Kochaj życie, powtórki nie będzie
Kochaj życie. Brzmi jak frazes z kubka kupionego na przecenie, jak hashtag pod zdjęciem zachodu słońca, jak rada od kogoś, kto nigdy nie musiał naprawdę walczyć o każdy kolejny poranek. A jednak — im dłużej żyję, im więcej widzę, im więcej tracę i odzysuję — tym bardziej rozumiem, że w tym zdaniu kryje się coś brutalnie prawdziwego. Coś niewygodnego. Coś, czego nie da się już odzobaczyć, kiedy raz się to pojmie.
Bo życie nie jest ani ładne, ani uporządkowane, ani sprawiedliwe. Nie jest też historią, która ma sens od początku do końca. To raczej chaotyczny strumień zdarzeń, decyzji, przypadków i konsekwencji, które często nie mają ze sobą nic wspólnego poza tym, że przydarzają się właśnie tobie. I właśnie dlatego — paradoksalnie — jest jedyną rzeczą, której naprawdę warto się trzymać. Kurczowo. Bez wstydu.
Zbyt często uczono nas, że życie trzeba „ogarnąć”. Zaplanować. Ułożyć w logiczne etapy: edukacja, praca, stabilizacja, sukces, spełnienie. Jakby istniał jakiś uniwersalny scenariusz, który wystarczy poprawnie odegrać. Problem polega na tym, że ten scenariusz jest fikcją. A my — zamiast żyć — zaczynamy odgrywać role. Pracownika. Partnera. Rodzica. Człowieka sukcesu. Człowieka, który „daje radę”. I w tym całym spektaklu gdzieś po drodze gubimy siebie.
I nagle okazuje się, że dni zaczynają się zlewać w jedną, bezbarwną masę. Że czekamy na weekendy, urlopy, „lepszy moment”. Że odkładamy życie na później, jakby było czymś, co można przełożyć na dogodniejszy termin. Jakby ktoś gwarantował nam ciąg dalszy.
Nie gwarantuje.
To jest właśnie ten moment, w którym trzeba powiedzieć sobie coś bardzo niewygodnego: powtórki nie będzie. Nie dostaniesz drugiej wersji tego samego dnia. Nie poprawisz rozmowy, której nie odbyłeś. Nie cofniesz milczenia, które kosztowało cię relację. Nie odzyskasz czasu, który oddałeś rzeczom i ludziom, którzy na niego nie zasługiwali.
To nie jest motywacyjna gadka. To jest rachunek rzeczywistości.
I teraz najważniejsze pytanie — co z tym zrobisz?
Bo możesz oczywiście wzruszyć ramionami. Uznać, że „tak już jest”, że „wszyscy tak żyją”. Możesz dalej dryfować między obowiązkami a rozrywką, między zmęczeniem a chwilową ulgą. Możesz zagłuszać tę myśl kolejnymi bodźcami, ekranami, planami, które nigdy nie dochodzą do skutku.
Ale możesz też zrobić coś znacznie trudniejszego.
Możesz zacząć żyć świadomie.
To znaczy: przestać udawać, że masz nieskończony czas. Przestać odkładać decyzje, które i tak cię dopadną. Przestać godzić się na bylejakość — w relacjach, w pracy, w sposobie, w jaki traktujesz samego siebie. Możesz zacząć zadawać sobie pytania, których unikałeś, bo były niewygodne. I możesz — krok po kroku — odzyskiwać wpływ tam, gdzie go oddałeś.
Kochanie życia nie polega na ciągłym byciu szczęśliwym. To jedna z największych bzdur, jakie sprzedaje współczesna kultura. Życie nie jest od tego, żeby było przyjemne. Jest od tego, żeby było prawdziwe. A prawda bywa bolesna, nieestetyczna i daleka od instagramowych filtrów.
Kochanie życia to zgoda na całość. Na chaos, na niepewność, na porażki, na momenty, w których wszystko się sypie. To umiejętność bycia obecnym nawet wtedy, kiedy najchętniej uciekłbyś gdziekolwiek indziej. To odwaga, żeby patrzeć rzeczywistości prosto w twarz — bez upiększeń i bez iluzji.
