Odpowiedzialne publikowanie w sieci – jak nie pisać nieprawdy w artykułach

 


 W pewnym momencie pracy z informacją przestaje się wierzyć w komfortowe złudzenie, że rzeczywistość jest czymś stabilnym, uporządkowanym i czekającym tylko na opisanie. Zostaje coś znacznie bardziej niewygodnego, coś co przypomina ciągłe chodzenie po cienkiej warstwie lodu, pod którą widać poruszającą się wodę interpretacji, emocji, skrótów myślowych i cudzych interesów, wszystko zmieszane w jedną masę, która w każdej chwili może zmienić kształt. I im dłużej się w tym trwa, tym bardziej oczywiste staje się, że największym złudzeniem nie jest sama nieprawda, ale przekonanie, że da się ją łatwo rozpoznać, że wystarczy intuicja, doświadczenie albo szybki przegląd źródeł, żeby oddzielić to, co prawdziwe, od tego, co tylko dobrze brzmi.

W rzeczywistości ten proces przypomina bardziej nieustanne negocjowanie z własnym zaufaniem do świata. Bo każde zdanie, które trafia do obiegu, niesie w sobie nie tylko treść, ale też kontekst, intencję, skrót, który ktoś zrobił po drodze, emocję, która mogła przeważyć nad precyzją, albo zwykłe zmęczenie, które sprawiło, że coś zostało przyjęte bez wystarczającej liczby pytań. I właśnie w tym miejscu rodzi się najbardziej niepokojąca świadomość, że błąd nie jest wyjątkiem, tylko naturalnym stanem systemu, a prawda nie jest punktem wyjścia, tylko czymś, co dopiero trzeba mozolnie rekonstruować z fragmentów, które często do siebie nie pasują.

Z czasem zaczyna się zauważać, że najgroźniejsze nie są spektakularne fałszerstwa, ale te drobne przesunięcia znaczeń, które na pierwszy rzut oka wyglądają niewinnie. Jedno słowo wyrwane z kontekstu, jedno uproszczenie, jedna emocjonalna interpretacja, która zaczyna żyć własnym życiem i wędrować dalej już bez kontroli, przekształcając się w coś, co przypomina oryginał tylko z daleka. I to właśnie wtedy pojawia się napięcie, które nie ma nic wspólnego z techniką weryfikacji, tylko z psychologią odbioru, z tym jak bardzo człowiek chce w coś uwierzyć, zanim jeszcze zdąży zapytać, czy to w ogóle ma sens.

W tej przestrzeni wszystko dzieje się szybciej niż refleksja. Nagłówki wyprzedzają zdania warunkowe, emocja wyprzedza analizę, a pierwsze wrażenie zaczyna funkcjonować jak gotowy osąd. I nawet jeśli później pojawiają się korekty, sprostowania, doprecyzowania, one rzadko mają tę samą siłę co pierwotny impuls, który już zdążył zakorzenić się w pamięci zbiorowej. W ten sposób rzeczywistość zaczyna przypominać palimpsest, na którym kolejne warstwy informacji nie zastępują poprzednich, tylko nakładają się na nie, tworząc coraz bardziej nieprzejrzystą strukturę, w której trudno już powiedzieć, co było pierwsze, a co zostało dopisane później.

Najbardziej niepokojące jest jednak to, że człowiek w tym wszystkim nie przestaje szukać pewności. Przeciwnie, im bardziej rozmywa się granica między tym, co sprawdzone, a tym, co jedynie prawdopodobne, tym silniejsza staje się potrzeba prostych odpowiedzi. Jakby umysł bronił się przed chaosem poprzez skróty, nawet jeśli te skróty prowadzą w stronę uproszczeń, które z rzeczywistością mają coraz mniej wspólnego. I w tym napięciu między potrzebą jasności a złożonością świata rodzi się coś, co trudno nazwać inaczej niż permanentnym stanem czujności, w którym każda informacja jest jednocześnie materiałem i testem, a każde zdanie staje się pytaniem o to, ile w nim zostało z faktu, a ile z interpretacji.

