Move Your Ass!!
Są momenty w życiu człowieka, kiedy nie potrzebuje kolejnego mądrego cytatu, kolejnej książki o sukcesie ani kolejnego człowieka, który z uśmiechem na twarzy będzie tłumaczył, że wszystko jest kwestią odpowiedniego nastawienia. Czasami potrzeba czegoś znacznie prostszego i jednocześnie znacznie trudniejszego do przyjęcia. Potrzeba brutalnego, krótkiego komunikatu skierowanego prosto w twarz. Rusz się. Wstań. Przestań szukać wymówek. Zrób pierwszy krok, nawet jeśli ciało protestuje, nawet jeśli głowa podpowiada, że jeszcze nie dziś, jeszcze jutro, jeszcze za tydzień. Move Your Ass. Dwa słowa, które brzmią niemal jak rozkaz, ale za tym pozornie prostym hasłem kryje się cała historia walki człowieka z samym sobą.
Najtrudniejsze bitwy rzadko rozgrywają się na oczach innych ludzi. Największe pojedynki odbywają się wtedy, gdy nikt nie patrzy. Pomiędzy chwilą, w której człowiek staje rano przed lustrem, a momentem, kiedy odwraca wzrok, udając, że nie widzi tego, co widzi. Pomiędzy kolejnym ciężkim oddechem podczas zwykłego wejścia po schodach a myślą, że przecież jeszcze nie jest tak źle. Pomiędzy świadomością, że coś trzeba zmienić, a wygodą pozostania dokładnie tam, gdzie jest się od dawna.
Człowiek ma niezwykłą zdolność do oszukiwania samego siebie. Potrafi znaleźć tysiące powodów, dla których nie zacznie dzisiaj. Zmęczenie. Brak czasu. Zły dzień. Praca. Obowiązki. Pogoda. Samopoczucie. Wszystko może stać się argumentem, który pozwala jeszcze przez chwilę zostać w miejscu. Najbardziej zdradliwa nie jest jednak porażka. Najbardziej zdradliwa jest stagnacja, ponieważ nie boli od razu. Nie pojawia się nagle z wielkim hukiem. Przychodzi powoli. Małymi krokami zabiera energię, pewność siebie i przekonanie, że ciało może być czymś więcej niż ciężarem, który trzeba codziennie nosić.
Przez długi czas wielu ludzi żyje w przekonaniu, że problem pojawi się kiedyś później. Że zdrowie, kondycja i sprawność to sprawy odległe. Że organizm wybaczy jeszcze jeden rok zaniedbań, jeszcze jeden miesiąc bez ruchu, jeszcze jeden wieczór spędzony na kanapie. Ciało jednak zapamiętuje wszystko. Każdy brak ruchu, każdą decyzję odkładaną na później, każdy moment, w którym łatwiej było wybrać wygodę niż wysiłek. Nie robi tego z zemsty. Po prostu wystawia rachunek za lata, w których człowiek myślał, że konsekwencje nigdy nie nadejdą.
Historia przemiany zaczyna się często nie od wielkiej motywacji, ale od chwili, kiedy człowiek przestaje uciekać przed prawdą. Nie zawsze jest to piękny moment. Częściej jest trudny, niewygodny i pełen rozczarowania. Bo najciężej jest przyznać przed samym sobą, że największą przeszkodą nie był brak możliwości, tylko własna rezygnacja. Że przez lata można było mieć wymówki, plany i obietnice składane samemu sobie, ale żadna z nich nie wykonała za człowieka pierwszego kroku.
Paradoks polega na tym, że ciało, które przez lata było zaniedbywane, potrafi jednocześnie stać się największym sojusznikiem. Ono pamięta zmęczenie, ale pamięta również poprawę. Pamięta ból, ale potrafi szybko odpowiedzieć na troskę. Człowiek często nie docenia, jak ogromne możliwości drzemią w organizmie, dopóki nie spróbuje ich obudzić. Pierwsze metry są najtrudniejsze. Pierwsze minuty wydają się wiecznością. Pierwsze próby bywają śmieszne dla innych, ale dla osoby, która właśnie próbuje odzyskać kontrolę nad własnym życiem, mogą być wydarzeniem większym niż niejeden spektakularny sukces.