I tak, to wymaga wysiłku. Wymaga rezygnacji z wygodnych kłamstw. Wymaga konfrontacji z własnymi wyborami, zaniedbaniami, lękami. Ale w zamian dostajesz coś, czego nie da się kupić ani odziedziczyć: autentyczne doświadczenie własnego życia.
Nie cudzego. Nie wyreżyserowanego. Nie podpowiedzianego przez algorytmy.
Twojego.
Dlatego ten tekst nie będzie o tym, jak „żyć lepiej” według jakiegoś uniwersalnego przepisu. Nie będzie listą porad ani checklistą do odhaczenia. Będzie raczej próbą brutalnie szczerego spojrzenia na to, jak żyjemy — i dlaczego tak często robimy to w sposób, który nas unieszczęśliwia.
Bo jeśli naprawdę mamy tylko jedną szansę — a wszystko wskazuje na to, że właśnie tak jest — to warto przynajmniej spróbować przeżyć ją po swojemu.
Bez powtórek. Bez dubli. Bez gwarancji happy endu.
Ale za to — do końca naprawdę.
Najtrudniejsze w tym wszystkim nie jest nawet to, że życie jest kruche. Najtrudniejsze jest to, jak bardzo nauczyliśmy się udawać, że takie nie jest.
Widzisz to wszędzie. W rozmowach, które są bardziej wymianą uprzejmości niż realnym kontaktem. W pracy, która dawno przestała mieć sens, ale wciąż „się opłaca”. W relacjach podtrzymywanych siłą rozpędu, z przyzwyczajenia, z lęku przed pustką. W codziennym „jakoś to będzie”, które w praktyce oznacza: nie mam odwagi nic zmienić.
I nie chodzi o to, żeby nagle wszystko rzucić, spalić mosty i wyjechać w Bieszczady. To kolejny romantyczny mit, który świetnie się sprzedaje, ale rzadko działa. Prawdziwa zmiana jest znacznie mniej spektakularna — i przez to dużo trudniejsza. Bo dzieje się w ciszy. W decyzjach, których nikt nie oklaskuje. W momentach, kiedy wybierasz coś inaczej niż zwykle, choć każda część ciebie krzyczy, żeby wrócić do starego schematu.
Bo schematy są bezpieczne. Nawet jeśli nas niszczą.
To jest jeden z najbardziej przewrotnych mechanizmów, jakie w sobie nosimy: potrafimy przywiązać się do tego, co nas ogranicza, tylko dlatego, że jest znajome. Wolimy przewidywalny dyskomfort niż nieznaną wolność. Wolimy narzekać niż ryzykować. Wolimy analizować niż działać.
A czas — bezczelnie — leci dalej.
Nie zatrzyma się, aż „będziesz gotowy”. Nie poczeka, aż poukładasz sobie wszystko w głowie. Nie zrobi pauzy, kiedy będziesz miał gorszy okres. On nie negocjuje. I to jest może najbardziej brutalna, ale też najbardziej oczyszczająca prawda: życie dzieje się niezależnie od twojej gotowości.
Dlatego tak łatwo wpaść w pułapkę wiecznego przygotowania. Jeszcze jeden kurs. Jeszcze trochę oszczędności. Jeszcze jeden „lepszy moment”. Jeszcze chwila, aż będę bardziej pewny siebie, bardziej stabilny, bardziej… gotowy.
Tylko że ta chwila nigdy nie przychodzi.
Bo gotowość nie jest stanem, który osiągasz. Jest decyzją, którą podejmujesz mimo braku pewności.
I to boli. Bo oznacza, że nie możesz już zrzucić odpowiedzialności na okoliczności, na innych ludzi, na „niewłaściwy czas”. Nagle okazuje się, że to ty jesteś jedyną osobą, która naprawdę decyduje o kierunku własnego życia — nawet jeśli wpływ masz ograniczony, nawet jeśli nie wszystko zależy od ciebie.
Zawsze coś zależy.
