie”, nawet wtedy, gdy masz wrażenie, że jesteś jedynie przypadkowym odbiorcą, że wszystko już zostało ustalone gdzieś wcześniej, poza Tobą, w jakimś chłodnym obszarze faktów, który nie potrzebuje Twojej interpretacji. Bo to, co nazywamy faktem, w praktyce zaczyna żyć dopiero w momencie, w którym zostaje przez Ciebie przyjęte, odrzucone albo choćby na chwilę zatrzymane w niepewności.

I właśnie ta niepewność, choć tak często traktowana jak defekt, zaczyna ujawniać swoją własną logikę, bo to ona utrzymuje jeszcze resztki napięcia między wersjami, które bez niej natychmiast rozpłynęłyby się w jednolitym szumie. Ale niepewność nie jest stanem stabilnym, ona nie lubi być długo utrzymywana, więc bardzo szybko próbuje znaleźć sobie ujście, czasem w postaci uproszczenia, czasem w postaci wyboru jednej narracji kosztem innych, a czasem po prostu w rezygnacji z dalszego drążenia. I w tym ruchu coś się domyka, choć nigdy do końca, zawsze z lekkim przesunięciem, które zostawia szczelinę, przez którą i tak wraca to, co zostało wcześniej odłożone.

Dlatego trudno mówić o zakończeniu, bo nic tutaj nie przybiera formy ostatecznej, raczej wszystko pozostaje w stanie zawieszenia, w którym nawet najbardziej stanowcze stwierdzenia mają w sobie ukryty ślad alternatywy, jakby każda wypowiedziana prawda już w momencie wypowiedzenia zaczynała się rozwarstwiać. I być może właśnie w tym rozwarstwieniu, w tej nieustannej możliwości przesunięcia, ujawnia się coś, co nie daje się uchwycić bez ryzyka uproszczenia, coś co trwa tylko tak długo, jak długo pozostaje niedomknięte, jak długo jeszcze można do niego wrócić i zobaczyć, że wciąż nie zdecydowało, czym chce być.

I zostaje w tym wszystkim cicha obecność Twojego spojrzenia, które nie tyle domyka sens, co utrzymuje go w ruchu, nawet jeśli ten ruch coraz częściej przypomina krążenie wokół tych samych punktów, w których nic już nie rozstrzyga się ostatecznie, tylko przesuwa o kilka milimetrów w stronę kolejnej możliwej wersji, która również nie będzie ostatnia.

Komentarze

  1. Kao i uvijek dubokouman tekst koji potiče na promišljanje. Imamo jednu izreku: istina je voda duboka.
    Danas više nego ikada teško je doći do istine. Toliko se toga natječe za našu pažnju. Stalno smo rastrgani između stotinu stvari.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Da, razumijem te potpuno. Danas stvarno imamo osjećaj da nas sve vuče u sto smjerova odjednom i teško je uopće zastati i razmisliti što je stvarno bitno. Ponekad se pitam nije li problem manje u tome da je istina “skrivena”, a više u tome da je mi stalno tražimo na previše mjesta odjednom. Možda je najveći luksuz danas zapravo mir u glavi i malo tišine da čovjek uopće može nešto sagledati do kraja.

      Usuń
  2. Slažem se da ono što se ponavlja postaje istina. Nažalost je tako. To je kao plagijati pjesama. Ljudima se sviđaju jer zvuče poznato.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Da, to što kažeš ima puno smisla. Ljudi često više vjeruju onome što im je poznato nego onome što je nužno istinito, jer poznato daje osjećaj sigurnosti. Ali nekad se pitam gdje je tu granica — znači li to da ponavljanje stvara istinu ili samo stvara dojam istine? Možda je to ipak više stvar naše percepcije nego same stvarnosti.