Bo sukces ma różne rozmiary. Dla jednego będzie nim przebiegnięcie maratonu, zdobycie medalu albo wejście na najwyższy szczyt. Dla kogoś innego sukcesem będzie przejście kilkuset metrów bez zatrzymywania się, wejście po schodach bez zadyszki albo pierwszy dzień, kiedy spojrzy w lustro i poczuje, że znowu zaczyna poznawać samego siebie. Ludzie często porównują swoje osiągnięcia do cudzych wyników i przez to odbierają znaczenie własnym zwycięstwom. Zapominają, że każdy człowiek startuje z innego miejsca.
Ktoś może przebiec pięć kilometrów i uznać to za nic wielkiego. Ktoś inny może przebiec pięć kilometrów i mieć poczucie, że właśnie pokonał własną górę, której przez lata nie potrafił nawet zobaczyć. Liczby bywają bezlitosne, ale nie zawsze mówią prawdę o walce, która wydarzyła się wcześniej. Czas na zegarku nie pokazuje wszystkich chwil zwątpienia, wszystkich momentów, kiedy łatwiej było odpuścić, wszystkich poranków, kiedy trzeba było wygrać z własną głową.
Największym przeciwnikiem człowieka bardzo często nie jest brak siły fizycznej. Jest nim głos w środku, który przekonuje, że nie warto próbować. Ten głos potrafi być wyjątkowo przekonujący. Zna wszystkie słabości, wszystkie lęki i wszystkie historie, które można wykorzystać przeciwko sobie. Wie, kiedy przypomnieć o zmęczeniu, kiedy podsunąć myśl o porażce, kiedy powiedzieć, że już jest za późno. Problem w tym, że człowiek zbyt często słucha tego głosu, zanim jeszcze sprawdzi, co naprawdę jest możliwe.
Move Your Ass nie jest więc tylko hasłem dotyczącym sportu czy odchudzania. To symbol momentu, w którym człowiek przestaje negocjować sam ze sobą. Przestaje czekać na idealny czas, idealne warunki i idealną wersję siebie. Bo taka chwila często nigdy nie przychodzi. Zawsze będzie coś, co przeszkadza. Zawsze będzie powód, żeby poczekać. Zawsze znajdzie się coś ważniejszego niż własne zdrowie, dopóki pewnego dnia człowiek nie zrozumie, że nic nie jest ważniejsze niż możliwość normalnego życia.
Najbardziej poruszające historie przemiany nie są historiami ludzi, którzy od początku byli silni, zdyscyplinowani i konsekwentni. Takie opowieści są łatwe do podziwiania, ale trudniej się z nimi utożsamić. Znacznie bliższe są historie tych, którzy przez lata nie potrafili ruszyć z miejsca. Tych, którzy znali smak lenistwa, wygody i odkładania wszystkiego na później. Tych, którzy patrzyli na aktywnych ludzi i myśleli, że to zupełnie inny świat, niedostępny dla nich.
A potem przychodzi ten jeden moment. Czasami po chorobie. Czasami po spojrzeniu na własne zdjęcie. Czasami po zwykłej refleksji, która pojawia się późnym wieczorem, kiedy wokół jest cicho. Człowiek zaczyna rozumieć, że dalej tak być nie może. Nie dlatego, że ktoś go zmusił. Nie dlatego, że ktoś wydał polecenie. Po prostu pojawia się potrzeba odzyskania czegoś, co zostało po drodze zgubione.
I wtedy zaczyna się droga. Nie spektakularna. Nie filmowa. Bez muzyki w tle i bez natychmiastowych efektów. Zwykła droga, na której czasami trzeba walczyć o każdy krok. Droga, podczas której ciało protestuje, a umysł próbuje znaleźć tysiąc powodów, żeby zawrócić. Ale właśnie tam, w tych pierwszych trudnych chwilach, rodzi się coś ważniejszego niż sama kondycja. Rodzi się świadomość, że człowiek nadal ma wpływ na własną historię.
Bo może najważniejsze w całym tym ruchu nigdy nie było samo bieganie, chodzenie czy ćwiczenia. Może chodziło o coś znacznie głębszego. O moment, w którym człowiek przestaje być obserwatorem własnego życia i ponownie staje się jego uczestnikiem. O chwilę, kiedy po latach siedzenia w miejscu robi pierwszy krok i odkrywa, że droga przed nim wciąż istnieje.
