Manifest życiowy

 


 W świecie, w którym niemal wszystko zostało już opowiedziane, pokazane i sprzedane w tysiącach różnych wersji, pojawia się gest, który dla jednych brzmi jak symbol wolności, a dla innych jak znak czasów, w których człowiek coraz bardziej odwraca się do własnego odbicia. Biała suknia, kwiaty, uroczysta chwila, słowa wypowiadane z drżeniem głosu, ale po drugiej stronie nie ma drugiej osoby. Nie ma obietnicy składanej komuś innemu. Jest tylko człowiek stojący naprzeciwko samego siebie i próbujący odpowiedzieć na pytanie, które przez lata było odkładane gdzieś na później: czy potrafię być dla siebie kimś ważnym?

Jeszcze niedawno taki obraz wydawałby się sceną z filmu o kryzysie, samotności albo desperackiej próbie oswojenia porażki. Samotna osoba przed ołtarzem była symbolem tego, co nie wyszło, czego zabrakło, czego nie udało się znaleźć. Kultura przez dziesięciolecia uczyła nas przecież jednego bardzo konkretnego scenariusza. Dorastamy, zakochujemy się, znajdujemy drugą osobę, budujemy wspólne życie, a momentem największego spełnienia ma być chwila, w której ktoś patrzy nam w oczy i mówi: wybieram ciebie. Tymczasem coraz częściej pojawia się ktoś, kto wypowiada te słowa sam do siebie.

Ten gest może budzić zdziwienie właśnie dlatego, że dotyka czegoś bardzo głęboko zakorzenionego w ludzkiej psychice. Od najmłodszych lat uczymy się, że wartość przychodzi z zewnątrz. Czekamy na akceptację rodziców, uznanie nauczycieli, sympatię rówieśników, później na miłość partnera, zawodowe potwierdzenie, społeczne uznanie. Całe życie można spędzić w niekończącej się próbie zdobywania dowodów, że jest się wystarczająco dobrym, wystarczająco ważnym, wystarczająco wartym czyjejś uwagi. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim często ginie najprostsza, ale jednocześnie najtrudniejsza relacja, czyli ta, którą człowiek prowadzi sam ze sobą.

Może właśnie dlatego idea manifestu osobistego, którym dla wielu staje się taki symboliczny ślub, tak mocno porusza emocje. Nie dlatego, że chodzi wyłącznie o ceremonię. Ceremonie od zawsze były przecież sposobem nadawania znaczenia chwilom, których nie chcemy potraktować jak zwykłego dnia. Ludzie tworzyli rytuały, aby zaznaczyć przejście, zmianę, decyzję, zamknięcie jednego rozdziału i rozpoczęcie kolejnego. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś próbuje zmierzyć nowy rytuał starą miarą i ocenia go wyłącznie przez pryzmat tego, czego w nim brakuje.

Bo czego właściwie brakuje w chwili, gdy człowiek obiecuje sobie troskę, szacunek i obecność? Czy naprawdę każda ważna deklaracja musi być skierowana do drugiej osoby, żeby miała znaczenie? A może współczesny człowiek, zmęczony ciągłym spełnianiem cudzych oczekiwań, zaczyna szukać języka, którym może wreszcie opowiedzieć własną historię?

Nie jest przypadkiem, że takie zjawiska pojawiają się właśnie teraz. Żyjemy w epoce ogromnej liczby wyborów, ale jednocześnie w czasach ogromnego zagubienia. Nigdy wcześniej człowiek nie miał tak wielu możliwości budowania swojego życia po swojemu, a jednocześnie nigdy wcześniej nie był tak mocno bombardowany obrazami tego, jak powinien wyglądać, kim powinien być i czego powinien pragnąć. Media społecznościowe pokazują tysiące cudzych historii, cudzych sukcesów, cudzych związków, cudzych spełnień. W tym nieustannym porównywaniu łatwo zgubić własny głos.

Manifest staje się więc czymś więcej niż modnym hasłem. Jest próbą odzyskania kontroli nad własną opowieścią. Nie musi oznaczać odrzucenia miłości, bliskości czy relacji z innymi ludźmi. Czasem może być właśnie próbą zbudowania fundamentu, zanim człowiek zaprosi kogoś do swojego świata. Trudno jednak nie zauważyć pewnego napięcia, które pojawia się wokół tego trendu. Z jednej strony mamy potrzebę samowystarczalności, niezależności i ochrony własnych granic. Z drugiej strony człowiek pozostaje istotą społeczną, która nawet najbardziej niezależna potrzebuje spojrzenia drugiej osoby, rozmowy, obecności, zwykłego poczucia, że nie istnieje wyłącznie we własnej przestrzeni.