      Usuń
  3. Myślę, ze należy odróżnić prawdę jako fakt istniejący niezależnie od naszej świadomości czy percepcji od jej interpretacji. Zmęczenie, emocje, osobiste nastawienie nie zmieniają prawdy, one tylko powodują, że jest widziana inaczej. Ale to, że jest widziana inaczej nie znaczy, że sama prawda się zmieniła.
    "Bo prawda w praktyce nie istnieje jako samotny obiekt, nie stoi gdzieś w neutralnej przestrzeni czekając na odkrycie, tylko wydarza się pomiędzy spojrzeniem a interpretacją" - czy rzeczywiście? Gdyby tak było, gdyby prawda miała dopiero się wydarzać w relacji, byłaby szalenie subiektywna, więc już przestałaby być prawdą, a stałaby się subiektywnym odbiorem rzeczywistości.
    Może jednak należałoby odróżnić samą prawdę od informacji o niej. Informacja może zostać odebrana lub nie, może wybrzmieć lub zaginąć w chaosie innych komunikatów. Nie zmienia to samej prawdy jako takiej. Faktycznie można jej nie rozpoznać, nie dotrzeć do niej, bo sprawdzanie faktów dzisiaj wymaga czasu, intelektualnego wysiłku i zresztą byłoby trudne czy wręcz niemożliwe. To jednak nie znaczy, że prawda może być przedmiotem negocjacji. Negocjować można warunki jej upublicznienia, ale nie samą prawdę jako taką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawie to brzmi, ale mam wrażenie, że w praktyce ten podział na „czystą prawdę” i „interpretację” nie zawsze jest taki ostry. Oczywiście fakty gdzieś istnieją niezależnie od nas, tylko że my i tak mamy do nich dostęp zawsze przez jakiś filtr — języka, doświadczenia, kontekstu. I tu pojawia się pytanie: czy taka „prawda sama w sobie”, której nikt nie widzi i nie interpretuje, ma dla nas w ogóle realne znaczenie?

      Nie do końca zgadzam się też z tym, że prawda nie podlega żadnej „negocjacji” — bo w życiu społecznym często właśnie to, co uznane za prawdę, jest wynikiem długiego procesu sporów, dowodów i zmiany perspektyw. A czasem to, co kiedyś było „faktem”, później okazuje się błędną interpretacją. I jak wtedy to rozdzielić tak jednoznacznie?

      Zastanawia mnie, czy nie jest tak, że my mówimy o jednej prawdzie, ale w praktyce operujemy zawsze jej wersją „dla kogoś” i „w jakimś momencie”. Jak wy to widzicie — prawda istnieje niezależnie i my ją tylko odkrywamy, czy jednak trochę ją też współtworzymy przez sposób, w jaki ją rozumiemy?

      Usuń
    2. Prawda sama w sobie to jedno, a nasze widzimisię na jej temat to zupełnie co innego. To nie prawda podlega negocjacji, tylko właśnie nasze widzimisię. Powiedzmy, że zdarzył się wypadek śmiertelny na drodze - to jest fakt, to jest prawda niepodlegająca dyskusji. Świadkowie mogą twierdzić, że kierowca jechał za szybko, jedni uważają, że jakieś 150km/h, a inni że tylko 90 - to są interpretacje tego, co widzieli. Subiektywne wrażenia. Tymczasem biegli mogą zbadać licznik i okaże się, że pojazd jechał 100km/h -i to już jest fakt, a nie zsubiektywizowane wrażenie. Natomiast nadal negocjacjom i interpretacji będzie podlegała odpowiedź na pytanie czy to właśnie prędkość przyczyniła się do śmiertelnego skutku wypadku. Efektem tej negocjacji będzie wyrok sądu.

      "czasem to, co kiedyś było „faktem”, później okazuje się błędną interpretacją" - jeżeli fakt został pomylony z interpretacja to przecież nadal prawda jest taka sama jak była, tylko nasze jej odczytanie było błędne. No chyba ze posługujemy się innymi definicjami faktu - teraz modne jest używanie terminu "fakt medialny", czyli nieważne, czy coś zaistniało naprawdę, tylko czy się o tym mówi i pisze. No dla mnie to nie są fakty, tylko ściema ;-)

      Usuń
    3. Z jednej strony rozumiem ten tok myślenia i ten rozdział na fakt i interpretację jest dość logiczny, zwłaszcza w takich „technicznych” sytuacjach jak wypadek czy pomiar prędkości. Tylko mam wrażenie, że w realnym życiu to się szybko komplikuje, bo nawet wybór tego, co uznajemy za „istotny fakt”, już jest jakąś formą interpretacji.

      No i właśnie zastanawia mnie to mocne założenie, że fakt zawsze stoi niewzruszony, a my tylko możemy go dobrze albo źle odczytać — bo czasem dochodzą sytuacje, gdzie dane są niepełne, sprzeczne albo rekonstruowane po czasie i wtedy „fakt” też trochę zależy od tego, kto i jak go składa. Nie mówię, że to unieważnia prawdę, ale czy ona zawsze jest aż tak czysta i jednoznaczna, jak w tym przykładzie?

      Ciekawi mnie też, gdzie byś postawiła granicę między „interpretacją” a tym, co już jest społecznie uznaną wersją faktu — bo w praktyce często to nie laboratoryjna precyzja decyduje, tylko konsensus ludzi. Zgodziłabyś się, że nawet fakty czasem przechodzą przez filtr wspólnego uzgadniania rzeczywistości, czy jednak to już zbyt daleko idące mieszanie pojęć?