Najbardziej zaskakujące w całej tej walce jest to, że przeciwnik przez większość czasu nie znajduje się na zewnątrz. Nie jest nim brak sprzętu, brak możliwości, brak odpowiedniego miejsca czy nawet brak wiedzy. Człowiek często doskonale wie, co powinien zrobić, zna konsekwencje własnych wyborów i potrafi wymienić wszystkie powody, dla których zmiana byłaby konieczna. A mimo to pozostaje w miejscu. Jakby pomiędzy świadomością a działaniem istniała ogromna, niewidzialna przestrzeń, której nie da się pokonać samym rozsądkiem. Można godzinami oglądać historie ludzi, którzy odmienili swoje życie, można podziwiać ich determinację, można nawet czuć chwilowy przypływ energii, ale kiedy przychodzi moment, aby samemu wstać i zrobić coś dla siebie, nagle pojawia się ciężar, którego nie widać na żadnym zdjęciu przed i po.
To właśnie ten ciężar jest często największą przeszkodą. Nie kilogramy zapisane na wadze, nie liczba przebytych kilometrów, nie brak mięśni czy kondycji. Największym ciężarem bywają lata przyzwyczajeń, które człowiek nosi w sobie. Lata powtarzania tych samych schematów, tych samych wymówek i tych samych obietnic składanych samemu sobie. Ile razy można powiedzieć „od jutra”? Ile razy można zaczynać od poniedziałku? Ile razy można wierzyć, że kolejny dzień będzie tym właściwym momentem, kiedy wszystko nagle się zmieni?
Człowiek ma niezwykłą zdolność tworzenia iluzji, które pozwalają mu spokojnie funkcjonować mimo świadomości problemu. Potrafi przekonać siebie, że jeszcze jest czas. Że inni mają gorzej. Że przecież nie jest aż tak źle. Że wystarczy kiedyś się za siebie zabrać. To „kiedyś” potrafi być wyjątkowo niebezpiecznym miejscem, bo nigdy nie ma konkretnej daty. Nie pojawia się w kalendarzu. Nie przypomina o sobie alarmem. Po prostu trwa, przesuwając granicę coraz dalej.
Najtrudniejsze jest to, że człowiek często nie zauważa momentu, w którym wygoda zaczyna przejmować kontrolę nad życiem. To nie dzieje się nagle. Nikt pewnego ranka nie budzi się i nie mówi sobie: od dziś całkowicie rezygnuję z ruchu, zdrowia i energii. Wszystko dzieje się powoli. Jeden wieczór spędzony bez aktywności. Jeden kolejny posiłek wybrany bez zastanowienia. Jeden dzień, w którym zmęczenie staje się usprawiedliwieniem. Później takich dni jest coraz więcej, aż pewnego momentu człowiek orientuje się, że rzeczy, które kiedyś były naturalne, zaczęły wymagać wysiłku.
Najbardziej brutalne jest to, że ciało nigdy nie zapomina. Można ignorować sygnały, można odsuwać niewygodne myśli, można unikać lustra albo zdjęć, które pokazują prawdę, ale organizm cały czas prowadzi własny zapis. Każdy brak ruchu zostawia ślad. Każda decyzja ma swoje konsekwencje. Nie pojawiają się one od razu, dlatego tak łatwo je lekceważyć. Gdyby każda niewłaściwa decyzja natychmiast bolała, ludzie żyliby inaczej. Problem polega na tym, że wiele rzeczy niszczy nas powoli, prawie niezauważalnie.
Może właśnie dlatego pierwszy krok jest tak trudny. Nie dlatego, że sam ruch jest czymś niezwykłym. Przejście kilkuset metrów, krótki spacer, kilka prostych ćwiczeń. Dla zdrowej osoby mogą wydawać się drobiazgiem. Dla kogoś, kto przez lata oddalał się od własnego ciała, mogą być początkiem ogromnej wojny. Wojny nie z kilometrami, ale z własnym przekonaniem, że już nic się nie da zmienić.
W takich chwilach człowiek odkrywa prawdę, której wcześniej nie chciał widzieć. Nie chodziło tylko o wagę. Nie chodziło wyłącznie o wygląd. Gdzieś pod tym wszystkim była utrata pewnej wolności. Wolności spontanicznego ruchu, swobodnego działania, poczucia, że ciało nie ogranicza każdego planu. Najbardziej boli nie liczba na wadze, ale świadomość, że pewne rzeczy zaczynają wymagać kalkulacji. Czy dam radę wejść? Czy wytrzymam? Czy nie zabraknie mi oddechu? Czy nie będę wyglądał źle w oczach innych?