I tu pojawia się kolejny niewygodny temat: odpowiedzialność za własne wybory. Nie tę powierzchowną, deklaratywną, którą łatwo rzucić w rozmowie. Tę realną, która oznacza przyjęcie konsekwencji — także tych, które bolą, uwierają, wstydzą.
Bo prawda jest taka, że część rzeczy, które cię dziś frustrują, jest efektem decyzji, które sam podjąłeś. Część — tego, czego nie zrobiłeś. Tego, co odłożyłeś. Tego, na co się zgodziłeś, choć wewnętrznie czułeś sprzeciw.
To nie jest oskarżenie. To jest odzyskiwanie sprawczości.
Bo dopóki winny jest świat, system, inni ludzie — dopóty jesteś zakładnikiem. Kiedy zaczynasz widzieć swój udział w tym, gdzie jesteś, odzyskujesz coś bezcennego: możliwość zmiany.
Nie natychmiastowej. Nie spektakularnej. Ale realnej.
I nagle okazuje się, że życie nie musi wyglądać dokładnie tak jak teraz. Że nie wszystko jest z góry przesądzone. Że nawet drobne decyzje — te, które wydają się nieistotne — zaczynają układać się w inny kierunek.
Tyle że to wymaga uważności.
A z uważnością mamy dziś ogromny problem. Żyjemy w świecie, który zrobi wszystko, żebyś jej nie miał. Powiadomienia, scrollowanie, niekończące się treści, które mają jeden cel: utrzymać twoją uwagę jak najdłużej, ale jak najpłycej. Bo głęboka uwaga jest niebezpieczna — prowadzi do pytań. A pytania prowadzą do zmian.
Łatwiej jest być zajętym niż obecnym.
Łatwiej jest konsumować niż tworzyć.
Łatwiej jest reagować niż decydować.
I tak dzień po dniu oddajemy kawałki własnego życia w zamian za chwilową stymulację, za poczucie, że „coś się dzieje”. Tylko że to „coś” rzadko ma cokolwiek wspólnego z tym, czego naprawdę chcemy.
A czego właściwie chcesz?
To pytanie brzmi banalnie, dopóki nie spróbujesz odpowiedzieć na nie uczciwie. Bez kalkulacji. Bez patrzenia na oczekiwania innych. Bez filtrów typu „co wypada”, „co się opłaca”, „co jest rozsądne”.
Wtedy robi się cicho.
Bo okazuje się, że przez lata bardziej uczyłeś się spełniać cudze scenariusze niż pisać własny. Że wiesz, jak powinno wyglądać „dobre życie” według standardów społecznych, ale niekoniecznie wiesz, jak wygląda dobre życie dla ciebie.
I to jest moment przełomowy. Nie dlatego, że od razu znajdziesz odpowiedź. Tylko dlatego, że przestajesz udawać, że ją masz.
Od tego miejsca zaczyna się coś prawdziwego.
Nie zawsze wygodnego. Czasem samotnego. Często pełnego wątpliwości. Ale prawdziwego.
Bo kochanie życia nie polega na tym, żeby wszystko było jasne i poukładane. Polega na tym, żeby mieć odwagę iść dalej, mimo że nie jest. Żeby wybierać świadomie, nawet jeśli nie masz gwarancji, że to właściwy wybór. Żeby być w tym, co jest — zamiast ciągle uciekać w to, co było albo co „kiedyś będzie”.
Masz tylko ten moment.
Nie idealny. Nie dopracowany. Czasem chaotyczny, czasem ciężki, czasem zwyczajnie nijaki.
Ale twój.
I jeśli jest coś, co naprawdę warto zrobić, zanim to wszystko się skończy — to przestać go marnować na życie, które nawet nie jest twoje.
I w którymś momencie — nie w wielkim przełomie, nie w filmowej scenie z muzyką w tle, tylko gdzieś pomiędzy zwykłym dniem a jeszcze bardziej zwykłą nocą — zaczyna do ciebie docierać coś, czego nie da się już odwrócić: nikt nie przyjdzie, żeby przeżyć to życie za ciebie.
