Gównowacenie internetu. Dlaczego sieć staje się coraz gorszym miejscem do życia

 


 Jest taki moment podczas korzystania z internetu, kiedy człowiek orientuje się, że nie chodzi już o pojedynczą reklamę, kiepski artykuł czy kolejną zmianę interfejsu, która utrudnia zrobienie czegoś, co wcześniej zajmowało kilka sekund. Chodzi o coś znacznie bardziej niepokojącego. O poczucie, że miejsce, które kiedyś pomagało znaleźć odpowiedź, człowieka, informację albo ciekawą rozmowę, coraz częściej próbuje przede wszystkim coś od niego uzyskać. Kliknięcie. Czas. Dane. Pieniądze. Uwagę. Zgodę na kolejne powiadomienie. Czasem wystarczy wpisać w wyszukiwarkę proste pytanie, żeby zobaczyć, jak bardzo zmieniła się natura tego środowiska. Zamiast odpowiedzi dostajemy reklamy, strony stworzone pod algorytm, teksty napisane tak, żeby zatrzymać nas na ekranie, automatycznie wygenerowane treści i kolejne propozycje tego, czego właściwie nie szukaliśmy. Internet nadal działa. Właśnie w tym tkwi problem.

Bo najłatwiej zauważyć awarię. Znacznie trudniej zauważyć powolne pogarszanie produktu, który wciąż pozostaje użyteczny. Jeżeli wyszukiwarka nagle przestanie działać, użytkownicy odejdą. Jeżeli platforma społecznościowa całkowicie przestanie odpowiadać na potrzeby ludzi, pojawi się konkurencja. Jeżeli sklep internetowy przez pomyłkę przez tydzień będzie naliczał podwójne ceny, ktoś szybko zacznie interweniować. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja, gdy usługa z miesiąca na miesiąc staje się odrobinę gorsza, a jednocześnie pozostaje wystarczająco potrzebna, żebyśmy nie chcieli jej porzucić. Wtedy nie ma jednego momentu, który można wskazać palcem. Nie ma wielkiego komunikatu mówiącego, że właśnie skończyła się pewna epoka. Jest tylko narastające wrażenie, że coś, co kiedyś działało dobrze, zaczęło działać przede wszystkim na korzyść właściciela.

Cory Doctorow nazwał ten proces „gównowaceniem” i trudno znaleźć słowo bardziej dosadne, a jednocześnie lepiej oddające charakter tego zjawiska. Nie chodzi przecież o zwykłe psucie produktów. Firma może mieć fatalną premierę, źle zaprojektować funkcję albo popełnić błąd, który później naprawi. Gównowacenie zaczyna się gdzie indziej. Najpierw trzeba zbudować usługę, która będzie na tyle dobra, żeby ludzie chcieli z niej korzystać. Potem trzeba sprawić, żeby zgromadzili tam swoje kontakty, zdjęcia, historię zakupów, odbiorców, klientów, znajomych, wiadomości i całe cyfrowe życie. Kiedy już odejście zaczyna kosztować więcej niż znoszenie kolejnych pogorszeń, relacja zmienia charakter. Firma nie musi już tak bardzo zabiegać o użytkownika, ponieważ użytkownik ma coraz mniej możliwości, żeby odejść.

To jest moment, który szczególnie mnie interesuje, bo pokazuje, jak bardzo mylące może być nasze codzienne rozumienie konkurencji. Teoretycznie zawsze możemy wybrać inną wyszukiwarkę, inną platformę, inny komunikator, inny sklep czy inną aplikację. Formalnie drzwi są otwarte. Tyle że po drugiej stronie często nie ma naszego świata. Nie ma tam ludzi, z którymi rozmawialiśmy przez lata. Nie ma odbiorców, których budowaliśmy miesiącami. Nie ma zdjęć, archiwów, komentarzy, historii zamówień ani zawodowych kontaktów. Możliwość odejścia istnieje więc przede wszystkim na papierze. W praktyce koszt takiej decyzji może być na tyle wysoki, że człowiek zostaje nawet wtedy, gdy coraz mniej podoba mu się miejsce, w którym pozostaje.

Właśnie tutaj kończy się opowieść o tym, że użytkownik zawsze może zagłosować portfelem albo po prostu zamknąć konto. To zdanie brzmi rozsądnie tylko wtedy, gdy nie zastanawiamy się, co właściwie oznacza odejście z platformy, która przez lata stała się częścią naszego życia. Jeśli mam zmienić operatora telefonicznego, zabieram numer i dzwonię dalej. Jeżeli mam zmienić bank, mogę przenieść rachunek i zachować swoje relacje finansowe. Jeżeli natomiast opuszczam platformę społecznościową, mogę stracić kontakt z ludźmi, których nie mam nigdzie indziej. Wydawca może zmienić miejsce publikacji, ale co z odbiorcami, których przez lata zdobywał na jednej platformie? Twórca może odejść, ale czy jego społeczność przejdzie razem z nim? To właśnie w takich szczegółach widać prawdziwą władzę platform.

Nie trzeba nawet być szczególnie zaangażowanym użytkownikiem internetu, żeby odczuwać tę zmianę. Wystarczy pamiętać, jak wyglądała sieć kilkanaście lat temu. Nie była oczywiście rajem. Była pełna głupoty, reklam, spamu, oszustw, agresji i tandety. Różnica polegała jednak na czymś innym. Internet był bardziej rozproszony. Można było trafić na małą stronę prowadzoną przez człowieka, forum skupione wokół konkretnego zainteresowania, bloga, którego autor pisał dla kilkuset osób, albo serwis, który nie musiał podporządkowywać każdej treści jednemu modelowi biznesowemu. Dzisiaj ogromna część internetu została skompresowana do kilku wielkich miejsc, które decydują nie tylko o tym, gdzie spędzamy czas, ale również o tym, co w ogóle mamy szansę zobaczyć.

To przesunięcie jest ważniejsze niż sama liczba reklam czy coraz bardziej irytujące interfejsy. Kiedy kilka firm kontroluje znaczną część drogi pomiędzy człowiekiem a informacją, zmienia się charakter całej przestrzeni. Platforma przestaje być tylko narzędziem. Staje się pośrednikiem, który może ustalać warunki spotkania. Może zdecydować, które treści zostaną pokazane, komu zostaną pokazane, ile osób je zobaczy i czy autor będzie mógł dotrzeć do ludzi, którzy wcześniej wyrazili zainteresowanie jego działalnością. Wydawca może mieć setki tysięcy obserwujących i jednocześnie nie mieć żadnej gwarancji, że jego publikacja trafi do tych osób. To bardzo osobliwa sytuacja. Można mieć publiczność, ale nie mieć do niej bezpośredniego dostępu.

W tym sensie gównowacenie internetu nie jest wyłącznie historią o jakości treści. Jest historią o władzy. O tym, kto może zmieniać zasady bez pytania drugiej strony o zgodę. O tym, co dzieje się wtedy, gdy firma przestaje konkurować przede wszystkim jakością produktu, ponieważ zaczyna korzystać z przewagi wynikającej z pozycji rynkowej. Ostatecznie użytkownik może nawet nie wiedzieć, że jego doświadczenie zostało pogorszone celowo. Widzi więcej reklam, ale nie zna decyzji, która za tym stoi. Dostaje mniej trafne wyniki, ale nie zna ekonomicznego powodu. Zauważa, że publikowane przez niego materiały docierają do mniejszej liczby odbiorców, ale nie wie, dlaczego algorytm zmienił sposób ich dystrybucji.

I właśnie tutaj przykład Google staje się szczególnie niewygodny. Wyszukiwarka przez lata była jednym z tych narzędzi, które użytkownik mógł traktować niemal jak infrastrukturę. Nie zastanawialiśmy się szczególnie nad tym, dlaczego działa. Po prostu wpisywaliśmy pytanie i oczekiwaliśmy odpowiedzi. Jeżeli wynik był dobry, szliśmy dalej. Jeżeli był zły, próbowaliśmy jeszcze raz. Dzisiaj coraz częściej pojawia się poczucie, że wyszukiwarka nie jest już wyłącznie mechanizmem pomagającym znaleźć informację. Stała się ogromnym rynkiem, na którym każda sekunda naszej uwagi ma swoją wartość. To zmienia logikę działania całego narzędzia.

Doctorow wskazuje Google jako przykład szczególnie wyrazisty właśnie dlatego, że trudno tłumaczyć wszystko zwykłą nieudolnością. Jeżeli firma posiada ogromną część rynku, użytkownicy są przyzwyczajeni do jej produktu, a alternatywy mają marginalne znaczenie, pojawia się możliwość podnoszenia rentowności bez konieczności ciągłego podnoszenia jakości. Nie trzeba przecież sprawić, żeby wyszukiwarka była najlepsza na świecie. Wystarczy, że pozostanie wystarczająco dobra, aby większość ludzi nadal z niej korzystała. Ta różnica może wydawać się subtelna, ale z punktu widzenia biznesu jest ogromna.

Wtedy zaczyna się coś, co z perspektywy użytkownika może wyglądać jak seria przypadkowych decyzji. Więcej reklam. Więcej wyników tworzonych pod pozycjonowanie. Więcej elementów własnych usług firmy. Więcej odpowiedzi, które mają zatrzymać człowieka na stronie zamiast skierować go tam, gdzie znajduje się właściwa informacja. Każda pojedyncza zmiana może mieć swoje uzasadnienie. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy wszystkie prowadzą w podobnym kierunku. Wtedy trudno mówić już o przypadkowej kolekcji złych decyzji. Widać mechanizm ekonomiczny, w którym produkt ma przede wszystkim utrzymywać swoją dominującą pozycję i maksymalizować wartość wyciąganą z użytkownika.

To jest jedna z najbardziej niewygodnych rzeczy w całej historii internetu. Ludzie często zakładają, że jeżeli produkt jest darmowy, firma musi jakoś inaczej zarabiać, więc reklamy są naturalnym kosztem korzystania z usługi. Oczywiście jest w tym sporo prawdy. Problem zaczyna się wtedy, gdy reklama nie jest już sposobem finansowania produktu, ale zaczyna wpływać na jego konstrukcję. Wtedy wyszukiwarka nie tylko sprzedaje przestrzeń reklamową. Jej działanie może być projektowane tak, aby zwiększać liczbę okazji do wyświetlenia reklamy. Użytkownik przestaje być wyłącznie odbiorcą usługi. Staje się częścią mechanizmu przychodowego.

To samo napięcie widać dziś w świecie generatywnej sztucznej inteligencji. Chatbot miał być prostym interfejsem do wiedzy, narzędziem pomagającym pisać, analizować, programować i szukać odpowiedzi. Bardzo szybko okazało się jednak, że również tutaj pojawia się pytanie o pieniądze. Jeżeli człowiek pyta system o najlepszy produkt, usługę, lekarza, hotel albo sposób rozwiązania problemu, to prędzej czy później ktoś zacznie się zastanawiać, czy odpowiedź może zostać połączona z reklamą. W tym momencie powraca stary problem internetu, tylko w znacznie bardziej intymnej formie. Reklama nie musi już pojawiać się obok odpowiedzi. Może zostać wbudowana w samą odpowiedź.

To zmienia stawkę. Wyszukiwarka może pokazać reklamę nad wynikami i nadal istnieje pewna widoczna granica między tym, czego szukamy, a tym, co ktoś chce nam sprzedać. W rozmowie z systemem generatywnym granica może stać się znacznie mniej oczywista. Jeżeli pytam, jaki produkt wybrać, oczekuję oceny. Jeżeli system poleci konkretną firmę, nie zawsze będę wiedział, czy wynika to z jakości oferty, modelu reklamowego, umowy handlowej czy sposobu skonstruowania algorytmu. Sam język odpowiedzi może sprawić, że komercyjna sugestia będzie brzmiała jak bezinteresowna rada.

I tutaj wracamy do sedna całego problemu. Internet miał przez lata niezwykłą zdolność tworzenia iluzji bezpośredniego kontaktu. Wydawało się, że rozmawiamy ze znajomymi, czytamy autora, oglądamy twórcę, szukamy informacji albo korzystamy z programu. Tymczasem bardzo często staliśmy w środku wielowarstwowego systemu pośredników. Dopóki ich interes był z grubsza zgodny z naszym, nie miało to większego znaczenia. Kiedy jednak interes użytkownika zaczyna rozmijać się z interesem platformy, pojawia się pytanie, kto ma w tej relacji więcej możliwości.

Odpowiedź nie jest szczególnie pocieszająca. Platforma zna użytkownika lepiej niż użytkownik zna platformę. Wie, ile czasu spędza w serwisie, jakie treści go zatrzymują, z czego rezygnuje, co kliknie, czego szuka i kiedy jest najbardziej podatny na określone bodźce. Użytkownik natomiast zazwyczaj nie wie, dlaczego właśnie ten post pojawił się przed nim, dlaczego ten materiał zniknął, dlaczego zasięg jego publikacji nagle spadł ani dlaczego określona reklama została uznana za odpowiednią. To nie jest relacja równorzędna. To relacja, w której jedna strona zna reguły gry znacznie lepiej od drugiej.

Najbardziej irytujące jest to, że przyzwyczailiśmy się do tej nierównowagi. Zaczęliśmy uważać ją za naturalną cechę internetu. Gdy ktoś narzeka, że platforma ogranicza zasięg jego materiałów, słyszy często, że przecież korzysta z prywatnej usługi. Kiedy wydawca mówi, że algorytm odebrał mu ruch, słyszy, że powinien dostosować się do zmian. Gdy użytkownik nie chce oglądać coraz większej liczby reklam, słyszy, że usługa musi się z czegoś utrzymywać. Każde z tych zdań może być technicznie prawdziwe, a mimo to razem tworzą bardzo wygodną filozofię dla właściciela platformy. To użytkownik ma się dostosować.

W pewnym momencie pojawia się więc pytanie znacznie poważniejsze niż to, czy internet jest dziś bardziej irytujący niż dziesięć lat temu. Pytanie brzmi, czy możemy jeszcze zmienić zasady funkcjonowania środowiska, od którego zależy tak wiele naszych relacji, informacji i interesów. Jeżeli użytkownik nie może odejść bez utraty kontaktów, wydawca nie może dotrzeć do odbiorców bez zapłacenia właścicielowi platformy, a konkurent nie może wejść na rynek bez dostępu do infrastruktury kontrolowanej przez dominującego gracza, trudno mówić o zwykłej wymianie usług.

Wtedy problem przestaje być kwestią gustu. Można nie lubić Facebooka, X, Instagrama czy Google. Można uważać jedną platformę za lepszą od drugiej. Można nawet uznać, że większość ludzi przesadza z narzekaniem na internet, bo przecież nigdy wcześniej dostęp do informacji nie był tak łatwy. Wszystko to może być prawdą jednocześnie. Ale nie zmienia faktu, że koncentracja władzy nad cyfrową infrastrukturą tworzy sytuację, w której prywatna decyzja biznesowa może mieć konsekwencje dla milionów ludzi.

I chyba właśnie dlatego określenie „gównowacenie internetu” jest tak celne. Jest nieeleganckie, drażniące i nie pasuje do języka korporacyjnych prezentacji. Tym bardziej dobrze opisuje coś, co w oficjalnym słowniku zwykle nazywa się optymalizacją, monetyzacją, personalizacją albo zmianą doświadczenia użytkownika. Za tymi łagodnymi słowami mogą kryć się bardzo konkretne decyzje. Więcej pieniędzy dla platformy, mniej wygody dla człowieka. Większa kontrola właściciela, mniejsza możliwość wyboru. Więcej zależności po stronie użytkownika, mniej presji na firmę, żeby rzeczywiście dbała o jakość.

Najbardziej niepokojące jest jednak to, że ten proces może odbywać się bez żadnego wielkiego momentu przełomowego. Nie trzeba zamykać internetu ani wprowadzać cenzury. Wystarczy stopniowo zwiększać koszt odejścia, ograniczać konkurencję, przejmować kolejne elementy infrastruktury, uzależniać partnerów od własnych narzędzi i sprawiać, że alternatywa będzie formalnie dostępna, ale praktycznie coraz mniej realna. Człowiek nadal będzie mógł powiedzieć, że nie podoba mu się platforma. Nadal będzie mógł usunąć konto. Nadal będzie mógł założyć konto gdzie indziej. Pytanie tylko, co właściwie zabierze ze sobą.

To właśnie w tym miejscu zaczyna się najciekawsza część całej historii. Bo jeśli problemem jest sama jakość internetu, wystarczyłoby stworzyć lepsze produkty. Jeśli problemem są złe algorytmy, wystarczyłoby je poprawić. Jeśli problemem są reklamy, można byłoby ograniczyć ich liczbę. Tyle że żadna z tych odpowiedzi nie dotyka mechanizmu, który sprawia, że użytkownik ma niewiele możliwości wymuszenia zmiany. Można stworzyć świetną alternatywę, ale jeżeli nie da się do niej przenieść ludzi, relacji i danych, jej przewaga technologiczna może okazać się bez znaczenia.

Dlatego pytanie „jak powstrzymać gównowacenie internetu?” jest w gruncie rzeczy pytaniem o coś znacznie większego niż wygląd wyszukiwarki czy liczbę reklam na Facebooku. Jest pytaniem o możliwość odejścia. O to, czy człowiek korzystający z platformy jest jej klientem, użytkownikiem, produktem, źródłem danych czy zakładnikiem własnej cyfrowej historii. Jest też pytaniem o to, czy konkurencja może jeszcze działać wtedy, gdy największe firmy kontrolują jednocześnie narzędzia, dane, dystrybucję i relacje z odbiorcami.

Doctorow proponuje odpowiedź, która może wydawać się radykalna tylko dlatego, że przez lata przywykliśmy do obecnego układu. Nie chodzi wyłącznie o nakładanie kolejnych obowiązków na gigantów technologicznych. Chodzi o odebranie im części możliwości blokowania konkurencji. O interoperacyjność. O przenoszenie relacji. O zewnętrzne systemy płatności. O ograniczenie sytuacji, w której jedna firma kontroluje kilka kolejnych szczebli tego samego rynku. Innymi słowy, nie chodzi o to, żeby cyfrowi giganci stali się milsi. Chodzi o to, żeby przestali być tak trudni do opuszczenia.

To różnica fundamentalna. Firma, która musi zabiegać o użytkownika, ma zupełnie inne bodźce niż firma, która wie, że użytkownik praktycznie nie ma dokąd pójść. Można wtedy zmniejszyć liczbę reklam, poprawić wyszukiwarkę, uczciwiej traktować wydawców i stworzyć lepszy produkt nie dlatego, że ktoś w korporacji nagle doznał olśnienia, ale dlatego, że pojawiła się realna cena złego zachowania. Tego elementu przez lata brakowało w cyfrowej gospodarce. I być może właśnie jego brak doprowadził nas do miejsca, w którym internet nie tyle przestał działać, ile zaczął działać coraz bardziej przeciwko interesom ludzi, którzy go stworzyli i przez lata go zapełniali.

Bo internet nie powstał przecież z samych platform. Powstał z ludzi, którzy pisali, publikowali, komentowali, fotografowali, budowali społeczności, tworzyli firmy, prowadzili fora, zakładali blogi, rozwijali oprogramowanie i dzielili się wiedzą. Wielkie platformy nauczyły się tę aktywność agregować, porządkować i monetyzować. Z czasem stały się tak potężne, że zaczęły dyktować warunki tym samym ludziom, których aktywność uczyniła je wartościowymi. I właśnie ta zmiana relacji wydaje mi się najbardziej gorzka. Internet, który miał zwiększać możliwości komunikowania się bez pośredników, stworzył nowych pośredników o skali, jakiej wcześniej nie znaliśmy.

Dlatego nie potrafię patrzeć na gównowacenie internetu wyłącznie jak na problem kiepskich treści. Treści są tylko najbardziej widocznym objawem. Pod spodem znajduje się pytanie o władzę, konkurencję i możliwość powiedzenia „nie” bez ponoszenia kary większej niż sama rezygnacja z usługi. Dopóki odpowiedź na to pytanie pozostaje niekorzystna dla użytkownika, każda kolejna zmiana algorytmu, każda dodatkowa reklama i każda coraz gorsza odpowiedź wyszukiwarki będą tylko kolejnymi objawami tego samego problemu.

A wtedy nawet najlepsza technologia nie wystarczy. Możemy dostać coraz lepsze modele sztucznej inteligencji, szybsze wyszukiwarki, bardziej rozbudowane platformy i bardziej efektowne aplikacje. Jeżeli jednak człowiek nadal będzie miał coraz mniej realnych możliwości odejścia, rozwój technologiczny będzie jedynie zwiększał skalę tej zależności. I właśnie tutaj rozmowa o gównowaceniu internetu przestaje być rozmową o tym, czy kiedyś Google pokazywało lepsze wyniki, a zaczyna być rozmową o tym, kto właściwie powinien mieć prawo ustalać zasady naszego cyfrowego życia.



 Najbardziej kłopotliwe jest to, że człowiek rzadko przywiązuje się do samej technologii. Przywiązuje się do tego, co dzięki niej zbudował. Do kontaktów, rozmów, odbiorców, archiwów, pracy, wspomnień i przyzwyczajeń, których wartości często nie zauważa, dopóki nie pojawi się perspektywa ich utraty. Dlatego zdanie, że „zawsze można odejść”, brzmi przekonująco głównie wtedy, gdy nie trzeba sprawdzać, co właściwie oznacza odejście.

Platforma może być coraz bardziej irytująca, mniej przejrzysta i coraz mocniej podporządkowana własnemu interesowi, a mimo to użytkownik pozostaje. Narzeka na reklamy, algorytm, ograniczenia czy sposób prezentowania treści, po czym następnego dnia wraca. Z zewnątrz wygląda to jak brak konsekwencji. W rzeczywistości człowiek nie ocenia usługi wyłącznie przez jej jakość. Bierze pod uwagę również koszt utraty całego otoczenia, które przez lata powstało wokół niej.

Właśnie tutaj zaczyna się zasadniczy problem. Założenie nowego konta zajmuje kilka minut, lecz odtworzenie sieci relacji już nie. Można stworzyć konkurencyjny komunikator, ale nie da się jednym ruchem przenieść do niego wszystkich ludzi, którzy pozostali w poprzednim. Można uruchomić nową platformę dla twórców, ale jeśli odbiorcy są gdzie indziej, jej przewaga technologiczna niewiele znaczy. Technicznie drzwi mogą być otwarte, społecznie mogą prowadzić donikąd.

To odróżnia zwykły produkt od infrastruktury. Gdy zmiana usługi oznacza utratę kontaktów, klientów, historii albo publiczności, użytkownik przestaje być wyłącznie konsumentem. Staje się częścią systemu, którego nie może łatwo opuścić. W takiej sytuacji nawet niezadowolenie traci część swojej siły. Firma nie musi już nieustannie przekonywać, że jest najlepsza. Wystarczy, że pozostanie wystarczająco trudna do zastąpienia.

Psychologia szybko dostosowuje się do takiego układu. Człowiek zaczyna sobie tłumaczyć pozostawanie. „Wszyscy tam są”. „Nie mam gdzie indziej tych kontaktów”. „Inne serwisy są jeszcze gorsze”. „Przecież nadal działa”. Każde z tych zdań może być prawdziwe, ale razem tworzą mechanizm, w którym przyzwyczajenie zaczyna pełnić funkcję uzasadnienia. Nie trzeba nawet wierzyć, że dana usługa jest dobra. Wystarczy uznać, że koszt jej opuszczenia jest większy niż koszt dalszego korzystania.

To jeden z powodów, dla których proces opisany przez Cory'ego Doctorowa jako „gównowacenie” jest ciekawszy niż zwykłe narzekanie na pogarszającą się jakość internetu. Chodzi o moment, w którym jakość przestaje być głównym mechanizmem dyscyplinującym platformę, ponieważ relacja z użytkownikiem zostaje podtrzymana przez zależność. Jeśli klient może bez większych strat przejść gdzie indziej, firma ma powód, by go zatrzymać jakością. Jeśli odejście oznacza utratę części własnego życia, ten bodziec słabnie.

Nie potrzeba przy tym żadnego tajnego planu. Wystarczy zmiana interesów. Na początku platforma potrzebuje użytkownika bardziej, niż użytkownik potrzebuje platformy. Walczy o jego uwagę, twórców, partnerów i reklamodawców. Z czasem, gdy sieć osiąga odpowiednią skalę, sytuacja może się odwrócić. Wtedy ten sam użytkownik staje się elementem już istniejącego ekosystemu. Każda kolejna decyzja może być podejmowana z myślą nie o tym, jak przyciągnąć człowieka, lecz jak zwiększyć wartość wydobywaną z jego obecności.

Widać to szczególnie wyraźnie w przypadku ludzi, którzy zawodowo uzależnili się od platform. Twórca może mieć ogromną publiczność, a jednocześnie niewielką kontrolę nad tym, ilu odbiorców rzeczywiście zobaczy jego kolejną publikację. Wydawca może produkować własne treści, ale sposób dotarcia do czytelników zależy od zewnętrznego pośrednika. Mała firma może zbudować sprzedaż wokół konkretnego serwisu, a następnie odkryć, że zmiana jego zasad bezpośrednio wpływa na jej przychody. W każdym z tych przypadków pojawia się zasadnicza różnica między posiadaniem odbiorców a posiadaniem dostępu do odbiorców.

Ta różnica ma konsekwencje większe, niż sugeruje język „budowania społeczności”. Społeczność może istnieć, ale kanał komunikacji z nią pozostaje cudzą własnością. Twórca może latami inwestować w relację z publicznością, lecz platforma decyduje, jak ta relacja zostanie technicznie obsłużona. W efekcie część wartości wytworzonej przez użytkowników zostaje podporządkowana infrastrukturze, której zasad nie ustalają.

To samo napięcie pojawia się w wyszukiwaniu informacji. Użytkownik chce odpowiedzi, a wyszukiwarka chce również utrzymać własny model biznesowy. Jeżeli celem człowieka jest szybkie znalezienie informacji i opuszczenie serwisu, a celem platformy jest zwiększenie wartości reklamowej każdej wizyty, interesy nie są już identyczne. Nie musi to oznaczać, że wyniki wyszukiwania są celowo złe. Wystarczy, że system zaczyna być projektowany przede wszystkim pod kątem wartości, którą może wygenerować dla właściciela.

Generatywna sztuczna inteligencja komplikuje tę relację jeszcze bardziej. Wyszukiwarka była pośrednikiem między użytkownikiem a stroną internetową. Model językowy może stać się pośrednikiem między użytkownikiem a samą informacją. Jeśli odpowiedź zostaje udzielona bez konieczności odwiedzenia źródła, zmienia się ekonomia całego łańcucha. Wydawca traci część bezpośredniego kontaktu z odbiorcą, platforma przejmuje kolejną warstwę pośrednictwa, a użytkownik otrzymuje wygodę, której ceną może być jeszcze większa koncentracja kontroli nad przepływem informacji.

Jeszcze ważniejsze jest to, że odpowiedź generowana przez system może wyglądać jak pomoc, podczas gdy jednocześnie staje się przestrzenią dla interesów komercyjnych. Reklamę można rozpoznać jako reklamę. Znacznie trudniej zachować ten sam dystans wobec rekomendacji podanej w formie odpowiedzi na konkretne pytanie. Nie przesądza to o każdym przyszłym modelu biznesowym sztucznej inteligencji, ale pokazuje, jak łatwo granica między usługą a perswazją może przesunąć się w stronę mniej oczywistą dla użytkownika.

W tym sensie władza platform nie polega wyłącznie na posiadaniu danych czy infrastruktury. Polega również na kształtowaniu środowiska, w którym ludzie podejmują decyzje. Algorytm może zmienić kolejność informacji, sposób wynagradzania twórców, widoczność materiałów albo warunki dotarcia do odbiorców. Nie trzeba nikomu niczego nakazywać. Wystarczy tak ustawić system, żeby określone zachowania stawały się bardziej opłacalne od innych.

Po kilku latach użytkownicy sami zaczynają się do tego dostosowywać. Twórca zastanawia się nie tylko nad tym, co chce opublikować, ale również nad tym, co zostanie pokazane. Firma projektuje komunikację pod mechanizm dystrybucji. Dziennikarz myśli o sposobie znalezienia tekstu. Człowiek formułuje pytanie pod wyszukiwarkę. Narzędzie przestaje być wyłącznie kanałem przekazu i zaczyna wpływać na sposób, w jaki jego użytkownicy formułują własne zachowania.

Tutaj problem ekonomiczny zaczyna przenikać do kultury. Jeżeli przez lata premiowane są określone sposoby pisania, mówienia i publikowania, ludzie zaczynają je przejmować nie dlatego, że ktoś im je narzucił, ale dlatego, że widzą, co działa. Z czasem to, co najlepiej służy platformie, zaczyna być traktowane jak naturalny sposób komunikowania się w internecie. Powstaje środowisko, w którym niemal każda aktywność jest podporządkowana jakiemuś wskaźnikowi. Zasięgowi, konwersji, czasowi spędzonemu w usłudze, liczbie reakcji.

Nie jest to tęsknota za jakimś idealnym, dawnym internetem. Taki internet nigdy nie istniał. Sieć od początku była pełna manipulacji, oszustw, słabej jakości treści i interesów komercyjnych. Różnica dotyczy raczej koncentracji. Kiedy komunikacja jest rozproszona, łatwiej znaleźć inne miejsce. Kiedy duża część życia cyfrowego skupia się w kilku przedsiębiorstwach, alternatywa musi konkurować nie tylko produktem, lecz również z ogromnym kapitałem relacji i przyzwyczajeń zgromadzonym przez poprzednika.

Dlatego sama liczba dostępnych aplikacji niewiele mówi o rzeczywistej konkurencji. Można mieć dziesiątki podobnych usług i jednocześnie tylko jedno miejsce, w którym znajdują się niemal wszyscy ludzie, z którymi chce się rozmawiać, pracować albo handlować. Formalny wybór istnieje, ale jego praktyczna wartość zależy od tego, co można ze sobą zabrać po zmianie.

To właśnie czyni interoperacyjność czymś znacznie ważniejszym niż technicznym detalem. Jeżeli użytkownik może opuścić usługę bez utraty kontaktu z ludźmi, którzy pozostali, zmienia się jego pozycja negocjacyjna. Jeżeli twórca może zachować relację z odbiorcami poza jednym pośrednikiem, przestaje być całkowicie zależny od jego algorytmu. Jeżeli przedsiębiorca może korzystać z zewnętrznych płatności i nie musi podporządkowywać całego modelu biznesowego jednej platformie, konkurencja przestaje być wyłącznie teorią.

W gruncie rzeczy chodzi więc o coś prostszego niż wybór między aplikacjami. Chodzi o możliwość zachowania własnych relacji po zmianie narzędzia. Przez lata cyfrowe usługi rozwijały się w przeciwnym kierunku, ponieważ zamknięty ekosystem jest dla jego właściciela ekonomicznie atrakcyjny. Im więcej elementów życia znajduje się wewnątrz jednego systemu, tym trudniej go opuścić, a im trudniej go opuścić, tym mniejsza presja na utrzymanie jakości.

Najbardziej przewrotne jest to, że użytkownik sam uczestniczy w budowaniu tej zależności. Dodaje kontakty, zapisuje pliki, publikuje, kupuje, podłącza kolejne urządzenia, przenosi komunikację do jednego miejsca. Każda pojedyncza decyzja zwiększa wygodę. Dopiero ich suma tworzy coś, z czego po kilku latach trudno się wycofać. Nie ma jednego momentu, w którym człowiek świadomie zgadza się na zależność. Powstaje ona jako uboczny efekt setek racjonalnych decyzji.

To pozwala inaczej spojrzeć na samo „gównowacenie”. Nie musi oznaczać nagłego upadku produktu. Często polega na przesuwaniu kosztów. To, co wcześniej robiła platforma, zaczyna robić użytkownik. To, co było częścią usługi, staje się dodatkową opłatą. To, co służyło przede wszystkim człowiekowi, zaczyna służyć modelowi biznesowemu. Każda zmiana może mieć własne uzasadnienie, ale ich suma pokazuje kierunek.

W tym układzie szczególnie łatwo pomylić zgodę z akceptacją. Użytkownik może formalnie zaakceptować regulamin, ponieważ bez tego nie dostanie dostępu do miejsca, w którym znajduje się jego praca, rodzina albo publiczność. Z prawnego punktu widzenia jest to zgoda. Z ekonomicznego punktu widzenia sytuacja jest bardziej złożona, bo alternatywa może być kosztowna do tego stopnia, że wybór staje się pozorny.

Dlatego problemu nie rozwiązuje samo przekonywanie użytkowników, żeby byli bardziej świadomi. Świadomość nie usuwa kosztu odejścia. Można doskonale rozumieć działanie algorytmu i nadal potrzebować platformy, na której znajdują się klienci. Można wiedzieć, że inna usługa istnieje, a mimo to nie mieć powodu, by się na nią przenosić, jeśli nikt z własnej społeczności tam nie jest. Wiedza pomaga rozpoznać zależność, ale sama jej nie likwiduje.

Właśnie dlatego propozycja ograniczania władzy platform jest ciekawsza niż próba wychowywania ich właścicieli. Nie chodzi o to, by cyfrowi giganci stali się nagle bardziej altruistyczni. Chodzi o stworzenie warunków, w których ich interes będzie silniej związany z interesem użytkowników. Firma, która wie, że człowiek może odejść wraz ze swoimi relacjami, twórcami i pieniędzmi, musi się z nim liczyć. Firma, która może utrzymać użytkownika przede wszystkim dzięki temu, że odejście oznacza utratę całego otoczenia, ma zupełnie inne bodźce.

To zmienia również sens regulacji. Kara za konkretne naruszenie może być potrzebna, ale niekoniecznie zmienia strukturę, która do naruszeń prowadzi. Można ukarać przedsiębiorstwo za jeden sposób działania i pozostawić mu dokładnie tę samą przewagę nad użytkownikami, partnerami i konkurencją. Znacznie trudniejsze, ale też bardziej fundamentalne, jest ograniczenie możliwości kontrolowania przez jedną firmę zbyt wielu elementów tego samego rynku.

Nie chodzi przy tym o odebranie technologii jej skali. Wielkie platformy mogą być wygodne, wydajne i potrzebne. Problem pojawia się wtedy, gdy skala zaczyna być wykorzystywana do zabezpieczenia samej skali. Wtedy sukces przestaje być nagrodą za dobrą usługę, a staje się mechanizmem, który utrudnia powstanie następnej dobrej usługi. Rynek zaczyna przypominać zamknięte środowisko, w którym nowy konkurent musi pokonać nie tylko produkt, lecz także całą historię poprzednika.

A historia ma w internecie ogromną wartość. Zapisane wiadomości, kontakty, reputacja, odbiorcy, dane, przyzwyczajenia i powiązania społeczne są kapitałem, którego nie da się łatwo wycenić, a jeszcze trudniej przenieść. To właśnie ten kapitał sprawia, że człowiek może przez lata pozostawać w miejscu, którego coraz mniej lubi. Nie dlatego, że nie dostrzega problemu, lecz dlatego, że jego własne życie stało się częścią infrastruktury.

Wtedy pytanie o przyszłość internetu przestaje brzmieć jak pytanie o kolejną aplikację, lepszy algorytm czy bardziej przyjazny interfejs. Dotyczy raczej tego, czy cyfrowy świat będzie oparty na usługach, które muszą nieustannie zasługiwać na pozostawanie użytkownika, czy na systemach, w których samo odejście stanie się na tyle kosztowne, że jakość przestanie być najważniejszym argumentem.

To rozróżnienie jest istotne także dlatego, że człowiek potrafi bardzo długo żyć z czymś, co uważa za niedobre, jeśli alternatywa wydaje się jeszcze trudniejsza. Może narzekać, ironizować, krytykować i jednocześnie wracać. Może wiedzieć, że relacja z platformą stała się jednostronna, a mimo to nadal korzystać z jej usług. Nie jest to koniecznie sprzeczność. Czasem jest to po prostu cena świata, który został wcześniej zbudowany w określony sposób.

I właśnie dlatego najważniejsze pytanie nie dotyczy tego, czy użytkownicy pewnego dnia masowo zbuntują się przeciwko platformom. Znacznie ciekawsze jest to, czy powstanie taki model internetu, w którym bunt nie będzie konieczny. Taki, w którym człowiek będzie mógł zmienić usługę bez zabierania ze sobą pustki po relacjach, które zostały przy niej uwięzione. Dopiero wtedy jakość zacznie ponownie mieć znaczenie nie jako slogan marketingowy, lecz jako rzeczywista część konkurencji. A wtedy być może okaże się, że największą zmianą nie było stworzenie kolejnej platformy, lecz odebranie platformom prawa do decydowania, gdzie kończy się możliwość odejścia.



 Najbardziej niepokojące jest chyba nie to, że internet stał się bardziej komercyjny. Trudno byłoby zresztą oczekiwać, że przestrzeń, przez którą przepływają pieniądze, praca, handel i ogromna część współczesnej komunikacji, pozostanie poza logiką rynku. Znacznie ciekawsze jest to, jak zmieniły się standardy, według których oceniamy jego działanie. Rzeczy, które kiedyś wydawały się ewidentnie złym rozwiązaniem, po kilku latach potrafią stać się zwyczajnym elementem cyfrowego krajobrazu. Nie dlatego, że nagle zaczęliśmy je lubić. Po prostu przestaliśmy oczekiwać, że może być inaczej.

To przesunięcie jest subtelne, ale ma znaczenie. Jeżeli przez długi czas korzystamy z usług pełnych reklam, automatycznych rekomendacji, nachalnych komunikatów, uproszczonych odpowiedzi i kolejnych warstw pośrednictwa, zaczynamy traktować je jako naturalną część korzystania z sieci. Nie pytamy już, czy rozwiązanie jest dobrze zaprojektowane. Pytamy, gdzie znajduje się odpowiedni przycisk. Nie zastanawiamy się, dlaczego pewna informacja została przedstawiona w taki sposób. Przyjmujemy, że tak działa usługa.

W pewnym momencie zmienia się nawet język, którym opisujemy te doświadczenia. Mówimy, że coś jest „wygodne”, choć wymaga od nas wykonania kilku dodatkowych czynności. Mówimy, że coś jest „spersonalizowane”, choć oznacza to przede wszystkim znacznie dokładniejsze profilowanie. Mówimy o „ulepszeniach”, kiedy zmienia się sposób korzystania z produktu, choć nie zawsze jest jasne, dla kogo właściwie te ulepszenia zostały zaprojektowane. Słowa zaczynają oswajać rzeczy, które wcześniej wymagałyby wyjaśnienia.

To samo dzieje się z informacją. Internet miał ogromną zasługę w tym, że dostęp do wiedzy przestał zależeć w takim stopniu od miejsca zamieszkania, statusu czy możliwości dotarcia do tradycyjnych źródeł. Dzisiaj problem wygląda inaczej. Informacji jest tak dużo, że sama dostępność przestała być wystarczającą miarą jej wartości. Coraz większe znaczenie ma to, kto ją przygotował, na jakiej podstawie, z jakiego powodu i czy można sprawdzić jej źródło.

To szczególnie ważne w czasach generatywnej sztucznej inteligencji. Możliwość stworzenia tekstu, grafiki czy odpowiedzi w kilka sekund jest imponująca, ale jednocześnie przesuwa granicę między produkcją informacji a jej weryfikacją. Łatwiej niż kiedykolwiek stworzyć coś, co wygląda wiarygodnie. Nie oznacza to, że wszystko staje się fałszywe. Oznacza raczej, że sama forma przestaje być dobrym dowodem jakości.

To może zmienić również sposób, w jaki korzystamy z wiedzy. Przez lata internet uczył nas, że niemal każdą odpowiedź można znaleźć. Teraz coraz częściej trzeba jeszcze ustalić, czy znaleźliśmy odpowiedź dobrą. To różnica, która na pierwszy rzut oka wydaje się techniczna, a w rzeczywistości dotyczy jednej z najbardziej podstawowych rzeczy w życiu publicznym, czyli możliwości odróżnienia wiedzy od pozoru wiedzy.

Podobny problem dotyczy dziennikarstwa i twórczości. Kiedy dystrybucja treści odbywa się przede wszystkim za pośrednictwem kilku wielkich systemów, autor nie kontroluje już całego życia własnej pracy. Może napisać dobry tekst, przygotować wartościowy materiał albo stworzyć coś naprawdę oryginalnego, a mimo to nie mieć większego wpływu na to, gdzie i w jakiej formie dotrze on do odbiorcy. Sama możliwość publikowania nie jest przecież tym samym co możliwość bycia znalezionym.

To jedna z cichszych zmian, ponieważ nie wygląda jak katastrofa. Nikt nie przychodzi i nie mówi twórcy, że jego praca przestała mieć znaczenie. Zmieniają się po prostu warunki, w których ta praca funkcjonuje. Coraz więcej energii trzeba poświęcać nie tylko na stworzenie czegoś dobrego, ale również na zrozumienie mechanizmu, który zdecyduje, czy ktoś w ogóle to zobaczy. W rezultacie część twórców zaczyna myśleć nie tylko o własnym rzemiośle, lecz także o tym, jak pisać, fotografować, nagrywać czy projektować pod wymagania systemu dystrybucji.

Nie musi to od razu prowadzić do złych treści. Bywa nawet odwrotnie. Platformy potrafią dawać małym twórcom możliwości, których wcześniej nie mieliby nigdy. Problem zaczyna się wtedy, kiedy sposób funkcjonowania platformy stopniowo wpływa na samą definicję dobrej pracy. Gdy sukces coraz częściej oznacza zgodność z określonym formatem, pojawia się pokusa, żeby nie tylko dostosować sposób publikacji, lecz także samą treść.

Wtedy internet zaczyna przypominać miejsce, w którym bardzo łatwo coś powiedzieć, ale coraz trudniej zachować pełną niezależność od warunków, na jakich to powiedzenie zostanie przyjęte. To nie jest kwestia cenzury w klasycznym znaczeniu. Znacznie częściej chodzi o subtelniejsze procesy. O przewidywanie reakcji, dostosowywanie formy, unikanie tematów, które źle współgrają z regułami platformy, albo rezygnowanie z bardziej złożonej wypowiedzi, ponieważ jej sens wymagałby kilku minut spokojnego czytania.