I być może właśnie w tym miejscu kończy się złudzenie, że chodzi tylko o technikę sprawdzania źródeł, a zaczyna coś znacznie trudniejszego do uchwycenia, coś co dotyczy samego sposobu patrzenia na świat, w którym nic nie jest całkowicie zamknięte, a każda pewność ma w sobie cień wątpliwości, który nie znika nawet wtedy, kiedy wydaje się, że wszystko zostało już sprawdzone do końca.



 I właśnie w tym nieustannym rozciąganiu pomiędzy tym, co można sprawdzić, a tym, co już tylko się przeczuwa, zaczyna się najbardziej niewygodna część całego tego mechanizmu, bo człowiek wbrew deklaracjom nie funkcjonuje jak chłodny filtr danych, tylko jak istota zanurzona w emocjach, skrótach, lojalnościach i bardzo prywatnych potrzebach sensu. Widziałem to wielokrotnie w praktyce, w tych drobnych momentach, kiedy coś „brzmi wiarygodnie” jeszcze zanim zostanie jakkolwiek zweryfikowane, kiedy pierwsze zdanie ustawia cały dalszy odbiór, a później już tylko dopasowuje się fakty do wcześniej przyjętej narracji, jakby rzeczywistość była elastycznym materiałem, który można rozciągnąć tak, by pasował do wewnętrznego komfortu.

Najciekawsze jest to, że to wcale nie wynika ze złej woli. Raczej z potrzeby domknięcia świata, który z natury jest niedomknięty. Umysł nie znosi próżni informacyjnej, więc jeśli nie dostaje pełnej odpowiedzi, sam ją sobie dopowiada, często szybciej niż pojawia się jakakolwiek weryfikacja. I wtedy zaczyna się subtelna gra, w której fakt przestaje być punktem odniesienia, a staje się jednym z elementów układanki emocjonalnej. W tym sensie nieprawda nie zawsze jest czymś, co ktoś świadomie produkuje, czasem jest efektem ubocznym pragnienia, żeby świat był prostszy, bardziej jednoznaczny, mniej rozchwiany niż w rzeczywistości.

To właśnie w takich momentach najbardziej wyraźnie widać, jak silnie działają mechanizmy przywiązania do narracji. Jeśli coś pasuje do tego, co już myślimy, przechodzi przez nasz filtr niemal bez oporu, nawet jeśli w innej sytuacji wzbudziłoby natychmiastowy sceptycyzm. Jeśli natomiast coś burzy wewnętrzny porządek, pojawia się opór, nawet wobec informacji, które są precyzyjne i dobrze udokumentowane. To nie jest już kwestia logiki, tylko psychologicznej równowagi, która bywa ważniejsza niż sama prawda, bo prawda w swojej surowej formie często nie daje poczucia bezpieczeństwa, a człowiek jednak nieustannie tego bezpieczeństwa szuka, nawet jeśli nie przyznaje się do tego wprost.

I być może najbardziej niepokojące w tym wszystkim jest to, że te mechanizmy nie działają tylko po stronie odbiorcy. One przenikają również proces tworzenia treści, bo każdy, kto kiedykolwiek pracował z informacją, wie jak łatwo jest ulec presji czasu, presji konkurencji, presji pierwszeństwa, która w subtelny sposób przesuwa granicę między tym, co już sprawdzone, a tym, co jeszcze „prawdopodobne, ale trzeba to szybko podać”. W takich momentach nieprawda nie pojawia się jako świadome kłamstwo, tylko jako skrót, który wydaje się niewinny, jako uproszczenie, które w danym momencie wydaje się uzasadnione, jako decyzja podjęta w warunkach niedoskonałej wiedzy.

A potem ten skrót zaczyna żyć własnym życiem. Przechodzi przez kolejne warstwy interpretacji, przez kolejne osoby, które go widzą, komentują, udostępniają, dopisują własne emocje i własne konteksty. I w pewnym momencie pierwotne zdanie przestaje być istotne, bo zostaje zastąpione przez jego społeczne echo, które już nie ma jednego autora, tylko zbiorową odpowiedzialność rozproszoną tak bardzo, że trudno ją w ogóle uchwycić. Wtedy prawda przestaje być pojedynczym punktem, a staje się czymś rozlanym, rozciągniętym, trudnym do odtworzenia bez wysiłku, który większość ludzi po prostu omija, bo wymaga zbyt dużej koncentracji w świecie, który przyzwyczaił się do szybkich odpowiedzi.

I w tym wszystkim pojawia się jeszcze jeden, bardziej cichy wymiar, który często umyka w dyskusjach o dezinformacji, a mianowicie emocjonalna satysfakcja z posiadania „wersji wydarzeń”. Nie chodzi tylko o to, co się wydarzyło, ale o to, jak bardzo ta wersja pasuje do naszych przekonań, jak bardzo wzmacnia poczucie, że świat jest jednak przewidywalny, że da się go uporządkować według prostych schematów. I kiedy coś to zaburza, pojawia się napięcie, które często jest silniejsze niż chęć poznania prawdy. Wtedy łatwiej jest odrzucić korektę niż przebudować własny obraz rzeczywistości, bo ten obraz nie jest tylko intelektualny, on jest emocjonalny, zakorzeniony w doświadczeniu, w tożsamości, w poczuciu, że „wiem jak jest”.

W takich warunkach pytanie o prawdę przestaje być technicznym pytaniem o źródła i cytaty, a staje się pytaniem o to, jak bardzo jesteśmy gotowi zaakceptować świat, który nie układa się według naszych oczekiwań. I być może właśnie dlatego najtrudniejsze nie jest znalezienie nieprawdy, tylko moment, w którym trzeba przyznać, że nawet dobrze brzmiąca narracja może być tylko chwilową konstrukcją, która rozpada się w zetknięciu z pełniejszym obrazem, którego nigdy nie da się uchwycić do końca, bo zawsze pozostaje coś poza kadrem, coś, co wymyka się zarówno pierwszym wrażeniom, jak i późniejszym korektom, pozostawiając człowieka w stanie nieustannego balansowania między pewnością a wątpliwością, które nigdy nie znoszą się nawzajem, tylko trwają obok siebie, w napięciu, którego nie da się całkiem rozładować.



 Kiedy ten mechanizm zaczyna być widoczny z bliska, znika złudzenie, że problem dotyczy jedynie pojedynczych pomyłek czy przypadkowych skrótów. To raczej stała właściwość całego obiegu informacji, coś w rodzaju cichego tarcia, które towarzyszy każdemu przekazowi niezależnie od intencji. W takim układzie nawet najbardziej staranna wypowiedź nie pozostaje nienaruszona, bo już w momencie jej powstania zaczyna być podatna na przyszłe reinterpretacje, przesunięcia akcentów, wyjęcia z kontekstu, które nie wymagają złej woli, tylko samej dynamiki obiegu.

Z czasem pojawia się specyficzny rodzaj czujności, który nie ma nic wspólnego z podejrzliwością rozumianą potocznie. To raczej stan, w którym każdy komunikat niesie w sobie potencjalną drugą warstwę, niewidoczną od razu, ale możliwą do ujawnienia w innym świetle, w innym zestawieniu, w innym momencie. Taka świadomość zmienia sposób odbioru rzeczywistości, bo odbiera komfort prostego „tak jest” i zastępuje go nieustannym „tak może być, ale nie tylko tak”.

W tym napięciu szczególnie wyraźnie widać, jak bardzo człowiek potrzebuje momentów zatrzymania, nawet jeśli są one umowne. Nie dlatego, że świat rzeczywiście się domyka, ale dlatego, że bez takich punktów odniesienia trudno utrzymać jakąkolwiek ciągłość doświadczenia. Umysł zaczyna wtedy tworzyć własne kotwice, które nie zawsze są zgodne z pełnym obrazem, ale pozwalają na chwilę oddechu w strumieniu informacji, który nigdy nie zwalnia do końca.

Z biegiem czasu nawet te kotwice stają się jednak podejrzane, bo pojawia się świadomość, że każda z nich mogłaby zostać podważona przez inny fragment rzeczywistości, inny kontekst, inne źródło, które akurat w danym momencie wydaje się bardziej przekonujące. W efekcie powstaje stan nieustannego przesuwania punktu ciężkości, w którym żadna wersja nie ma pełnej przewagi, ale też żadna nie zostaje całkowicie odrzucona. Wszystkie istnieją równolegle, w różnym stopniu intensywności, zależnie od tego, z której strony pada światło.

W takim układzie nie chodzi już o rozstrzygnięcie, lecz o zdolność poruszania się między warstwami znaczeń bez złudzenia, że którakolwiek z nich jest jedyną obowiązującą. To właśnie ten ruch staje się nową normą, choć nigdy nie daje pełnego komfortu, bo w tle pozostaje świadomość, że każda stabilizacja jest tylko chwilowa, a każdy moment pewności opiera się na selekcji, która zawsze mogłaby wyglądać inaczej.

Komentarze

  1. Andrzeju, w temacie dziennikarstwa pozwól, że opowiem coś, co nam na zajęciach opowiedział jeden z czołowych w Polsce dziennikarzy.
    Ten Redaktor rozpoczął pytaniem: czy wiemy, dlaczego dziennikarz będący korespondentem wojennym lub nadającym z miejsc, gdzie coś się dzieje np. miał miejsce jakiś kataklizm, ma ubraną najczęściej kamizelkę z wieloma kieszonkami? My oczywiscie nie wiedzieliśmy. Jak On nam to wytłumaczył? Otóż, te kieszonki są na ...drobne pieniążki, niskiego nominału banknoty. Z jakiego powodu? Ponieważ, jeśli nic ciekawego się nie dzieje, a ma reporter napawając relację, a chce by była ona ciekawsza prosi np. kogoś mającego karabin, by, kiedy on będzie mówił do kamery delikwent przebiegł za nim tak, by być w nagranym, w kadrze strzelając w jakąś stronę. Materiał ciekawszy, bardziej interesujący, dynamiczny, chociaż tak naprawdę cisza i spokój. Właśnie po to te kieszonki :) Delikwent natomiast zadowolony, że coś zarobił :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. To co piszesz ma sens. Obecnie niestety jest tak, że ile autorów tyle prawd. Może będę staroświecka, ale dosyć niedawno była Wikipedia. Tam było wszystko rzetelnie opisane. Teraz już nie wiadomo gdzie czytać i komu wierzyć.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeśli chodzi o artykuły, teksty publicystyczne, to nawet sama czynność selekcji informacji, które są podawane dalej, jest już manipulacją. Zresztą dotyczy to każdego komunikatu. Z tego punktu widzenia można uznać, że wszyscy kłamią. Świadomie lub nie, ale kłamią. I ja też, oczywiście. Czy świadomość tego jest dla odbiorcy męcząca? Czy burzy jego spokój? Jego pewność? Pewność czego? Że świat jest poznawalny? Rzeczywistość jest do ogarnięcia? Nie jest.
    Wiesz, myślę, że to jest też kwestia pokory. Jeśli mamy świadomość ułomności naszych możliwości poznawczych i ułomności języka, to ten stan rzeczy, naszej świadomej i nieświadomej kłamliwości, jest po prostu cechą bycia człowiekiem. Rzecz jasna, abstrahuję tutaj od przypadków wykorzystywania kłamstwa jako narzędzia zdobycia władzy, władzy nie tylko w sensie władzy politycznej, ale władzy nad drugim człowiekiem w celu jego zniszczenia, pokonania, oszukania.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Licznik Gości

Obserwatorzy