W tym właśnie miejscu pojawia się największa sprzeczność współczesnego indywidualizmu. Chcemy być wolni, ale nie chcemy być sami. Chcemy nie potrzebować nikogo, ale jednocześnie pragniemy być dla kogoś ważni. Chcemy kochać siebie, ale nadal szukamy kogoś, kto zobaczy w nas coś wyjątkowego. Człowiek jest pełen takich sprzeczności i być może właśnie dlatego tak trudno jednoznacznie ocenić zjawiska, które wychodzą poza dawne schematy.

Solo ślub może być dla jednej osoby pięknym symbolem odzyskania siebie po latach życia pod dyktando cudzych oczekiwań. Dla innej może stać się ucieczką przed trudnością budowania prawdziwej relacji, bo łatwiej czasem obiecać sobie bezpieczeństwo niż zaryzykować bliskość z drugim człowiekiem. Granica między jednym a drugim nie zawsze jest widoczna z zewnątrz. Czasami nawet sam człowiek, który podejmuje taką decyzję, może nie mieć pewności, czy robi to z miłości do siebie, czy z potrzeby ochrony przed kolejnym rozczarowaniem.

Najbardziej interesujące w tym wszystkim jest to, że współczesny świat coraz częściej zmusza nas do zadawania pytań, które wcześniej wydawały się niepotrzebne. Kim jesteśmy, kiedy nikt nas nie wybiera? Czy potrafimy nadać sobie wartość bez zewnętrznego potwierdzenia? Czy można być spełnionym, nie realizując scenariusza, który przez lata przedstawiano jako jedyny właściwy? A może za całym tym poszukiwaniem siebie kryje się po prostu bardzo ludzka potrzeba, żeby choć raz poczuć, że własne życie naprawdę należy do nas?

Być może właśnie dlatego temat manifestu tak mocno rezonuje. Nie chodzi wyłącznie o ślub bez partnera, o modę czy kontrowersyjny trend. Chodzi o moment, w którym człowiek zatrzymuje się pośród całego chaosu i próbuje usłyszeć własny głos, często zagłuszany przez lata przez oczekiwania rodziny, społeczeństwa i kultury. Głos, który nie zawsze mówi coś wielkiego. Czasem tylko cicho przypomina, że gdzieś pod wszystkimi rolami, obowiązkami i historiami, które trzeba było odegrać, nadal znajduje się ktoś, kto czeka na uwagę…

Na własną chwilę, własne słowa i własną odpowiedź, której być może nikt wcześniej nie nauczył go wypowiadać.



 Być może największy paradoks współczesnego człowieka polega na tym, że całe życie uczy się on szukać kogoś, kto go wybierze, a kiedy wreszcie zaczyna wybierać samego siebie, wzbudza to zdziwienie, czasem niepokój, a czasem wręcz sprzeciw. Przez pokolenia wpajano nam, że najważniejsze decyzje podejmujemy wtedy, gdy ktoś stoi obok. Że szczęście ma kształt wspólnego stołu, dwóch kubków na kuchennym blacie, zdjęcia z wakacji, obrączki na palcu i drugiego człowieka, który potwierdza naszą obecność w świecie. Samotność była przedstawiana jak brak, jak niedokończona historia, jak coś, co należy czymś lub kimś wypełnić. Niewiele miejsca zostawiano na pytanie, czy człowiek może czuć się kompletny jeszcze zanim ktokolwiek wypowie jego imię z czułością.

Może właśnie dlatego tak wiele emocji budzi idea symbolicznego ślubu z samym sobą. Nie dlatego, że jest czymś całkowicie nowym, ale dlatego, że dotyka miejsca, którego przez lata staraliśmy się nie oglądać zbyt uważnie. Miejsca, w którym człowiek spotyka się sam ze sobą bez dekoracji, bez ról społecznych, bez oczekiwań innych ludzi. To spotkanie bywa trudniejsze niż najważniejsze rozmowy z drugim człowiekiem, bo przed własnym odbiciem trudno udawać. Nie można schować się za odpowiedziami, które brzmią dobrze, za historią opowiadaną światu, za wersją siebie stworzoną po to, żeby była akceptowana.

Każdy człowiek nosi w sobie pewien zbiór obietnic, których nigdy głośno nie wypowiedział. Obietnic odkładanych na później, kiedy będzie spokojniej, kiedy znajdzie się odpowiednia osoba, kiedy skończą się problemy, kiedy życie wreszcie zacznie wyglądać tak, jak miało wyglądać. Tyle że to „później” potrafi trwać latami. Można przejść przez wiele etapów życia, spełniając kolejne wymagania, a mimo to mieć gdzieś głęboko poczucie, że ominęło się własną obecność. Że człowiek był dla wszystkich, tylko nie dla siebie.

W tym sensie manifest nie jest jedynie deklaracją. Jest próbą zatrzymania czasu w świecie, który nieustannie wymaga ruchu. Każdego dnia ktoś czegoś od nas chce. Trzeba być produktywnym, atrakcyjnym, dostępnym, skutecznym, uśmiechniętym, gotowym do kolejnego zadania. Nawet odpoczynek często stał się projektem do wykonania, kolejnym elementem dobrze zaplanowanego życia. W tej rzeczywistości powiedzenie sobie „jestem ważny” może brzmieć niemal jak akt buntu.

Nie chodzi jednak wyłącznie o niezależność. Pod powierzchnią takich gestów często kryją się historie, których nikt z zewnątrz nie widzi. Historia osoby, która przez lata była dla kogoś córką, partnerką, matką, opiekunką, pracownikiem, przyjacielem, ale rzadko miała przestrzeń, żeby zapytać, kim jest poza tymi rolami. Historia człowieka, który po rozpadzie związku nie tylko stracił drugą osobę, ale również część własnej tożsamości, bo przez lata budował siebie wokół wspólnego „my”. Historia kogoś, kto po wielu rozczarowaniach nie chce już czekać na moment, w którym ktoś z zewnątrz przyzna mu prawo do szczęścia.

Właśnie dlatego takie decyzje bywają tak trudne do jednoznacznej oceny. Z zewnątrz łatwo przykleić etykietę. Powiedzieć, że to przejaw egoizmu, ucieczki, mody albo przesadnego skupienia na sobie. Łatwo również stworzyć zupełnie przeciwną narrację i uznać każdy taki gest za dowód ogromnej dojrzałości oraz pełnej akceptacji siebie. Tymczasem ludzkie motywacje niemal nigdy nie są czyste i jednowymiarowe. Często w jednej decyzji mieszają się odwaga i lęk, miłość do siebie i potrzeba ochrony przed kolejnym bólem, niezależność i tęsknota za bliskością.

Człowiek potrafi jednocześnie pragnąć wolności i marzyć o tym, żeby ktoś go zatrzymał. Potrafi mówić, że nikogo nie potrzebuje, a chwilę później czekać na wiadomość, która zmieni cały dzień. Potrafi budować wokół siebie mur bezpieczeństwa, a jednocześnie mieć nadzieję, że ktoś znajdzie sposób, żeby ten mur przekroczyć. Właśnie te sprzeczności są najbardziej ludzką częścią naszych historii. Nie jesteśmy wyłącznie niezależni albo zależni. Nie jesteśmy wyłącznie silni albo zagubieni. Czasami jesteśmy jednym i drugim jednocześnie.

Możliwe, że fascynacja manifestami osobistymi wynika również z głębszego kryzysu współczesnych relacji. Nigdy wcześniej nie mieliśmy tylu możliwości poznawania ludzi, a mimo to wiele osób mówi o samotności bardziej otwarcie niż kiedykolwiek wcześniej. Technologia zbliżyła nas na odległość kilku sekund, ale nie zawsze nauczyła prawdziwej obecności. Można mieć setki kontaktów i jednocześnie nie mieć jednej osoby, przy której można przestać udowadniać swoją wartość.

W świecie, w którym relacje coraz częściej przypominają wybór spośród nieskończonej liczby możliwości, pojawia się również zmęczenie ciągłym poszukiwaniem. Ludzie zaczynają pytać, czy całe życie musi być oczekiwaniem na moment, w którym ktoś inny stanie się brakującym elementem układanki. Czy naprawdę trzeba najpierw zostać przez kogoś wybranym, żeby poczuć się pełnym?

Jednocześnie istnieje druga strona tego zjawiska, bardziej niewygodna i trudniejsza do przyjęcia. Człowiek może tak bardzo skoncentrować się na ochronie własnego świata, że zaczyna traktować każdą bliskość jak zagrożenie. Może pomylić niezależność z odcięciem. Może uwierzyć, że skoro nauczył się być samowystarczalny, nie musi już nikogo wpuszczać do środka. A przecież relacja z drugim człowiekiem zawsze wymaga pewnej podatności na zranienie. Wymaga rezygnacji z pełnej kontroli. Wymaga zaakceptowania tego, że ktoś może zobaczyć nas nieidealnych.

Być może największe napięcie wokół manifestów osobistych bierze się właśnie z tego miejsca. Z pytania, gdzie kończy się zdrowa troska o siebie, a zaczyna ucieczka od świata. Gdzie kończy się odzyskiwanie własnej wartości, a zaczyna budowanie twierdzy, do której nikt nie ma dostępu. Gdzie jest granica między powiedzeniem sobie „zasługuję na szacunek” a przekonaniem „nie potrzebuję już nikogo”.

Nie ma jednej odpowiedzi, bo każdy człowiek przynosi ze sobą własną historię. Dla jednej osoby symboliczna ceremonia może być pierwszym momentem, kiedy przestaje przepraszać za swoje potrzeby. Dla innej może być próbą zagłuszenia pustki, której nie chce jeszcze nazwać. Ten sam gest może mieć zupełnie inne znaczenie w zależności od tego, jakie rany, pragnienia i wspomnienia stoją za nim.

Najbardziej fascynujące pozostaje jednak to, że człowiek wciąż szuka sposobów, aby nadać znaczenie własnemu istnieniu. Tworzy rytuały, zapisuje słowa, wypowiada deklaracje, szuka symboli, które pomogą mu uwierzyć w podjętą decyzję. Może dlatego, że sama myśl czasami nie wystarcza. Potrzebujemy momentów, które można zapamiętać. Chwil, w których coś zostaje nazwane, nawet jeśli tylko przed samym sobą.

A gdzieś pomiędzy potrzebą bycia kochanym przez innych i potrzebą pokochania siebie pozostaje człowiek, który nadal próbuje zrozumieć, kim jest poza wszystkimi oczekiwaniami. Człowiek, który nie zawsze wie, czy idzie w stronę wolności, czy po prostu szuka miejsca, w którym przez chwilę będzie mógł odpocząć od ciągłego udowadniania, że jest wystarczający. I może właśnie ta niepewność, to napięcie między pragnieniem bliskości a potrzebą odnalezienia własnego głosu, jest tym miejscem, w którym zaczyna się prawdziwa opowieść o sobie.



 Czasem najbardziej interesujące zjawiska społeczne pojawiają się właśnie tam, gdzie coś zaczyna wymykać się prostym odpowiedziom. Nie dlatego, że są całkowicie nowe, ale dlatego, że pokazują pęknięcia, które od dawna były obecne, tylko wcześniej nikt nie próbował ich nazwać. Ślub z samym sobą jest jednym z takich momentów, w których spotykają się sprzeczne potrzeby człowieka: pragnienie bliskości i lęk przed utratą siebie, potrzeba bycia zauważonym i zmęczenie ciągłym udowadnianiem własnej wartości, marzenie o miłości i doświadczenie rozczarowania tym, jak często rzeczywistość rozmija się z wyobrażeniem.

Być może właśnie dlatego ten rytuał wywołuje tyle emocji. Nie chodzi przecież wyłącznie o białą suknię, pierścionek, zdjęcia czy symboliczne słowa wypowiedziane przed lustrem, wśród przyjaciół albo w samotności. Gdzieś pod powierzchnią tej ceremonii kryje się znacznie bardziej skomplikowana opowieść o człowieku, który przez lata słyszał, że jego życie będzie pełne dopiero wtedy, gdy ktoś drugi potwierdzi jego wartość. Że spełnienie przyjdzie wraz z odpowiednią osobą, właściwym momentem, idealną relacją, historią, która będzie wyglądać dobrze nie tylko w środku, ale również na zewnątrz.

Tymczasem współczesny człowiek coraz częściej staje przed pytaniem, którego wcześniejsze pokolenia być może nie zadawały sobie tak otwarcie: co pozostaje ze mnie, kiedy znikają wszystkie role, które miałem odegrać? Kim jestem poza oczekiwaniami rodziny, społeczeństwa, kultury, poza obrazem osoby, która powinna już coś osiągnąć, z kimś być, gdzieś należeć? To pytania trudne, bo nie mają jednej odpowiedzi i nie dają komfortu prostych deklaracji. Wymagają spojrzenia w miejsce, którego wielu ludzi przez lata unikało, ponieważ cisza własnego wnętrza bywa znacznie bardziej wymagająca niż hałas codziennych obowiązków.

Może właśnie dlatego pojawia się potrzeba takich symbolicznych gestów. Człowiek od zawsze potrzebował rytuałów. Potrzebował momentów granicznych, chwil, które pozwalały zaznaczyć zmianę, zamknąć pewien etap albo nazwać coś, co wcześniej było tylko niejasnym przeczuciem. Problem zaczyna się wtedy, gdy każdy rytuał może zostać zarówno głęboko przeżytym doświadczeniem, jak i kolejnym produktem do skonsumowania. W świecie, w którym nawet emocje bywają opakowane, sprzedawane i pokazywane publicznie, granica między autentycznym przeżyciem a potrzebą stworzenia określonego obrazu siebie staje się niezwykle cienka.

Być może dlatego sologamia tak mocno rezonuje ze współczesnością. Żyjemy w czasach, w których człowiek jednocześnie nigdy wcześniej nie miał tylu możliwości decydowania o sobie i nigdy wcześniej nie był tak mocno oceniany za własne wybory. Każda decyzja może stać się deklaracją, każdy gest może zostać odczytany jako manifest, a każda odmienność natychmiast trafia pod spojrzenia innych ludzi. Nawet wybór skierowany wyłącznie do siebie potrafi zostać odebrany jako komunikat skierowany przeciwko komuś.

Paradoks polega na tym, że pragnienie niezależności często rodzi się z doświadczenia zależności. Osoba, która mówi „wybieram siebie”, nie zawsze ucieka od innych. Czasem właśnie przez lata była zbyt mocno skupiona na tym, czego potrzebują pozostali. Czasem próbowała być wystarczająco dobra dla wszystkich wokół, zapominając, że gdzieś po drodze sama stała się kimś drugoplanowym we własnym życiu. Ale równie prawdziwe jest to, że za językiem samowystarczalności może czasami kryć się zmęczenie relacjami, rozczarowanie, nieufność albo próba ochrony przed kolejnym zranieniem.

Człowiek jest pełen takich sprzeczności. Potrafi tęsknić za drugim człowiekiem i jednocześnie budować wokół siebie mur. Potrafi mówić, że nie potrzebuje nikogo, a jednocześnie marzyć o tym, by ktoś naprawdę go zobaczył. Potrafi świętować własną niezależność, ale w głębi duszy nadal szuka potwierdzenia, że jego wybór ma znaczenie dla innych. Być może właśnie ta niejednoznaczność jest najbardziej ludzka, bo trudno znaleźć granicę między zdrową troską o siebie a zamknięciem się na świat.

W pewnym sensie współczesne ceremonie skierowane ku samemu sobie mówią więcej o społeczeństwie niż o pojedynczych osobach. Pokazują epokę, w której relacje stały się jednocześnie łatwiejsze i trudniejsze. Nigdy wcześniej nie mieliśmy tylu sposobów na kontakt, a jednocześnie tak wielu ludzi doświadcza poczucia samotności. Nigdy wcześniej rozmowa nie była tak dostępna, a jednocześnie tak często zastępują ją krótkie komunikaty, obrazy i starannie wybrane fragmenty życia. Nigdy wcześniej człowiek nie miał tak dużej przestrzeni do samostanowienia, a jednocześnie tak silnej potrzeby, by ktoś zaakceptował jego decyzje.

Może dlatego niektóre osoby wybierają symboliczny ślub ze sobą. Nie dlatego, że świat drugiego człowieka przestał mieć znaczenie, ale dlatego, że próbują odnaleźć punkt, z którego można w ogóle wejść w jakąkolwiek relację. Bo trudno budować bliskość, kiedy samemu nie wiadomo, gdzie kończy się własna tożsamość, a zaczynają oczekiwania innych. Trudno być obecnym dla drugiej osoby, kiedy całe życie spędziło się na szukaniu potwierdzenia własnej wartości poza sobą.

A jednak gdzieś pozostaje to ciche pytanie, którego nie da się całkowicie zagłuszyć żadnym rytuałem ani żadną deklaracją. Pytanie o to, czy człowiek naprawdę może być całkowicie sam dla siebie wystarczający, czy może raczej potrzebuje innych ludzi właśnie po to, by lepiej zrozumieć samego siebie. Bo nawet najbardziej osobista obietnica wypowiedziana w samotności istnieje przecież w świecie pełnym innych spojrzeń, historii i emocji. Każdy wybór jest częścią większej opowieści, której nie piszemy wyłącznie własną ręką.

Być może za kilka lat sologamia przestanie wzbudzać zdziwienie i stanie się jednym z wielu sposobów opowiadania o własnym życiu. Być może odejdzie jako chwilowy znak epoki, w której ludzie szukali nowych języków dla starych potrzeb. A może pozostanie jako cichy symbol czasu, gdy człowiek po raz pierwszy tak głośno zaczął mówić o relacji, której przez wieki często brakowało najwięcej uwagi, choć była najbliżej, tuż pod powierzchnią wszystkich innych historii, wszystkich oczekiwań i wszystkich niewypowiedzianych słów…

Komentarze

  1. Bardzo ciekawy wpis, interesują mnie zjawiska społeczne. Dzisiejszy świat jest zgoła inny, niż kiedyś [który ja jeszcze pamiętam] Przyspieszył tak bardzo, że w tym kołowrotku, człowiek doznaje swoistego "zawrotu głowy", który wybija go z harmonijnego rytmu. Pojawiają się aberracje, z którymi nie każdy sobie radzi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo trafnie to ujęłaś. Mam wrażenie, że dzisiaj wiele osób nie tyle nie potrafi nadążyć za światem, co po prostu gubi po drodze samych siebie. Ta ciągła potrzeba bycia szybszym, bardziej produktywnym i „na czasie” potrafi mocno zaburzyć zwykłą ludzką równowagę.

      Usuń
  2. Bardzo ciekawy post. Zadajesz tutaj pytania, które zadaje sobie obecnie wiele ludzi.
    Wynika to może z faktu, że osiągnęliśmy taki poziom poznania, ze takie pytania same się nam nasuwają. To dobrze i źle. Dobrze, bo możemy uzmysłowić sobie swoje własne potrzeby, pomyśleć czy są one zaspokajane. A źle dlatego, że możemy dojść do absurdów, które bardziej nam zaszkodzą niż pomogą, bo wiesz możemy wpaść w pułapkę myślenia, że mamy tak wiele nieograniczonych możliwości. A tak naprawdę nie mamy, to iluzja. Warunkuje nas środowisko i nasze predyspozycje osobowościowe, których zmienić nie możemy.
    Poza tym ludzie wpadają w różnego typu pułapki myślowe, na przykład, że mają nieograniczoną ilość czasu, że żyć będą naprawdę, gdy zostaną spełnione określone warunki itp itd. Tymczasem rzeczywistość rządzi się własnymi prawami.
    Dziś psycholodzy mówią- nie szukaj drugiej osoby z pozycji braku, bo tylko ludzie spełnieni, a w każdym razie znający siebie, potrafią budować satysfakcjonujące związki. Wszystko to pięknie i racja, tyle tylko, że to poprzeczka ustawiona tak wysoko, że mało kto do niej dosięga.
    Ludzie z mojego pokolenia mieli ogólne wytyczne przekazane im przez rodziców. W związkach docierali się długo i długo nad tym pracowali, żeby te związki były dobre.
    Dziś- takie mam wrażenie- ludzie często nie chcą przyłożyć się do pracy nad poprawą relacji ( mówię o obopólnych chęciach, bo tylko takie się liczą) Mały zgrzyt i zniechęcenie: żegnaj, adieu.
    Mężczyzna około 40 powiedział do matki- Nie chcę z nikim się wiązać, podróżuję po świecie, a żona byłaby mi w tym przeszkodą. Chcę być wolny! Ok. może dojrzeć do związku około 60, albo wcale. Ale kobieta? Ona nie ma tyle czasu i czasu nie cofnie. I w sto koni nie dogoni. Miała możliwości, ale ciągle wydawało się jej, że stać ją na więcej... A dziś sama i sfrustrowana.
    Ależ się rozgadałam.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo ciekawie to rozwinęłaś, bo chyba faktycznie żyjemy w czasach, gdzie z jednej strony mamy ogrom możliwości, a z drugiej coraz trudniej nam podjąć decyzję i zaakceptować, że nie wszystko jest dla nas dostępne. Mam wrażenie, że trochę zatraciliśmy cierpliwość do budowania czegokolwiek — czy to relacji, czy własnego życia — bo wszędzie słyszymy, że zawsze można znaleźć coś „lepszego”. Z drugiej strony zastanawiam się, czy dawniej ludzie nie zostawali czasem w związkach zbyt długo tylko dlatego, że tak trzeba było. Chyba jak zwykle prawda jest gdzieś pośrodku… tylko jak znaleźć ten moment, kiedy warto walczyć, a kiedy odpuścić

      Usuń
    2. Posłużę się przykładem. Mam koleżankę, która zawsze cieszyła się wielkim powodzeniem u mężczyzn, bo była po prostu bardzo urodziwa. Finalnie miała dwóch starający się poważnych konkurentów. Jeden był synem lekarki, a kształcił się na inżyniera, drugi był synem fryzjerki, ale poszedł na medycynę i został lekarzem. Którego wybrała? Oczywiście drugiego, bo to jest istotny kulturowy przekaz- małżeństwo źródłem awansu. W rodzinie postrzegana była jako wyjątkowe dziecko, które potrzebuje wyjątkowej oprawy. I można powiedzieć, że dobrze wybrała, bo do dziś są zgodnym małżeństwem, a ona ma wszystko na czym jej zależało.
      Druga kwestia- myślę, że zawsze były związki udane, mniej udane i takie, które nie rokowały. Jednak małżeństwo spełniało wiele funkcji. Przede wszystkim we dwoje łatwiej było przetrwać, utrzymać dzieci, które pojawiały się na świecie, otrzymać wsparcie. A jednocześnie ludzie zdawali sobie z trudów życia i nie oczekiwali nie wiadomo czego. Może jestem w błędzie -bo przecież nie mam monopolu na prawdę, a to moje subiektywne odczucie- dziś ten relatywizm moralny i etyczny wprowadza niesamowity zamęt. Mają być ciągle motyle w brzuchu, pożądanie, a partner ma rekompensować moje braki z dzieciństwa.
      A jeszcze dostajemy nieustanny przekaz , że wszystko jest względne, a decyzje mamy podejmować na podstawie naszego wyśrubowanego ego.
      Przykład - postać medialna. Obecnie trzecia żona, z pierwszą dwójka dzieci, z drugą dwójka dzieci, ale dopiero teraz znalazł miłość swojego życia. Są rok po ślubie. Ale to jeszcze nic. Jeszcze niedawno mogło to szokować, dziś nie dziwi prawie nikogo.
      A co do momentu walczyć czy odpuścić to już trzeba sobie chyba samemu odpowiedzieć.

      Usuń
    3. Dzisiaj faktycznie trochę inaczej patrzymy na związki niż kiedyś. Z jednej strony dobrze, że ludzie nie muszą już tkwić w relacjach tylko dlatego, że „tak wypada”, ale z drugiej czasem chyba za szybko uznajemy, że skoro pojawił się kryzys, to znaczy, że wszystko się skończyło. Żadne małżeństwo nie będzie cały czas jedną wielką romantyczną historią, bo codzienność prędzej czy później weryfikuje każde uczucie.

      Usuń
  3. Choosing yourself first feels essential before ever opening your heart to someone else. You captured that fine line beautifully, balancing self-love with the quiet fear of isolation. What made you want to explore sologamy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Thank you so much! I think sologamy caught my attention because it raises interesting questions about the balance between self-love and human connection. I don't see it as a simple answer, but as a topic that makes us reflect on what we really expect from ourselves and from relationships. That's exactly what I wanted to explore. What are your thoughts on it? Do you think self-love and romantic love can always coexist?

      Usuń
  4. Andrzeju, Twój kolejny interesujący post. Jeśli chodzi o mnie, to jestem zdania, że należy znać swoja wartość i nigdy nie poniżać się i nie pozwalać sobie ubliżać.
    Wspomniałeś o ślubach samemu z sobą. Coś ostatnio czytałam o jakiejś celebrytce, która to zrobiła. Jak dla mnie, to dość dziwne zjawisko. Zresztą, czasy, w których żyjemy pod wieloma względami są tzw. "interesujące". Na pewno serwują nam wiele głupoty, szaleństwa i czegoś, co nie powinno mieć miejsca. Sporo z tego też mi się nie podoba i nie uznaję za normalne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem ten punkt widzenia, bo faktycznie łatwo dziś zauważyć rzeczy, które jeszcze niedawno wydawałyby się dość nietypowe. Zgadzam się, że znajomość własnej wartości i stawianie granic są bardzo ważne, ale chyba czasem warto też spróbować zrozumieć, skąd biorą się takie nowe zjawiska, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydają nam się dziwne. Świat zawsze się zmieniał i nie wszystko, co nowe, musi być od razu dobre albo złe.

      Usuń
  5. Bardzo trafne przemyślenia. Warto czasem zatrzymać się i zastanowić, jakie zasady naprawdę chcemy przyjąć za swoje.
    Pozdrawiam i zapraszam na nowy post :) magdatul-fan.blogspot.com.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, czasem żyjemy według schematów, które przejęliśmy od innych, nawet nie zastanawiając się, czy naprawdę są nasze. Chyba najtrudniejsze jest właśnie znalezienie własnego kierunku i odróżnienie swoich wartości od tego, co narzuca nam otoczenie. Z drugiej strony pewne zasady też dają nam poczucie bezpieczeństwa i nie zawsze warto wszystko podważać.

      Usuń
  6. Very interesting post! I think that the celebration of marriage with one's self can mean different things, just like celebration of marriage between two people. For some, this self marriage can be a form of therapy, a promise to one's self.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I think you make a very good point. Looking at it as a symbolic promise to yourself makes much more sense to me than treating it only as a strange trend. We all need moments when we stop and think about our own needs, values and the relationship we have with ourselves. At the same time, I still wonder if society sometimes goes too far in focusing only on the individual. Maybe the key is finding a balance between loving yourself and being open to others.

      Usuń
    2. I think I saw somewhere on TV or online a wedding celebration one Italian woman organized for herself. Honestly, it seems like such a happy occasion, with all of her extended family supporting her. It was like she decided she could be happy even if she does not find her significant other, and that's not a bad thing. I think phenomenon of self-marriage should not be looked through only a negative lenses. After all, some marriages are toxic. Who says that some don't get married to someone else only because of their narcissism? So, who are we do judge those who decided to host such events?
      On the other hand, I do think that society focuses way too much on the individual. Everything is geared towards it. Social structures as we know them are disappearing. The feeling of community is being lost. Family is becoming an abstract concept almost. Friendships are treated as networking. Instead to a friend, people turn to AI and reddit and similar sites. People would rather talk with strangers on Internet then with anyone else. Internet as such is not the problem. People can form meaningful friendships on Internet or find love and friendships on app. However, increasingly people are just moving on from one friend to another like nothing. They are forgetting what friendship is. There is another side of the coat to this networking approach to friendship and that is extreme loneliness. Many people are completely lacking is social skills, both young and older, consequence of a materialistic society that values people solely based on what they earn.

      I also think we should not focus as much on romantic relationship as a society. The idea of romantic partner is blown out of all proportions. People expect their significant other to be their PR agent, manager, therapist, bank, mom, dad and what not. Even when genuine romantic love happens, it is not an end in itself. A human being has many meaningful interactions and relationships in their life, with their friends, siblings, parents, nieces, uncles and so on. We cannot reduce a human being to their romantic status. That is really unhuman and wrong.

      Usuń
    3. I think you touched on a very important balance here. I also don't see self-marriage only as something negative — if for someone it is a symbolic act of self-acceptance and a reminder of their own worth, I can understand why it may be meaningful. The problem probably begins when any form of relationship, including the relationship with ourselves, replaces all other human connections.

      I really agree with what you wrote about friendships and community. We often talk about finding "the right person", while forgetting that a fulfilling life is built from many different bonds, not just romantic love. Maybe modern society did not make people value themselves too much, but rather forgot how to connect with others in a deeper way.

      Usuń
    4. I think it is the mix of the two. People putting themselves first are less likely to form meaningful relationships. There are always those who think the world owes them everything and that everything should be about them.

      Usuń
    5. I think you are right. There is a big difference between taking care of yourself and believing that everyone else should adjust to you. The first one is healthy and necessary, but the second one can slowly destroy relationships because there is no space left for empathy or compromise. I sometimes wonder if people have become more self-centered, or if we simply notice it more now because everyone has a platform to express their opinions and expectations. Maybe the real challenge is finding a balance between respecting ourselves and remembering that other people have their own needs too.

      Usuń
  7. Great analysis, both from a social and a psychological perspective. Society underwent numberous changes, what was considered taboo a century ago, now it's considered mundane. Your considerations are real food for thought. Yes, we can be both, we can do both, actually is the healthiest way to be and behave because following the strict rules, examples and stereotypes established by society can deprive us of our inner self and being too focused on ourselves can estrange us and separate ourselves from others. Your manifesto in some way reminded me of Aut Aut by Soren Kierkegaard and even if you didn't touched openly the argument of ethics, I felt it there, waiting to be nominated. In some way when reading your post it felt like I had before me a person who discusses and elaborates together with Kierkegaard the concept of the individual, describing his path in life through hedonism, religion, choice and even marriage trying together to find an answer to Aristotle's great question: "how should we live?"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Thank you so much for this thoughtful and inspiring comment. I really appreciate the way you connected this topic with Kierkegaard and Aristotle, because that question of “how should we live?” is probably one of the most difficult and universal questions we can ask ourselves. I agree that the challenge is not choosing between ourselves and others, but learning how to keep our identity while still building meaningful connections. Maybe true maturity comes from accepting that independence and belonging are not opposites, but two things we constantly need to balance. Your reflection gave me another perspective on this subject, and I’m very glad that my post encouraged such a deep discussion.

      Usuń
  8. Wszystko już zostało opowiedziane. Dlatego cenię blogi osobiste, bo traktują temat indwydiualny - swojej własnej osoby. A każda osoba jest cenna i oryginalna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam podobne odczucie, bo właśnie w tych osobistych historiach często jest coś, czego nie da się znaleźć w gotowych poradnikach czy ogólnych tekstach. Niby wiele tematów było już poruszanych tysiące razy, ale sposób, w jaki ktoś je przeżywa i opisuje, potrafi nadać im zupełnie nowe znaczenie. Czasem drobne, zwyczajne doświadczenie jednej osoby mówi więcej niż wielkie uniwersalne prawdy. A właśnie dlatego tak lubimy czytać blogi — żeby zobaczyć świat czyimiś oczami.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Kurier nie dostarcza paczek

Emerytury artystów z dopłatą państwa

Alert RCB przychodzi na telefon i budzi niepokój