Ludzie bardzo często patrzą na aktywność fizyczną wyłącznie przez pryzmat wyniku. Ile kilogramów mniej. Ile kilometrów więcej. Jaki czas na trasie. Ile podniesionego ciężaru. Zapominają, że pod każdym wynikiem kryje się człowiek ze swoją historią. Z własnym początkiem, własnymi słabościami i własnym bagażem doświadczeń. Dla jednej osoby przebiegnięcie pięciu kilometrów może być zwykłym treningiem. Dla innej może być dowodem, że po latach ograniczeń nadal istnieje możliwość odzyskania czegoś utraconego.
Największe zwycięstwa często nie wyglądają spektakularnie dla świata zewnętrznego. Nikt nie bije braw, kiedy ktoś pierwszy raz wybiera spacer zamiast siedzenia na kanapie. Nikt nie wręcza medalu za moment, w którym człowiek po raz pierwszy od dawna postanawia zrobić coś dla siebie. A jednak właśnie takie chwile bywają najważniejsze, bo dzieją się w ciszy. Nie są skierowane do publiczności. Nie wynikają z potrzeby pokazania czegokolwiek innym. Są prywatnym spotkaniem człowieka z samym sobą.
Ciekawe jest również to, jak szybko zmienia się sposób patrzenia na własne możliwości. Jeszcze niedawno pewne rzeczy wydawały się nierealne. Dystans, który kiedyś był przeszkodą, nagle staje się czymś osiągalnym. Czynność, która wydawała się niemożliwa, staje się częścią codzienności. Człowiek zaczyna rozumieć, że granice często nie są tak trwałe, jak wcześniej myślał. Czasami największym ograniczeniem nie było ciało, ale historia, którą przez lata opowiadał sam sobie.
Nie oznacza to jednak, że droga nagle staje się łatwa. W przemianach, o których tak chętnie czytamy, często pomija się momenty zwątpienia. Pokazuje się efekt końcowy, ale rzadziej pokazuje się dni, kiedy nic się nie chciało. Poranki, kiedy każdy mięsień przypominał o wysiłku z poprzedniego dnia. Chwile, kiedy człowiek zastanawiał się, czy warto dalej próbować. Właśnie te niewidoczne momenty tworzą prawdziwą historię.
Bo zmiana nigdy nie jest prostą linią prowadzącą od punktu A do punktu B. Bardziej przypomina drogę pełną zakrętów. Są dni lepsze i gorsze. Są momenty ogromnej pewności siebie i chwile, kiedy wracają stare myśli. Człowiek nie przestaje być sobą tylko dlatego, że zaczyna się zmieniać. Nadal ma swoje słabości, przyzwyczajenia i lęki. Nadal istnieje ta część osobowości, która czasami chce wrócić do znanego świata wygody.
Może właśnie dlatego największą wartością nie jest sama przemiana wyglądu, ale odzyskanie relacji z własnym ciałem. Przez lata ciało może stać się czymś obcym. Czymś, co przeszkadza, ogranicza i przypomina o zaniedbaniach. Dopiero później pojawia się moment, kiedy człowiek zaczyna je traktować inaczej. Nie jako przeciwnika, ale jako część siebie, która przez długi czas czekała na uwagę.
W tym wszystkim jest pewien paradoks. Człowiek często zaczyna dbać o siebie dopiero wtedy, kiedy coś go przestraszy. Dopiero kiedy pojawia się realne zagrożenie, kiedy zdrowie wysyła mocniejszy sygnał, kiedy pojawia się myśl, że pewnych rzeczy można już nie zdążyć zrobić. Przez lata potrafimy ignorować delikatne ostrzeżenia, ale jeden mocny impuls potrafi zmienić sposób patrzenia na własne życie.
Nie chodzi jednak wyłącznie o strach. Strach może być początkiem, ale nie zawsze wystarcza, aby iść dalej. W pewnym momencie musi pojawić się coś więcej. Potrzeba odzyskania siebie. Tego poczucia, że człowiek jeszcze może. Że nie wszystko zostało stracone. Że przeszłość nie musi być wyrokiem.
Move Your Ass jest więc czymś znacznie większym niż zachętą do ćwiczeń. Jest symbolem przebudzenia z pewnego rodzaju uśpienia. Momentu, w którym człowiek przestaje czekać, aż życie samo się naprawi. Bo życie bardzo rzadko zmienia się samo. Czas płynie niezależnie od tego, czy działamy, czy stoimy w miejscu.
A najdziwniejsze jest to, że kiedy człowiek w końcu zaczyna się ruszać, odkrywa coś, czego wcześniej nie potrafił zobaczyć. Że największym problemem nie zawsze była droga przed nim. Czasami największym problemem było to, że przez lata stał dokładnie w tym samym miejscu i próbował przekonać siebie, że jeszcze nie musi nigdzie iść.
Najdziwniejsze w tej całej drodze jest to, że człowiek przez długi czas szuka czegoś wielkiego, jakiegoś przełomowego momentu, który nagle odmieni wszystko. Czeka na dzień, w którym pojawi się idealna motywacja, niezwykła energia i pewność, że tym razem już nic go nie zatrzyma. Tymczasem prawdziwe zmiany często przychodzą znacznie ciszej. Nie mają wielkich słów, nie pojawiają się przy dźwiękach zwycięskiej muzyki. Zaczynają się od zwykłego ruchu. Od decyzji podjętej gdzieś pomiędzy zmęczeniem a zwątpieniem. Od chwili, kiedy człowiek mimo wszystko wychodzi z domu, zakłada buty i robi coś, czego jeszcze niedawno nie byłby w stanie zrobić.
Może właśnie dlatego tak trudno czasami dostrzec własną przemianę. Człowiek przyzwyczaja się do swoich ograniczeń tak bardzo, że zaczyna traktować je jak część charakteru. Mówi o sobie: taki już jestem. Nie lubię ruchu. Nie mam kondycji. Taki mam organizm. Taki jest mój wiek. Takie mam życie. Te zdania potrafią stać się niewidzialnymi ścianami, które z czasem wydają się mocniejsze niż rzeczywiste przeszkody. Najbardziej niebezpieczne ograniczenia nie zawsze znajdują się w ciele. Czasami mieszkają w głowie i przez lata przekonują człowieka, że pewne drzwi są już zamknięte.
A potem przychodzi moment, kiedy te drzwi zaczynają się lekko uchylać. Nie dlatego, że nagle wszystko stało się łatwe. Nadal jest ciężko. Nadal pojawia się ból, zmęczenie i myśl, żeby odpuścić. Nadal są dni, kiedy kanapa wydaje się wygodniejsza niż droga przed siebie. Nadal istnieje ta stara część człowieka, która pamięta dawne przyzwyczajenia i czasami próbuje odzyskać swoje miejsce. Przemiana nigdy nie polega na tym, że poprzednia wersja człowieka znika. Ona nadal gdzieś pozostaje, tylko przestaje decydować o wszystkim.
Może największą walką nie jest więc pokonanie własnej słabości, ale nauczenie się życia obok niej. Każdy człowiek nosi w sobie sprzeczności. Potrafi jednocześnie chcieć zmiany i bać się jej. Marzyć o lepszym życiu i tęsknić za wygodą starego. Pragnąć wolności, ale jednocześnie przywiązywać się do rzeczy, które go ograniczają. Właśnie w tych sprzecznościach ukryta jest prawdziwa natura człowieka. Nie jesteśmy idealnymi maszynami nastawionymi na cel. Jesteśmy pełni wahań, powrotów, chwil słabości i nagłych przebłysków siły.
Najbardziej osobiste zwycięstwa często pozostają niewidoczne dla innych. Nikt nie widzi wszystkich rozmów prowadzonych samemu ze sobą. Nikt nie słyszy myśli, które pojawiają się przed wyjściem z domu. Nikt nie wie, ile razy człowiek musiał przekonać samego siebie, żeby zrobić coś, co dla innych wydaje się banalne. Świat zazwyczaj zauważa efekt końcowy. Widzi zmianę sylwetki, lepszą kondycję, większą energię. Nie widzi jednak tych wszystkich małych momentów, które doprowadziły do tego miejsca.
A przecież właśnie tam znajduje się prawdziwa historia. W tych zwykłych chwilach, które nie trafiają na zdjęcia i nie nadają się na wielkie opowieści. W poranku, kiedy zamiast odpuścić, człowiek wychodzi. W kolejnym kroku, który wydaje się podobny do poprzedniego, ale jednak jest inny, bo został wykonany przez kogoś, kto już nie stoi w tym samym miejscu. W zmęczeniu, które nie jest już symbolem przegranej, ale dowodem, że coś się wydarzyło.
Czasami człowiek przez całe lata patrzy na swoje ciało jak na przeciwnika. Widzi kilogramy, niedoskonałości, ograniczenia i wszystkie rzeczy, które chciałby zmienić. Zapomina, że to samo ciało każdego dnia pozwala mu istnieć. To ono znosi zaniedbania, stres, brak odpoczynku i wszystkie decyzje odkładane na później. Nawet kiedy człowiek jest dla niego niesprawiedliwy, ono nadal wykonuje swoją pracę. Może właśnie dlatego moment odzyskania kontaktu z własnym ciałem jest tak wyjątkowy. Nie chodzi już tylko o wygląd. Chodzi o pewnego rodzaju pojednanie.
Dziś łatwo zachwycać się ludźmi, którzy osiągają wielkie rzeczy. Zdobywają szczyty, pokonują ogromne dystanse, przekraczają granice własnych możliwości. Jednak gdzieś obok tych spektakularnych historii istnieją tysiące cichych zwycięstw, których nikt nie opisuje. Człowiek, który pierwszy raz od dawna wybiera spacer. Ktoś, kto po latach wraca do aktywności. Ktoś, kto odzyskuje możliwość zrobienia rzeczy, które kiedyś wydawały się utracone na zawsze.
Być może właśnie dlatego nie można mierzyć wszystkich historii jedną miarą. Dla jednego człowieka pewien wynik będzie początkiem drogi, dla innego jej największym osiągnięciem. Liczby nie pokazują wszystkiego. Nie pokazują wcześniejszego życia, wszystkich przeszkód, wszystkich momentów, kiedy łatwiej było zostać w miejscu. Nie pokazują tego cichego dialogu, który każdego dnia człowiek prowadzi sam ze sobą.
Największym paradoksem jest to, że kiedy człowiek zaczyna się zmieniać, często odkrywa, że tak naprawdę od dawna tęsknił nie za nowym wyglądem, ale za dawnym poczuciem siebie. Za wersją siebie, która nie bała się wejść po schodach, przejść dalej, spróbować czegoś nowego. Za chwilą, kiedy życie nie było listą ograniczeń, ale przestrzenią możliwości. Czasami nie chodzi o stworzenie kogoś zupełnie nowego. Czasami chodzi o odnalezienie czegoś, co zostało gdzieś po drodze zgubione.
Droga nigdy nie kończy się w miejscu, które człowiek sobie wyznaczył. Każdy osiągnięty cel po pewnym czasie staje się początkiem kolejnego etapu. Organizm przyzwyczaja się do nowych możliwości, głowa zaczyna szukać nowych wyzwań, a granice, które kiedyś wydawały się nieprzekraczalne, przesuwają się gdzieś dalej. To niezwykłe uczucie, kiedy coś, co kiedyś było marzeniem, zaczyna być zwyczajną częścią dnia.
Jednocześnie gdzieś z tyłu pozostaje pamięć o tamtym człowieku, który ledwo zaczynał. O człowieku zmęczonym, zniechęconym, przekonanym, że pewne rzeczy już go nie dotyczą. Ta pamięć jest potrzebna, bo przypomina, jak długa potrafi być droga pomiędzy jednym miejscem a drugim. Przypomina, że za każdym ruchem kryje się jakaś historia, nawet jeśli dla innych wygląda on zupełnie zwyczajnie.
Może właśnie dlatego hasło Move Your Ass ma w sobie coś więcej niż tylko prostą zachętę do działania. Jest w nim pewna surowość, ale również prawda, której człowiek czasami potrzebuje. Nie obiecuje łatwej drogi. Nie mówi, że wszystko wydarzy się szybko i bez bólu. Nie udaje, że wystarczy jeden dzień, aby naprawić lata zaniedbań. Przypomina jedynie o tym jednym momencie, który zawsze pozostaje najtrudniejszy i najważniejszy.
O pierwszym kroku. O tej krótkiej chwili, kiedy człowiek stoi jeszcze w miejscu, patrzy przed siebie i nie wie dokładnie, co wydarzy się dalej. Wie tylko, że jeśli pozostanie tam, gdzie jest, nic się nie zmieni. A gdzieś przed nim jest droga, której jeszcze nie zna, kolejne metry, kolejne oddechy, kolejne momenty, które dopiero za jakiś czas staną się częścią jego własnej historii.

Andrzeju, Twój kolejny interesujący tekst, który przeczytałam dużym zainteresowaniem. Powiem Ci, że Twoje słowa - pozwól, że zacytuję:
OdpowiedzUsuń"Są momenty w życiu człowieka, kiedy nie potrzebuje kolejnego mądrego cytatu, kolejnej książki o sukcesie ani kolejnego człowieka, który z uśmiechem na twarzy będzie tłumaczył, że wszystko jest kwestią odpowiedniego nastawienia. Czasami potrzeba czegoś znacznie prostszego i jednocześnie znacznie trudniejszego do przyjęcia. Potrzeba brutalnego, krótkiego komunikatu skierowanego prosto w twarz. Rusz się. Wstań. Przestań szukać wymówek." - są wyjątkowo prawdziwe!
Mogę to powiedzieć z własnej autopsji. W przeszłości właśnie ktoś mi cos takiego powiedział - nie cackał się, nie bawił w "ładne słówka", tylko prostu z mostu. Jako osoba, powiem to ta, z zewnątrz, a znając mnie dość dobrze, moje możliwości, upór, zainteresowania, potrafiła tak zdziałać dosłownie może (max!) 5 krótkimi zdaniami, że Ania przemyślała pewne rzeczy i rzeczywiście zmiana na lepsze w pewnych kwestiach nastała dosłownie z dnia na dzien.
Niestety, pomniejsza rzeczywistość wiele zmieniła, ale to całkiem, całkiem "inna bajka" i dotyczyła zupełnie czegoś innego, niż moje wcześniejsze życie.
Andrzeju, pozdrawiam Cię serdecznie i już dzisiaj życzę Ci miłego weekendu, ponieważ jutro tutaj nie będę obecna, bo jadę na wycieczkę do Krakowa :)
Właśnie o to mi chodziło – czasem człowiek potrzebuje nie kolejnej porady, tylko kogoś, kto zna go na tyle dobrze, żeby powiedzieć kilka prostych, ale celnych zdań. Fajnie, że masz takie doświadczenie i że wtedy rzeczywiście coś w Tobie przestawiło się na lepsze. Szkoda tylko, że później życie potrafi napisać własny scenariusz i skomplikować nawet rzeczy, które wcześniej udało się poukładać.
UsuńA Tobie życzę udanej wycieczki do mojego Krakowa. Mam nadzieję, że pogoda dopisze i wrócisz z głową pełną dobrych wrażeń. 😊
I tak jest ze wszystkim, nie tylko z ciałem i ruchem fizycznym, okłamuje my siebie w każdej niepodjętej decyzji, że jakoś to będzie, a jakoś, to nijak. Głowa w tym wszystkim najważniejsza, nogi same pójdą za nią.
OdpowiedzUsuńMasz rację, że sprawa zaczyna się w głowie. Z ruchem fizycznym jest o tyle łatwiej, że efekt często widać szybko, a z decyzjami bywa trudniej, bo człowiek potrafi miesiącami przekonywać sam siebie, że jeszcze nie jest odpowiedni moment. A później okazuje się, że właśnie to odkładanie było największą przeszkodą. Nogi rzeczywiście często tylko czekają na sygnał z głowy.
UsuńTak, to nie dzieje się z dnia na dzień. Wyprowadziłam się za miasto, cudne warunki do spacerów, jazdy na rowerze, itp, ale czasu brak, a żeby pojechać gdziekolwiek, potrzebne jest auto. Tutaj motywacja też jest dość istotna, bo skoro jest ok, nic się nie dzieje, to po co cokolwiek zmieniać... Wiem to, ale strasznie trudno ruszyć się, zrobić cos dobrego dla siebie i swojego ciała...
OdpowiedzUsuńNo właśnie, najtrudniej chyba zacząć wtedy, kiedy pozornie wszystko jest w porządku. Nie ma żadnego alarmu, który zmuszałby do działania, więc łatwo odłożyć to na później. A czas potrafi uciekać. Może warto zacząć naprawdę od małej rzeczy – krótkiego spaceru, przejażdżki, czegokolwiek, co nie wymaga wielkiej organizacji. Czasami motywacja pojawia się dopiero po pierwszym kroku, a nie przed nim.
UsuńNie znam tego hasła, więc nic dla mnie ni znaczy. Czy ja wiem? Raczej nie rozkminiam tak, jak to zrobiłeś w opisie. Myślę, że samo takie rozważanie zjawiska na wszelkie sposoby osłabia motywację. Niezbyt mnie interesuje szukanie wymówek przez inne osoby, a swoje doskonale znam ;-)
OdpowiedzUsuńI właśnie dlatego ten temat można odbierać zupełnie inaczej. Dla mnie samo hasło jest celowo proste i trochę prowokacyjne, ale rozumiem, że Tobie nie jest potrzebne rozbieranie go na czynniki pierwsze. Zresztą z tymi własnymi wymówkami masz rację – człowiek zazwyczaj zna je aż za dobrze, tylko czasem udaje przed sobą, że ich nie widzi.
UsuńPrzeczytałam, poczułam się rozpoznana i teraz rozważam spacer albo pozew przeciwko własnemu sumieniu o uporczywe nękanie. ;)
OdpowiedzUsuńNo i teraz mam dylemat: spacer czy sala sądowa? Myślę, że jednak spacer będzie rozsądniejszym rozwiązaniem, choć z tym sumieniem nie byłbym taki pewien, czy po drodze nie zacznie znowu czegoś wypominać.
UsuńNasz stan świadomości i sposób myślenia mocno wpływają na to, jak widzimy świat i jak radzimy sobie z trudnymi dniami. Każdy wybiera własną drogę i nadaje sens swoim codziennym chwilom. Każdy człowiek tworzy swój los przez to, jak rozumie świat i samego siebie. Nasze myśli, wybory i poziom świadomości wpływają na to, jak wygląda nasze codzienne życie. Bez pracy nad sobą, bez dbania o rozwój osobisty, bez przełamywania rutyny i wprowadzania nowych nawyków, pokonywania swoich lęków itp. często stajemy w miejscu ... Brak postępów celnie opisuje to znane zdanie : "głupotą jest robić ciągle to samo i oczekiwać innych rezultatów".
OdpowiedzUsuńTeż uważam, że bez jakiegoś ruchu w swoim życiu łatwo utknąć w miejscu. Tyle że ten ruch nie zawsze musi oznaczać wielką zmianę czy rewolucję. Czasem wystarczy zrobić coś inaczej niż zwykle, przełamać jeden schemat albo w końcu zrobić to, co od dawna odkładamy. I właśnie wtedy może się okazać, że zmiana zaczyna się od rzeczy naprawdę niewielkiej.
UsuńYes, human mind can be a weapon we use against ourselves. Intelligent mind, especially, can be like a fast car, that can drive us into our doom sooner. Not saying it is a bad thing, obviously it is better to be smarter than not, but smart people sometimes rationalize their flaws and vices very efficiently. Without emotional control and psychological health, a mind is not of much use, as we will just find arguments to justify our weaknesses.
OdpowiedzUsuńI agree with you that sometimes a small change can be very meaningful.
I find that people are getting better and better at making excuses. They say they don't go to gym because they don't have money. The last I checked walking does not cost any money nor does exercising at home. They say they gain weight because they can't afford healthy food. They say they don't cook because they don't have time, but everyone has time for Netflix...They say they don't have energy to work out....but you need to work out to have energy to work out. The less you work out, the more tired you get. Of course, everything needs balance. Fitness is not the most important thing in life. For most people, a long walk or a little bit of exercise is a great start....our bodies need to move, that is just the way nature made us.
But the more people practise making excuses, the better they get at excuses. They will start exercises when they can afford gym, or when they have more time, or....perhaps never?
Sometimes they blame the genetics or what not...but past certain age muscle tonus is certainly not a matter of genetics. We all start losing our muscle tonus after we turn 30...So, it's not genetics, it's discipline.
I think you are right about the dangerous side of intelligence — sometimes we can use our own mind to build very convincing excuses instead of finding solutions. And once an excuse works, it becomes much easier to use the same one again.
UsuńI also agree that movement doesn't have to start with a gym membership or expensive equipment. A walk is a surprisingly good starting point, and probably one of the easiest things to postpone indefinitely because it seems so simple.
The part about energy is interesting too. We often wait until we “feel like” exercising, while in reality the motivation and energy sometimes come after we start moving, not before. Of course, there are situations where lack of energy has a deeper cause, so I wouldn't reduce everything to discipline. But for everyday excuses, I think your point is very accurate: the mind can become extremely creative when it wants to protect us from doing something uncomfortable.