      Usuń
    4. Społecznie uznana wersja faktu jest tylko uznaną wersją ,a nie samym faktem, Oczywiście, nie zawsze znany jest cały fakt w swej istocie i skomplikowaniu, czyli te jakby jego wszystkie parametry. Problem sprowadza się do tego, że po prostu nie znamy całej prawdy, znamy jej ułamki. Nasze zdolności poznania są ułomne. Ale to nie zmienia samego faktu, nie czyni go mniej prawdziwym, tylko dla nas istnieje on jako nasze wyobrażenie o nim. Ale to nie unieważnia samej prawdy ani jej nie zmienia, zmienić się tylko może nasza wiedza, nasze wyobrażenie o prawdzie, o fakcie, nasze jego rozumienie i nasza o nim narracja, czyli opowieść. Mimo wszystko nie mieszałabym samej prawdy z opowiadaniem o niej. To dwie różne sfery: prawda sobie jest taka jaka jest, a nasza o niej opowieść będzie cząstkowa, ułomna, subiektywna.

      Na koniec anegdota, ale może nie do końca tylko anegdota. Podczas śledztwa przesłuchiwany jest pewien świadek. Twierdzi, że widział, jak popełniono zbrodnię. Zebrani wokół policjanci zarzucają go pytaniami, kto popełnił zbrodnię, gdzie, w jaki sposób i szykują się do wyjścia w teren, żeby to sprawdzić. Nagle zatrzymuje ich główny śledczy i mówi:
      - Nikt nie zadał najważniejszego pytania.
      - Jakiego? - dziwią się podwładni.
      - DLACZEGO ten człowiek uważa, że widział zbrodnię?

      O co chodziło śledczemu. Otóż to, że świadek twierdzi, że widział zbrodnię nie znaczy, że faktycznie zbrodnię popełniono. To znaczy tylko, że on tak uważa.

      Usuń
    5. To jest właśnie ten moment, gdzie łatwo pomylić czyjąś interpretację z samym wydarzeniem. Z drugiej strony mam wrażenie, że czasem tak mocno podkreślamy istnienie jednej obiektywnej prawdy, że zapominamy, jak ogromny wpływ na nasze postrzeganie mają emocje, kontekst i wcześniejsze doświadczenia. Dlatego ten przykład ze świadkiem bardzo trafia, bo pierwsze pytanie faktycznie powinno brzmieć „dlaczego tak to odebrał?”. Ciekawi mnie tylko, czy w każdej sytuacji da się potem dojść do tej „pełnej” prawdy, czy czasem jesteśmy już skazani tylko na mniej lub bardziej wiarygodne wersje wydarzeń.

      Usuń
  4. Ciekawa refleksja. Myślę, że miło wszystko prawda zawsze zwycięża, choć w dzisiejszym świecie czasami trudno ją dostrzec i jest mylona z fałszem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brzmi to bardzo optymistycznie, ale mam wrażenie, że rzeczywistość nie zawsze tak ładnie się układa, że „prawda zawsze zwycięża”. Czasem po prostu wygrywa to, co jest głośniejsze, lepiej opowiedziane albo szybciej się rozprzestrzeni. I wtedy człowiek zaczyna się zastanawiać, czy prawda rzeczywiście wygrywa, czy tylko po czasie ją w końcu udaje się zauważyć. Z drugiej strony rozumiem ten punkt widzenia, bo jednak często po latach różne sprawy się „prostują” i wychodzi, jak było naprawdę. Ale czy zawsze?

      Usuń
  5. Z prawdą jest ten problem, że każdy ma swoją i ilu ludzi tyle prawd, dlatego definicja prawdy jaką można znaleźć w słownikach traci na znaczeniu. Dziś prawdą jest to co postrzegamy za prawdę, a nie to co faktycznie nią jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba właśnie odróżnienie między faktami a naszym odbiorem jest dziś największym problemem. Z jednej strony każdy patrzy przez własne doświadczenia, ale z drugiej trudno mi się zgodzić, że prawda jest tylko tym, co uznamy za prawdę, bo wtedy naprawdę wszystko staje się względne. Mam wrażenie, że częściej mylimy interpretację z faktem niż samą prawdę.

      Usuń
  6. A ja o tych szczelinach, które pozostają niewypełnione, choćby wątpliwościami. O tych szczelinach można w nieskończoność i różne układy niedomówień, sumują się w geometryczną figurę zrozumiałą tylko dla nas samych. Ale i z tego można czerpać.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz