Zabójcze buty
Zaczęło się zupełnie niewinnie. Jedna wiadomość, jakich dziennie dostajemy dziesiątki. Link wysłany przez znajomą, bez większego wprowadzenia, tylko krótki komentarz: „Zobacz to… czy to jest jeszcze moda, czy już broń?”. Kliknąłem. I przez chwilę miałem wrażenie, że patrzę na coś, co istnieje gdzieś na granicy żartu, prowokacji i absurdu.
Bo jak inaczej nazwać buty na osiemnastocentymetrowym obcasie, z ostrym, niemal agresywnym noskiem i paskiem, który bardziej przypomina zabezpieczenie niż element stylizacji? „Zabójcze buty” to określenie, które pojawiło się w tej rozmowie pół żartem, pół serio. Tylko że im dłużej się im przyglądałem, tym mniej było w tym żartu.
Żyjemy w czasach, w których moda przestała być tylko ubraniem. Stała się komunikatem. Deklaracją. Manifestem. I o ile przez lata przyzwyczailiśmy się do tego, że potrafi być niewygodna, ekstrawagancka, czasem nawet absurdalna, to jednak gdzieś po drodze przekroczyliśmy granicę, o której rzadko mówimy wprost. Granicę między estetyką a funkcjonalnością. Między stylem a zdrowiem. Między wyborem a presją.
Te buty nie są przypadkiem. One są konsekwencją.
Konsekwencją świata, w którym wygląd często wygrywa z rozsądkiem, a pierwsze wrażenie ma większą wartość niż długofalowe skutki. Osiemnaście centymetrów obcasa to nie jest już kwestia gustu. To jest decyzja biomechaniczna. To jest ingerencja w sposób, w jaki ciało funkcjonuje, porusza się, utrzymuje równowagę. To jest przesunięcie środka ciężkości do punktu, który z natury nie jest do tego przystosowany.
A jednak ktoś to projektuje. Ktoś to produkuje. Ktoś to kupuje.
I tu zaczyna się właściwa rozmowa, której często unikamy, bo jest niewygodna. Bo wymaga przyznania, że moda nie jest niewinna. Że potrafi narzucać standardy, które nie mają nic wspólnego z komfortem, a bardzo wiele z oczekiwaniami. Że potrafi sprzedawać idee opakowane w estetykę, które w praktyce działają przeciwko temu, kto je przyjmuje.
Nie chodzi o to, żeby demonizować wysokie obcasy. One mają swoją historię, swoją symbolikę, swoje miejsce w kulturze. Problem zaczyna się wtedy, gdy przestają być wyborem, a zaczynają być normą. Gdy granica między „chcę” a „powinnam” zaczyna się zacierać.
Patrząc na te konkretne buty, trudno oprzeć się wrażeniu, że nie zostały zaprojektowane z myślą o chodzeniu. One są stworzone do bycia widzianymi. Do robienia efektu. Do przyciągania uwagi. I w tym sensie działają perfekcyjnie. Tylko że ciało nie funkcjonuje w kategorii efektu. Ciało funkcjonuje w kategorii przeciążeń, napięć, kompensacji.
Stopa ustawiona pod tak ekstremalnym kątem przestaje pełnić swoją naturalną funkcję amortyzacyjną. Kolana zaczynają pracować inaczej. Biodra przejmują obciążenia, do których nie są stworzone. Kręgosłup dostosowuje się, wyginając w sposób, który może wyglądać „atrakcyjnie”, ale z perspektywy fizjoterapii jest zwyczajnie nienaturalny.
I tu pojawia się pytanie, które powinno wybrzmieć głośniej niż wszystkie zachwyty nad „odważnym designem”. Dlaczego wciąż akceptujemy rozwiązania, które w oczywisty sposób działają przeciwko naszemu ciału?
Odpowiedź nie jest prosta, ale ma w sobie coś niepokojąco znajomego. Bo nie dotyczy tylko butów. Dotyczy całej kultury, w której żyjemy. Kultury, która nagradza wygląd szybciej niż rozsądek. Która premiuje efekt natychmiastowy kosztem konsekwencji długoterminowych. Która potrafi przekonać, że dyskomfort jest ceną, którą warto zapłacić za akceptację.
Te „zabójcze buty” są więc czymś więcej niż tylko produktem z internetu. Są symbolem. Skrótem myślowym. Przykładem tego, jak daleko potrafimy się posunąć w imię estetyki, która często nie jest nasza, tylko została nam sprzedana.
I może właśnie dlatego ta historia zaczęta od jednego linku nie daje się tak łatwo zamknąć. Bo to nie jest opowieść o jednym modelu obuwia. To jest opowieść o wyborach, które wydają się drobne, a w rzeczywistości mają bardzo konkretne konsekwencje. Bo buty to nie tylko dodatek. To fundament. Dosłownie i w przenośni. A jeśli fundament jest niestabilny, cała reszta prędzej czy później zaczyna się chwiać.
I wtedy zaczyna się najciekawszy moment, bo emocja pierwszego wrażenia opada i zostaje coś znacznie bardziej wymagającego niż zdziwienie. Zostaje analiza. Nie tej jednej pary butów, tylko całego mechanizmu, który sprawia, że takie projekty w ogóle trafiają na rynek i znajdują swoich odbiorców. Bo łatwo jest wyśmiać osiemnastocentymetrowy obcas i powiedzieć, że to przesada. Trudniej przyznać, że to tylko skrajny punkt na skali, po której poruszamy się na co dzień, często bezrefleksyjnie.
Kiedy patrzysz na te buty dłużej niż kilka sekund, przestajesz widzieć w nich produkt. Zaczynasz widzieć komunikat. Bardzo wyraźny i dość bezwzględny. Twoje ciało ma się dopasować do formy, nie odwrotnie. Twoja wygoda nie jest priorytetem, twoje zdrowie jest kwestią drugorzędną, twoja funkcjonalność schodzi na dalszy plan. Liczy się efekt. Linia nogi. Wrażenie, jakie zostawisz, zanim zdążysz zrobić pierwszy krok.
I to jest moment, w którym robi się naprawdę ciekawie, bo okazuje się, że nie mówimy już o modzie jako estetyce, tylko o modzie jako systemie nacisku. Subtelnym, rozproszonym, często trudnym do uchwycenia, ale bardzo skutecznym. Nikt nie stoi nad tobą i nie mówi, że masz nosić takie buty. Ale wystarczy rozejrzeć się wokół, zobaczyć obrazy w reklamach, w mediach społecznościowych, na wybiegach, żeby zrozumieć, że istnieje pewien wzorzec. A im bardziej jest on ekstremalny, tym bardziej przyciąga uwagę.
Tyle że uwaga to nie to samo co wartość.
I tu zaczyna się konflikt, który widać dopiero wtedy, gdy przestajesz patrzeć na buty jak na przedmiot, a zaczynasz patrzeć na nie jak na narzędzie wpływu. Bo one wpływają. Na sposób chodzenia, na postawę, na napięcia w ciele, ale też na sposób myślenia o sobie. O tym, jak powinno wyglądać ciało, jak powinno się prezentować, jakie kompromisy są „akceptowalne”.
Osiemnaście centymetrów obcasa to nie jest już detal. To jest ingerencja w podstawową biomechanikę ruchu. Stopa, która w naturalnych warunkach powinna rozkładać ciężar ciała równomiernie, zostaje zmuszona do pracy w skrajnie nienaturalnym ustawieniu. Palce są ściśnięte, pięta uniesiona, środek ciężkości przesunięty. Ciało reaguje natychmiast, choć często tego nie zauważamy, bo przyzwyczajenie działa jak filtr. Mięśnie zaczynają kompensować, stawy pracują inaczej, kręgosłup dostosowuje się, żeby utrzymać równowagę.
I wszystko to dzieje się w imię czegoś, co bardzo trudno zdefiniować poza słowem „wygląd”.
Problem polega na tym, że ciało nie negocjuje. Ono zapisuje. Każde przeciążenie, każdy nienaturalny ruch, każdy dzień spędzony w niewłaściwym obuwiu odkłada się gdzieś w tle. Na początku to tylko dyskomfort. Potem zmęczenie. Z czasem ból. A jeszcze później coś, co zaczyna wymagać interwencji specjalisty. Tylko że wtedy rzadko łączymy to z butami. Bo buty są przecież tylko dodatkiem.
Właśnie nie.
To, co mamy na stopach, jest fundamentem całej naszej postawy. Jeśli fundament jest zaburzony, reszta konstrukcji prędzej czy później zaczyna się dostosowywać w sposób, który nie zawsze jest dla nas korzystny. Kolana przejmują obciążenia, biodra kompensują brak stabilności, odcinek lędźwiowy kręgosłupa zaczyna pracować ponad normę. To nie jest teoria. To jest fizjologia.
I w tym miejscu pojawia się coś, co w dyskusji o modzie jest niewygodne, bo burzy estetyczny porządek. Odpowiedzialność. Projektantów, którzy tworzą takie modele. Producentów, którzy je wprowadzają na rynek. Platform sprzedażowych, które je promują. Ale też nasza, jako odbiorców. Bo ostatecznie to my podejmujemy decyzję.
Tylko czy na pewno jest to decyzja w pełni świadoma?
Bo jeśli od lat jesteśmy karmieni obrazami, które utrwalają określony kanon, jeśli komfort jest przedstawiany jako coś mniej eleganckiego, mniej pożądanego, mniej „stylowego”, to trudno mówić o wyborze w czystej postaci. To raczej poruszanie się w ramach bardzo konkretnie wyznaczonych granic.
Te „zabójcze buty” są więc jak lupa. Powiększają problem, który istnieje od dawna, tylko w mniej spektakularnej formie. Pokazują, dokąd może prowadzić logika, w której wygląd staje się nadrzędną wartością. Logika, w której ciało ma się podporządkować formie, zamiast być jej punktem wyjścia.
I można oczywiście powiedzieć, że nikt nikogo nie zmusza. Że każdy ma prawo nosić, co chce. I to prawda. Tylko że wolność wyboru nie oznacza braku konsekwencji. A te w tym przypadku są bardzo konkretne i bardzo fizyczne.
Najbardziej uderzające jest jednak coś innego. To, jak łatwo przyzwyczajamy się do rzeczy, które jeszcze chwilę wcześniej wydawały się absurdalne. Jeszcze kilka lat temu osiemnaście centymetrów obcasa byłoby traktowane jako ekstrawagancja z pogranicza performansu. Dziś trafia do sprzedaży jako kolejna propozycja. Kolejny produkt. Kolejna opcja.
Granice się przesuwają. Powoli, ale konsekwentnie.
I może właśnie dlatego warto się przy takich przykładach zatrzymać. Nie po to, żeby je potępiać w czambuł, ale po to, żeby zobaczyć, co za nimi stoi. Jakie mechanizmy, jakie oczekiwania, jakie narracje. Bo jeśli nie zaczniemy ich dostrzegać, będziemy dalej funkcjonować w systemie, który wygląda jak wybór, ale w rzeczywistości jest bardzo precyzyjnie zaprojektowaną ścieżką.
Te buty nie są więc tylko produktem z linku przesłanego przez znajomą. Są pytaniem. O granice. O zdrowy rozsądek. O to, czy jeszcze potrafimy odróżnić styl od autodestrukcji opakowanej w estetykę.
I co najważniejsze, są przypomnieniem, że ciało nie jest dodatkiem do wizerunku. Jest jego podstawą. A podstawy, jak wiadomo, nie wybaczają błędów tak łatwo, jak moda.