Nie będzie lepszego momentu. Nie będzie idealnej wersji ciebie, która nagle „ogarnie wszystko” i zacznie żyć tak, jak zawsze chciałeś. Nie wydarzy się żaden cudowny zbieg okoliczności, który poukłada rzeczy bez twojego udziału. To wszystko są opowieści, które karmią naszą bierność. Ładne, wygodne, kompletnie nieskuteczne.
Zostajesz z rzeczywistością.
Z tym, co jest.
Z tym, kim jesteś — bez filtrów, bez wersji demonstracyjnej, bez planu awaryjnego.
I to jest moment, w którym możesz zrobić coś radykalnego. Nie spektakularnego. Radykalnego w sensie uczciwości.
Możesz przestać się okłamywać.
Przestać mówić sobie, że „to jeszcze nie ten czas”, że „inni mają łatwiej”, że „tak już musi być”. Możesz przestać rozmywać odpowiedzialność w tysiącu drobnych usprawiedliwień, które brzmią rozsądnie tylko do momentu, kiedy naprawdę się im przyjrzysz.
Bo prawda jest taka: większość ograniczeń, które dziś uznajesz za niepodważalne, dawno temu została przez ciebie zaakceptowana bez walki.
I jasne — nie wszystko zależy od ciebie. Świat nie jest sprawiedliwy, punkt startowy nie jest równy, a życie potrafi przyłożyć bez ostrzeżenia. Ale między „nie mam pełnej kontroli” a „nie mam żadnej kontroli” jest ogromna różnica. I to właśnie w tej przestrzeni toczy się całe twoje życie.
Nie na Instagramie. Nie w planach. Nie w rozmowach o tym, co „kiedyś”.
Tu.
W wyborach, które podejmujesz codziennie — nawet jeśli próbujesz je zignorować.
Bo brak decyzji też jest decyzją.
Pozostanie w miejscu też jest ruchem — tylko w stronę stagnacji.
Milczenie też coś mówi — najczęściej więcej, niż byś chciał.
I możesz oczywiście dalej żyć tak, jak żyłeś. Możesz zamykać oczy, kiedy coś ci nie pasuje. Możesz przyzwyczajać się do niewygody, aż stanie się normą. Możesz minimalizować swoje potrzeby, żeby pasowały do życia, które masz — zamiast budować życie, które pasuje do ciebie.
Tylko że za to wszystko płacisz.
Nie pieniędzmi. Czasem.
Każdym dniem, który przeżywasz na pół gwizdka.
Każdą rozmową, w której nie jesteś naprawdę obecny.
Każdą decyzją podjętą ze strachu zamiast z przekonania.
I w pewnym momencie rachunek zaczyna być nie do zignorowania.
Nie przychodzi w formie jednej wielkiej katastrofy. Raczej jako ciche, uporczywe poczucie, że coś jest nie tak. Że to nie tak miało wyglądać. Że gdzieś po drodze zgubiłeś kierunek, tylko nie pamiętasz kiedy.
I wtedy masz dwa wyjścia.
Możesz to zagłuszyć — kolejną rozrywką, kolejnym zajęciem, kolejnym „nie mam teraz głowy”. To działa. Na chwilę. A potem wraca, zwykle mocniejsze.
Albo możesz się zatrzymać.
Naprawdę zatrzymać.
Nie po to, żeby wszystko natychmiast naprawić. Tylko po to, żeby w końcu zobaczyć, gdzie jesteś.
Bez narracji obronnej. Bez tłumaczeń. Bez upiększeń.
To nie jest przyjemne doświadczenie. Często jest wręcz brutalne. Ale jest konieczne, jeśli chcesz odzyskać cokolwiek, co przypomina świadome życie.
Bo dopiero kiedy przestajesz uciekać, zaczynasz widzieć wyraźnie.
A kiedy widzisz — nie możesz już udawać, że nie wiesz.
I to jest moment, w którym zaczyna się odpowiedzialność w najczystszej formie. Nie jako ciężar. Jako wybór.
Możesz dalej iść w to, co znane — nawet jeśli cię to dusi.