I na końcu zostaje coś znacznie trudniejszego niż ocena samych butów. Zostaje decyzja, co z tą wiedzą zrobić. Bo najprościej byłoby zamknąć tę historię w wygodnym schemacie. Uznać, że to ekstremum, że to margines, że to nas nie dotyczy. Wzruszyć ramionami i wrócić do swoich wyborów, które wydają się rozsądniejsze, bardziej „normalne”. Tylko że ten komfort jest pozorny.
Bo problem nie zaczyna się przy osiemnastu centymetrach. On zaczyna się dużo wcześniej, w momencie, w którym przestajemy zadawać pytania. W którym przyjmujemy za oczywiste to, co zostało nam podane jako standard. W którym ignorujemy sygnały wysyłane przez własne ciało, bo nie pasują do obrazu, jaki chcemy utrzymać.
Te buty są tylko najbardziej jaskrawym przykładem. Najgłośniejszym akcentem w całej orkiestrze decyzji, które podejmujemy codziennie. Bo przecież nie chodzi tylko o wysokość obcasa. Chodzi o logikę, która stoi za jego wyborem. O przekonanie, że warto się dostosować, nawet jeśli koszt jest realny. Nawet jeśli ten koszt nie pojawia się od razu, tylko narasta powoli, niemal niezauważalnie.
I to jest moment, w którym ta historia przestaje być o modzie, a zaczyna być o odpowiedzialności. Nie tej wielkiej, patetycznej, tylko bardzo konkretnej i osobistej. Odpowiedzialności za własne ciało, za własne decyzje, za to, czy traktujemy siebie jak podmiot, czy jak projekt do nieustannej korekty.
Bo jeśli spojrzeć na to uczciwie, moda od dawna balansuje na granicy inspiracji i presji. Potrafi dawać narzędzia do wyrażania siebie, ale równie często podsuwa gotowe wzorce, które trzeba spełnić. A im bardziej są one wyraziste, tym trudniej je zignorować. Wysoki obcas wydłuża sylwetkę, zmienia sposób poruszania się, nadaje pewnej dynamiki, która przez lata została zakodowana jako atrakcyjna. Problem w tym, że ta atrakcyjność ma swoją cenę, o której mówi się znacznie rzadziej niż o samym efekcie.
I właśnie tutaj pojawia się coś, co w całej tej opowieści jest najbardziej niewygodne. Przyzwyczajenie. Bo człowiek potrafi przyzwyczaić się do wszystkiego, nawet do dyskomfortu. Nawet do bólu, jeśli tylko zostanie odpowiednio uzasadniony. A moda potrafi uzasadniać bardzo przekonująco. Potrafi wmówić, że coś jest „warte wysiłku”, że „tak się nosi”, że „tak wygląda dobrze”.
Tylko że ciało nie zna takich argumentów. Ono reaguje na bodźce, na przeciążenia, na napięcia. Nie interesuje go, czy coś jest modne. Interesuje go, czy jest bezpieczne. I jeśli nie jest, prędzej czy później daje o tym znać.
Najpierw subtelnie. Potem coraz wyraźniej.
I w tym sensie te „zabójcze buty” są jak ostrzeżenie, tylko ubrane w atrakcyjną formę. Pokazują, jak łatwo można przekroczyć granicę, jeśli przestaje się ją zauważać. Jak łatwo można przesunąć punkt odniesienia, jeśli wszystko wokół sugeruje, że to naturalne.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, że ten mechanizm nie dotyczy tylko mody. On jest obecny w wielu obszarach życia. W pracy, w relacjach, w sposobie, w jaki traktujemy własne potrzeby. Uczymy się ignorować sygnały ostrzegawcze, bo są niewygodne. Uczymy się funkcjonować w dyskomforcie, bo wydaje się on normą.
I właśnie dlatego warto się przy tych butach zatrzymać na dłużej, niż wymaga tego zwykłe obejrzenie produktu. Warto potraktować je nie jako ciekawostkę, tylko jako punkt wyjścia do szerszej refleksji. O tym, gdzie kończy się estetyka, a zaczyna kompromis, który nie powinien mieć miejsca.
Bo ostatecznie nie chodzi o to, żeby zrezygnować z mody. Chodzi o to, żeby odzyskać nad nią kontrolę. Żeby to ona była narzędziem, a nie systemem, który narzuca warunki. Żeby wybór był rzeczywiście wyborem, a nie reakcją na presję, która została tak dobrze zakamuflowana, że przestaliśmy ją dostrzegać.
To wymaga uważności. Wymaga zatrzymania się, choćby na chwilę, i zadania sobie kilku prostych pytań. Czy to jest dla mnie wygodne. Czy to jest dla mnie zdrowe. Czy to jest naprawdę moje.
Brzmi banalnie, ale w praktyce okazuje się zaskakująco trudne.
Bo łatwiej jest podążać za tym, co już zostało uznane za właściwe. Łatwiej jest nie wychylać się z własną opinią, zwłaszcza jeśli oznacza ona rezygnację z czegoś, co jest powszechnie akceptowane. Łatwiej jest dostosować się, niż świadomie wybrać inaczej.
Tylko że łatwo nie zawsze znaczy dobrze.
I może właśnie w tym tkwi największa wartość tej całej historii. Nie w samych butach, nie w ich konstrukcji, nie w ich wyglądzie, ale w pytaniu, które prowokują. Czy naprawdę potrzebujemy aż tak daleko posuniętych kompromisów, żeby czuć się dobrze we własnej skórze.
Bo jeśli odpowiedź brzmi tak, to problem jest znacznie większy niż jeden model obuwia.
A jeśli brzmi nie, to może to jest dobry moment, żeby zacząć wybierać inaczej. Nie spektakularnie, nie rewolucyjnie, tylko konsekwentnie. Krok po kroku. Dosłownie i w przenośni.
Bo każdy krok ma znaczenie. Zwłaszcza ten, który stawiasz we własnych butach.



Moda jako system nacisku? O, to ja jestem odporna.
OdpowiedzUsuńNie sądzę, żeby te buty były dochodzenia. Może to ma być jakiś eksponat artystyczny? Właściwie, gdyby potraktować tak głęboko psychologicznie, to one są trochę jakby z surrealistycznych obrazów Salvadora Dalego. Doskonale obrazują ideę nadrealizmu.
Szczerze mówiąc, trochę mam wrażenie, że łatwo tu popłynąć w bardzo „ciężką” interpretację wszystkiego, co widzimy. Z tymi butami i naciskiem modowym — dla mnie to czasem po prostu zabawa formą albo estetyką, a nie od razu jakiś systemowy komunikat. Ale z drugiej strony ciekawi mnie, gdzie właściwie przebiega granica między „to tylko design” a „to już coś mówi o nas jako społeczeństwie”.
UsuńThis is a very interesting topic. I google searched this image because something about the design looked off to me, almost like these shoes are not meant to be worn. It seems like I was right. The first link that popped up was from Amazon, describing them as ballet boots. Based on the description, they appear to be more a fetish footwear than actual footwear. Amazon listed other fetish items with them, so I think it's pretty safe to assume that is what they are. I don't think they are really meant to be worn in the normal way. I then googled ballet boot and Wikipedia describes it a contemporary style of fetish footwear. It seems that the idea of this boots is to cause pain and are used by people who enjoy such things (masochist and sadists). They are not meant to be used for walking or even standing upright, they are basically a bondage toy. Although, Wikipedia also states that some people are attempting to walk in these ballet boots and that these boots might become fashionable or a part of pop culture.
OdpowiedzUsuńAnyway, if these are not real shoes, there still are many similar models of shoes. So, all the points you raise in your post are more than valid. I have to admit that I have always loved high heels. I try to wear them in moderation, though. It is funny what our body can get adjusted to. I don't find high heels uncomfortable at all. I also don't wear them because of some height complex, I'm tall. I don't wear them because of style either. Flats can be just as elegant as high heel shoes. The design of the shoe is what makes it elegant, not the heel. A pair of shoes can be dress, elegant and chic even with a flat heel. So, why do I like high heels? I don't know myself. I just love them.
Of course, I agree that we should never wear something that damages our body. The shoes and the clothes should adapt to fit us, and not the other way around. The clothes should be comfortable, they should not restrict us in any way. Clothes and shoes should never be too tight or restrictive. We should not sacrifice our health for the sake of looks.
But speaking of comfort...that too can be a bit relative. If you are used to wearing tailored and structured clothes, then that is what you will find comfortable. For example, if someone wears suits every day, a suit might be comfortable for them. For someone else who always wears sporty clothes, a business suit might be very uncomfortable. So, there is also the element of what we are used to and what we find comfortable on a person level.
That beings said, clothes can be well made or poorly made. Shoes can also be quality made or of low quality. We should never be in pain or huge discomfort for the sake of fashion.
I really appreciate the way you actually looked deeper into the image and didn’t just stay at the surface level—that kind of curiosity is rare and valuable. I also agree with your point about how quickly the internet can “lock” something into a label once a certain term appears. After that, it becomes very easy to reinterpret everything through that one lens, even if the original context was more ambiguous or artistic. Fashion in particular seems to live in that blurry space between function, art, and sometimes even performance, so interpretations can shift a lot depending on where you look.
UsuńWhat you said about comfort being relative is also very true in my opinion. Our bodies adapt surprisingly quickly, and what feels “normal” or “comfortable” is often shaped more by habit than by some universal rule. But I also think your final point is important — adaptation shouldn’t come at the cost of real discomfort or harm.
Yes, it is sometimes scary how our search history and algorithms dictate the way we perceive the world online.
UsuńYou make a really good point. Sometimes I catch myself wondering whether I'm forming my own opinion or just following the path that the algorithm has quietly laid out for me. It almost feels like two people can search for the same topic and end up in completely different worlds. I guess that's why it's becoming more important to stay curious and look at more than one perspective. What do you think—is it still possible to get a fairly balanced view online, or is that becoming harder every year?
UsuńJestem osobą upartą i wiem, co mi się podoba, a co nie. Nigdy też nie patrzę na to, co jest modne i zasypuję tym szafy, tylko, jeśli mam cos kupić, to wyłącznie coś podobającego się mi :) Co do pokazanych przez Ciebie Andrzeju butów nigdy w życiu nawet za darmo nie chciałabym takich!
OdpowiedzUsuńBrzmi to bardzo stanowczo i w sumie podziwiam, że masz aż tak jasno ustawione granice wobec mody — mało kto dziś tak konsekwentnie mówi „nie” trendom. Ale zastanawiam się, czy czasem nie jest tak, że nawet ta nasza „odporność na modę” też w jakiś sposób jest już reakcją na to, co moda narzuca? Z tymi konkretnymi butami też mam mieszane odczucia — dla jednych totalny kosmos, dla innych może po prostu eksperyment albo sztuka użytkowa.
UsuńTe buty zostaną sprzedane, jeśli ktoś je kupi. Dlaczego kupi? Nie mam pojęcia. Problemy mody są dla mnie dosyć odległe. Jeśli zaś chodzi konkretnie o buty, to wyznaję zasadę, że moje stopy są zbyt cenne, żeby je masakrować. Buty mają być wygodne. Mam w nich bezpiecznie i wygodnie chodzić.
OdpowiedzUsuńZ jednej strony totalnie rozumiem to podejście, bo też mam tak, że komfort jest dla mnie ważniejszy niż „efekt wow” na zdjęciach. Ale z drugiej… czasem mam wrażenie, że moda to trochę taki dziwny język, w którym ludzie pokazują coś więcej niż tylko buty czy ubrania. Czy wygoda zawsze musi wykluczać jakąś formę stylu, czy da się to jednak sensownie połączyć? Bo mam wrażenie, że każdy trochę inaczej definiuje to „muszę się dobrze czuć” – i tu zaczyna się ciekawa dyskusja.
UsuńNie "muszę się dobrze czuć", tylko mają być wygodne - w sensie anatomicznym dla stopy. Zwróć uwagę, że użyłam słowa "bezpieczne" - bezpieczne dla kośćca, niepowodujące deformacji układu kostnego i ścięgien. Myślę, że podolog czy ortopeda raczej nie widzi tu zbytnio pola do dyskusji ;-)
UsuńW świecie mody istnieje wyraźny podział na modę użytkową /prêt-à-porter/ oraz modę wysoką /haute couture/. Ta druga to unikatowe dzieła, to często konceptualna sztuka i manifest artystyczny, a nie ubrania codzienne. Zatem tymi butami nie zamartwiałabym się aż tak ... ewentualnie bardziej przyjrzałabym się osobie , która uznała by , że może w nich śmigać np. do pracy w Biedronce. Małpowanie, owczy pęd ...innym razem potrzeba wyróżnienia się to impulsy, którymi najczęściej kierują się ludzie... a wynikają one z głęboko zakorzenionej potrzeby przynależności do "stada" , do grupy oraz ułatwiania sobie codziennych interakcji społecznych. Podążanie za większością daje nam akceptację, ułatwia podejmowanie decyzji i zmniejsza ryzyko wykluczenia społecznego. A tylko nieliczni chcą się wyróżnić, chcą być postrzegani jako jednostki wyjątkowe, a nie tylko jako "część tłumu". Myślę, że dotyczy to nie tylko w mody... kiedy jedni ślepo kopiują nowości, drudzy szukają nowych inspiracji, zapoczątkowując kolejne trendy.
OdpowiedzUsuńTakie buciki i praca w Biedronce. Piękne! Zobaczyć taką panienkę wykładającą chemię na półki - bezcenne. Albo położna w takich trzewikach. No i jeszcze zakonnica / katechetka.
Usuń@Yolanthe - Szczerze, coś w tym jest, bo często te „dziwne” rzeczy z wybiegów w ogóle nie są projektowane do normalnego życia, tylko jako jakiś artystyczny komunikat. Ale mam wrażenie, że w praktyce granica się trochę zaciera, bo ludzie i tak próbują przenosić takie koncepty do codzienności – i wtedy robi się ciekawie, a czasem po prostu absurdalnie. Czy to zawsze jest owczy pęd, czy może jednak czasem szczera potrzeba eksperymentu i zabawy stylem? Bo nie jestem przekonany, że da się aż tak łatwo podzielić ludzi na „kopiujących” i „wyjątkowych”, życie jest chyba bardziej pomieszane niż to wygląda w teorii.
UsuńCzego to nie zrobi kobieta, by poprawić urodę? Te buty to koszmar i ciąg przyszłych premii dla ortopedy. Ale czy to jedyny koszmar dzisiejszych czasów? Nie! Powiększone usta wyglądające paskudnie, powiększone cycki, biust, tyłek - byle się przypodobać facetowi, najczęściej jakiemuś karkowi. Trucizny wstrzykiwane pod skórę, by wygładzić zmarszczki, celulit. Te zabójcze buty to pikuś. Mały pikuś!
OdpowiedzUsuńMam wrażenie, że trochę za łatwo tu wrzuca się wszystko do jednego worka i robi z tego jedną „opowieść o kobietach”, a rzeczywistość jest jednak dużo bardziej różnorodna. Bo o ile część rzeczy faktycznie bywa podyktowana presją albo trendami, to sporo osób robi to po prostu dla siebie – komfortu, pewności siebie albo zwykłej frajdy, niekoniecznie „dla faceta”.
UsuńZdarzają się różne "ciekawe" przypadki i pewnie część kobiet tak właśnie robi... na szczęście nie wszystkie ;)
UsuńDokładnie, z takimi uogólnieniami zawsze trzeba uważać. Zdarzają się różne sytuacje i różni ludzie, ale wrzucanie wszystkich do jednego worka chyba nigdy nie jest dobrym pomysłem. Mam nawet wrażenie, że czasem najbardziej zaskakują właśnie ci, po których najmniej byśmy się tego spodziewali.
UsuńKobiece buty czasem wyglądają seksownie. Te wyglądają jakby kaczka stała na dziobie. Wieś.
OdpowiedzUsuńHa ha, porównanie z kaczką trochę mnie rozbawiło 😄 Z drugiej strony z modą jest chyba tak, że czasem coś wygląda dziwnie na zdjęciu, a na nodze nagle nabiera sensu. Chociaż przyznam, że są trendy, których kompletnie nie rozumiem i raczej się do nich nie przekonam.
UsuńPatrzę na te buty i już od samego patrzenia boli mnie kręgosłup... to totalny modowy koszmarek xD Nawet jeśli jakimś cudem ktoś to kupił, to pewnie jest to nieliczna grupa i nie wierzę, by tak na serio chcieli w tym chodzić. Chociaż kto wie... :D
OdpowiedzUsuńZnam kobiety, które lubią obcasy (na szczęście o przynajmniej połowę mniejsze niż te na zdjęciu), ale jeszcze więcej z nich stawia na płaskie obuwie. W pełni to rozumiem, zdrowie i wygoda to podstawa, a moda.. lubię modę, ale bez przesady ;)
Powiem szczerze, że ja mam trochę inne podejście — często patrzę na takie „koszmarki” i myślę sobie, że one wcale nie są robione do codziennego chodzenia, tylko bardziej pod pokaz, Instagram albo jakieś sesje, gdzie wygoda schodzi na ostatni plan. Ale zgadzam się, że w realnym życiu większość ludzi i tak wybiera coś, w czym da się normalnie przeżyć dzień bez łamania kręgosłupa 😄 Tylko zastanawia mnie jedna rzecz — czy my się już trochę nie przyzwyczailiśmy do hejtowania wszystkiego, co jest bardziej „odważne” w modzie?
UsuńNie założyłabym nigdy takich butów nawet jeśli byłyby modne, bo ogólnie lubię mogę. Tylko uznaję szpilki do 11cm😊
OdpowiedzUsuńJa mam trochę mieszane podejście, bo potrafią mi się podobać na kimś, ale jak widzę niektóre modele, to od razu wiem, że jej stopy by tego nie wybaczyły 😅 Te 11 cm brzmi jeszcze całkiem „normalnie” w świecie szpilek, ale ciekawi mnie, gdzie jest ta granica — od jakiej wysokości już mówisz „nie ma opcji, nie przeżyję nawet 10 minut”? Bo mam wrażenie, że moda jedno, a realne chodzenie w tym to już zupełnie inna historia…
UsuńNo cóż, jeśli obcas ma osiemnaście centymetrów, ostry nosek i konstrukcję sugerującą raczej próbę przetrwania niż spacer, to chyba faktycznie przestajemy mówić o obuwiu, a zaczynamy o narzędziu selekcji naturalnej. Moda modą, ale kręgosłup nie czyta katalogów, kolana nie śledzą trendów, a stopy mają zaskakująco konserwatywne poglądy na temat chodzenia😁
OdpowiedzUsuńNiby się uśmiechnąłem przy tym „narzędziu selekcji naturalnej”, ale coś w tym jest 😄 Z drugiej strony mam wrażenie, że takie ekstremalne modele to trochę inna kategoria niż normalne buty — bardziej pokaz, sesja, scena niż realne chodzenie po mieście. Tylko zastanawia mnie jedna rzecz: czy my nie przesadzamy trochę z tym automatycznym „to jest nienoszalne”, zanim zobaczymy to w praktyce na kimś, kto faktycznie w tym chodzi?
UsuńMasz rację, że takie buty to jawny manifest, deklaracja, komunikat. Niestety, jestem daleka od takich eksperymentów. Ale popatrzeć mogę, bo mnie to zaciekawiło.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Z jednej strony totalnie rozumiem to podejście, że buty mogą coś „komunikować” — w modzie to w sumie działa bardziej niż się ludziom wydaje. Ale z drugiej zastanawiam się, czy my czasem nie dopisujemy im trochę za dużo ideologii
Usuń