Albo możesz skręcić. Może nie od razu o sto osiemdziesiąt stopni. Może na początku ledwo zauważalnie. Ale wystarczająco, żeby zmienić kierunek.
I nie, to nie będzie łatwe. Będą wątpliwości. Będzie opór. Będzie pokusa, żeby wrócić do starego, bo stare — nawet jeśli złe — jest przewidywalne.
Ale z każdą decyzją podjętą świadomie coś się przesuwa.
Trochę więcej odwagi.
Trochę mniej udawania.
Trochę więcej ciebie w twoim własnym życiu.
I może właśnie o to w tym wszystkim chodzi.
Nie o spektakularne sukcesy. Nie o idealnie poukładane życie, które dobrze wygląda z zewnątrz. Tylko o to, żebyś mógł spojrzeć na swoje dni — nawet te trudne, nawet te nieudane — i powiedzieć: to było moje.
Nie narzucone. Nie przejęte od innych. Nie przeżyte „na próbę”.
Moje.
Bo kiedy naprawdę zrozumiesz, że powtórki nie będzie, zmienia się wszystko.
Zmienia się to, na co się zgadzasz.
Zmienia się to, czego unikasz.
Zmienia się to, co jesteś gotów stracić — i to, czego wreszcie nie chcesz już tracić.
I nagle okazuje się, że życie nie musi być perfekcyjne, żeby było warte przeżycia.
Wystarczy, że jest prawdziwe.
A prawda — choć bywa niewygodna — ma jedną przewagę nad wszystkimi iluzjami świata:
pozwala ci w końcu żyć, zamiast tylko istnieć.
Bez powtórek.
Bez dubli.
Za to z pełną świadomością, że to, co robisz teraz — właśnie teraz — naprawdę ma znaczenie.

To brzmi jak mowa motywacyjna.
OdpowiedzUsuńWszystko sprowadza się do jednego - do akceptacji. Najwięcej frustracji ludzie z reguły przezywają, gdy zderzą się z czymś, czego nie mogą zmienić, na co nie mają wpływu, a tak pięknie sobie zaplanowali siebie i wszystko wokół. Tymczasem trzeba zaakceptować nieprzewidywalne. W sobie też. Myślę, że to bardzo proste. Dlaczego wielu osobom się to nie udaje? Bo chcą zmieniać świat według swego planu, a powinni zacząć od siebie.
Brzmi to bardzo logicznie na papierze i nawet się z tym częściowo zgadzam, ale mam wrażenie, że w praktyce ta „akceptacja” wcale nie jest taka prosta 😅 łatwo powiedzieć, trudniej naprawdę odpuścić, kiedy coś nas dotyka emocjonalnie albo burzy nasze plany. Zastanawiam się tylko, czy to zawsze kwestia chęci zmiany świata „pod siebie”, czy czasem po prostu zwykłej bezsilności wobec pewnych rzeczy, które jednak realnie nas przerastają.
UsuńWspółczesna kultura tak mocno akcentuje projektowanie i planowanie swojego życia, że ludzie zapominają o tym, że nie wszystko da się zaplanować. Stąd późniejsze frustracje.
UsuńCoś w tym jest. Mam wrażenie, że dziś często sprzedaje się wizję życia jako projektu, który wystarczy dobrze rozpisać i konsekwentnie realizować, a potem człowiek zderza się z rzeczywistością i okazuje się, że nie wszystko zależy od niego. Z drugiej strony całkowity brak planu też raczej nie pomaga. Może problem nie leży w samym planowaniu, tylko w przekonaniu, że plan musi się udać dokładnie tak, jak sobie wymyśliliśmy?
UsuńBardzo mądry i motywujący wpis, bo niestety wiele osób nie potrafi kochać swojego życia,.
OdpowiedzUsuńNiby proste zdanie, a jednak trafia w coś niewygodnego… bo faktycznie coraz częściej mam wrażenie, że ludzie bardziej „przetrwają” swoje życie niż je po prostu lubią. Czy to zawsze kwestia braku umiejętności kochania życia, czy raczej tego, że codzienność potrafi tak przygnieść, że trudno w ogóle znaleźć na to przestrzeń.
UsuńWitaj, to dobry tekst, podoba mi się , że piszesz o odkładaniu życia na później - mówieniu sobie czy też inny- Będę szczęśliwy gdy np. będę miał dobrą pracę czy miłość czy wymarzony dom. A życie jest tu i teraz. Warto doceniać małe rzeczy- uśmiech Pani ze sklepu, dobrą kawę, ciekawy tekst tutaj na tym Blogu to tworzy dobre życie ale czy ludzie to dostrzegają? ja sama uczę się uważności i stałego doceniania tego co już mam ... i dobrze mi idzie. To jest moim zdaniem klucz do zadowolenia. nie piszę szczęścia bo w Polsce to słowo kojarzy się z wygraną w Lotto - takie mam obserwacje.... może jest inaczej. pozdrawiam
OdpowiedzUsuńTo chyba jedna z najczęstszych pułapek, w jakie wpadamy 😅 tylko czasem mam wrażenie, że łatwiej to zauważyć u innych niż u siebie. Zastanawia mnie jednak, czy sama uważność wystarczy, kiedy ktoś np. realnie zmaga się z trudną codziennością — wtedy te „małe rzeczy” też potrafią umykać albo nie dawać tyle siły, ile byśmy chcieli.
UsuńPrawda nad prawdami. Ja swoje kocham, wielokrotnie myślę o nim z perspektywy czasu i zawsze wniosek mam jeden: Nie zmieniłabym nic! Pozdrawiam...
OdpowiedzUsuńBrzmi super pewnie i trochę aż zazdroszczę tego podejścia, serio. Ja mam tak, że niby też lubię wracać myślami do swoich decyzji, ale jednak zawsze znajdzie się coś, co bym „gdybał” że mogło pójść inaczej. Zastanawiam się tylko, czy to „nie zmieniłabym nic” wynika bardziej z pełnej akceptacji, czy raczej z tego, że z czasem pamięć trochę wygładza trudniejsze momenty?
UsuńBardzo ciekawy tekst, a zarazem smutny... Dlaczego? Ponieważ właśnie uświadamia nam, że czas nieprzerwanie pędzi do przodu... Nie ma czegoś takiego, jak "stop klatka". Każda chwila jest ta jedną, jedyną i nigdy się nie powtórzy. I powiem Ci Andrzeju, że szkoda, iż ten czas tak szybko przemija, szczerze mówiąc patrząc w przeszłość mam wrażenie, iż dawniej mijał wolniej. Niby dzisiaj mamy tak wielkie udogodnienia, niby wszystko robi się szybciej, a nawet nie wiadomo, kiedy mija nie tyle dzień, co tydzień za tygodniem.
OdpowiedzUsuńZ jednej strony byłoby fajnie, gdyby rzeczywiście reinkarnacja była realna. Mi też Twój tekst przypomniał w pewnym sensie film "Młode wilki".
Niby wszystko się tu zgadza i trudno się nie przychylić, ale mam też wrażenie, że to poczucie „kiedyś czas płynął wolniej” może być trochę złudzeniem pamięci — im dalej coś jest, tym bardziej się to rozciąga w głowie, a codzienność teraz po prostu jest bardziej upakowana bodźcami. Z drugiej strony nie da się zaprzeczyć, że tygodnie potrafią uciekać w tempie, którego sam czasem nie ogarniam.
UsuńŻycie nie czeka, aż będziemy gotowi. Mija po cichu, dzień po dniu. Dlatego warto częściej pytać siebie, czy naprawdę żyjemy po swojemu, czy tylko przyzwyczailiśmy się do tego, co jest.
OdpowiedzUsuńŁadnie to brzmi i jest w tym coś prawdziwego, ale mam też wrażenie, że łatwo to hasło trochę przegadać i potem człowiek zamiast żyć, zaczyna się non stop „sprawdzać”, czy na pewno żyje dobrze. Ja sam się czasem łapię na tym, że ta presja bycia „w pełni świadomym życia” potrafi bardziej męczyć niż samo życie.
UsuńApsolutno se slažem s tobom, Andrzej. Život ne može biti stalno sretan i ne treba biti. Moderna kultura prodaje tu laž da moramo biti stalno sretni jer je ta laž dobra za prodaju: kupite ovo i ono pa ćete biti sretni ili naučiti kako biti sretni. To su sve gluposti.
OdpowiedzUsuńSreća je polovica novčića. Ako voliš nekoga bit ćeš slomljen ako ta osoba umre. Što bih značilo biti sretan? Nikada ne voljeti, imati nikoga tko nam nedostaje? Kakvog to smisla ima? Čak i kada bih se mogla proizvesti droga koja bi ljude činilo umjetno sretnim, tko bih to htio? Rastemo iz tuge koliko i iz sreće. Oboje je zapravo isprepleteno. Obogatiti naš život ne možemo ako se bojimo gubitka sreće.
Na blogu sam jednom pisala kako mi je jedna od najdražih definicija ljubavi ona u kojoj je ljubav stanje u kojem naša sreća zavisi od sreće druge osobe. Danas svi žele biti neovisni, ali što vrijedi ta neovisnost bez prijateljstva i ljubavi? Ljudi žele biti uvijek sretni, ali kako je to moguće? Misle da će biti sretni ako ih netko voli, ali ne znaju sami voljeti i ne znaju cijeniti ljubav kako bi je trebalo cijeniti. Ljubav je riječ koja ima svoju vlastitu moć. Ljudi reagiraju na nju. U isto vrijeme, to može biti zafrkana riječ za upotrijebiti. Korištenje ove riječi može ponekad značiti da ste išli lakšim putem. Baš zato jer ima čarolije u ovoj riječi, ona vam se može odbiti od glave. Moglo bi se reći da ima puno različitih vrsta ljubavi i to je svakako istina. Ipak, to ne mijenja činjenicu da se riječ ljubav često koristi kao oružje emotivne manipulacije.
Nešto mi govori da ne koristimo ovu riječ ljubav tako često da bismo izrazili činjenicu da je naše biće blisko povezano s drugim bićem. Da naša osobna sreća može ovisiti posve o tuđoj sreći. Zašto ne? Zato jer je to zastrašujuće za priznati. Što znači doista voljeti? Jedan od mojih najdražih pisaca (to bi bio Robert A. Heinlein) dao je svoju definiciju, a uvijek mi je bila bliska srcu: ljubav je stanje u kojem je sreća druge osobe nužna za našu vlastitu. Zvuči drastično, ali mislim da je najbliskije istini što je itko došao. Mislim da je u svojoj jezgri, ljubav poprilično radikalan i drastičan osjećan. Možda je ljubav najkorištenija, pa čak i najviše zloupotrijebljavana riječ, ali smiješna stvar je...kada nas netko voli, to znamo. Očito je. Riječi nisu potrebne. Iznutra znamo jesmo ili nismo voljeni.
Pozdrawiam!
Hvala Vam na ovom prekrasnom i dubokom komentaru. Posebno mi se sviđa Vaša misao da život ne treba biti stalno sretan. Mislim da danas zaista postoji veliki pritisak da budemo zadovoljni u svakom trenutku, kao da su tuga, gubitak ili nesigurnost nešto što treba odmah „popraviti”, a zapravo su i oni dio ljudskog iskustva.
UsuńZanimljivo mi je i ovo što pišete o ljubavi. Heinleinova definicija je vrlo snažna jer pokazuje koliko nas ljubav povezuje s drugom osobom i koliko nas istovremeno čini ranjivima. Možda upravo zato mnogi ljudi danas govore o neovisnosti, ali se istodobno boje bliskosti koja nosi stvarni rizik gubitka i boli.
Posebno mi se svidjela Vaša posljednja misao – da kada nas netko doista voli, to nekako znamo i bez riječi. U tome ima mnogo istine. Riječi mogu zavarati, ali iskrena briga, prisutnost i djela teško se mogu odglumiti.
Hvala Vam još jednom na ovom vrijednom doprinosu raspravi. Vaši komentari uvijek potiču na razmišljanje. Srdačan pozdrav! 😊