W tym sensie internet nie tylko przechowuje kulturę. Coraz bardziej uczestniczy w jej kształtowaniu. Wpływa na to, jak piszemy, jak dyskutujemy, jak przedstawiamy własne życie i jak oceniamy innych. Nie dlatego, że istnieje jakiś jeden ośrodek sterujący tym procesem. Właśnie przeciwnie. Nikt nie musi tego planować. Wystarczy, że tysiące decyzji projektowych, biznesowych i użytkowych zaczynają działać w podobnym kierunku.

Z czasem zmieniają się wtedy również nasze przyzwyczajenia poznawcze. Coraz mniej cierpliwości mamy do rzeczy, które nie dają się szybko uporządkować. Skomplikowany problem zaczyna być podejrzany, jeśli nie można go wyjaśnić w kilku zdaniach. Ambiwalencja wygląda jak brak stanowiska. Ostrożność bywa odbierana jako niezdecydowanie. Tymczasem wiele rzeczy, które naprawdę mają znaczenie, nie daje się uczciwie sprowadzić do jednej tezy i jednego werdyktu.

To chyba jeden z bardziej niedocenianych skutków cyfrowej transformacji. Nie chodzi o to, że internet niszczy zdolność myślenia. Byłoby to równie uproszczone jak twierdzenie, że ją rozwija. Internet robi coś bardziej skomplikowanego. Tworzy warunki, w których pewne sposoby myślenia stają się łatwiejsze, a inne bardziej wymagające. Skrót jest łatwiejszy niż kontekst. Pewność jest łatwiejsza niż zastrzeżenie. Prosta historia jest łatwiejsza niż opowieść, w której kilka rzeczy może być prawdziwych jednocześnie.

Dlatego „gównowacenie” nie musi oznaczać wyłącznie pogorszenia jakości produktu. Może oznaczać także pogorszenie jakości relacji między człowiekiem a informacją. Człowiek coraz częściej otrzymuje coś, co jest wystarczająco sprawne, wystarczająco atrakcyjne i wystarczająco przekonujące, żeby nie zatrzymywać się nad pytaniem, czego właściwie mu brakuje.

To jest znacznie trudniejsze do uchwycenia niż zepsuty interfejs albo dodatkowa reklama. Produkt może działać bez zarzutu, a mimo to jego obecność w naszym życiu może mieć coraz mniej wartości. Można otrzymać odpowiedź natychmiast i nadal nie dostać tego, czego naprawdę się szukało. Można mieć dostęp do milionów publikacji i jednocześnie coraz trudniej trafić na tekst, po którym człowiek przez chwilę pozostaje z własnymi myślami.

Być może dlatego tak trudno mówić o końcu internetu, jego upadku czy jakimś jednym punkcie zwrotnym. Nic takiego prawdopodobnie nie nastąpi. Sieć będzie dalej rosnąć, zmieniać się i produkować rzeczy jednocześnie fascynujące oraz irytujące. Będą powstawały nowe narzędzia, nowe modele biznesowe i nowe sposoby komunikacji. Jedne platformy znikną, inne pojawią się na ich miejscu. Niektóre dzisiejsze problemy okażą się przejściowe, inne zostaną z nami na długo.

Najciekawsze jest jednak to, co pozostanie po tych zmianach w człowieku korzystającym z całego tego systemu. Czy nadal będziemy oczekiwać, że narzędzie powinno być przede wszystkim użyteczne, czy wystarczy nam, że jest wygodne? Czy informacja będzie musiała być wiarygodna, czy wystarczy, że brzmi przekonująco? Czy autor będzie przede wszystkim kimś, kto coś tworzy, czy coraz częściej kimś, kto potrafi dostosować swoją twórczość do warunków jej dystrybucji?

Na te pytania nie ma jednej odpowiedzi, ponieważ sam internet nie jest jednym miejscem. Dla jednej osoby będzie biblioteką, dla drugiej targowiskiem, dla kolejnej miejscem pracy, rozrywki albo kontaktu z ludźmi, których nigdy nie spotkałaby poza ekranem. Wszystkie te rzeczy mogą być prawdziwe jednocześnie. Dlatego tak trudno ocenić, czy sieć rzeczywiście stała się gorsza. Być może stała się po prostu czymś znacznie większym niż pierwotnie zakładaliśmy, a wraz z rozmiarem pojawiły się interesy, których wcześniej nie było.

I właśnie dlatego słowo Doctorowa zostaje w głowie. Nie dlatego, że pozwala łatwo nazwać wszystko, co nam się w internecie nie podoba. Przeciwnie, jego siła polega na tym, że zmusza do rozróżnienia między zwykłą niedogodnością a zmianą zasad działania. Nie każda irytująca funkcja jest dowodem systemowego problemu. Nie każda reklama jest nadużyciem. Nie każda decyzja dużej firmy oznacza świadome pogarszanie produktu. Ale kiedy podobne mechanizmy zaczynają powtarzać się w wielu miejscach, trudno nadal traktować je wyłącznie jako serię przypadków.

Może więc najbardziej niepokojące nie jest nawet to, że internet czasami robi się gorszy. Internet zawsze będzie pełen rzeczy dobrych i złych, mądrych i bezwartościowych, uczciwych i cynicznych. Bardziej interesujące jest to, czy potrafimy jeszcze zauważyć moment, w którym obniżenie standardu przestaje nas dziwić.

Bo być może właśnie wtedy zmiana jest już najgłębsza. Nie wtedy, kiedy pojawia się kolejna irytująca funkcja, lecz wtedy, kiedy patrzymy na nią i wzruszamy ramionami, jakby nie było już o czym mówić. Internet może nadal wyglądać na ogromny, nowoczesny i pełen możliwości. Może odpowiadać szybciej, wyszukiwać więcej, tworzyć sprawniej i wiedzieć o nas więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

A jednak gdzieś pomiędzy tym wszystkim może zniknąć coś znacznie trudniejszego do zmierzenia. Nie konkretna funkcja ani konkretny serwis, lecz przekonanie, że technologia powinna powiększać nasze możliwości, a nie tylko zwiększać wydajność systemów, które zostały zbudowane wokół nas. To przekonanie nie musi umrzeć. Może po prostu coraz rzadziej pojawiać się w chwili, gdy korzystamy z internetu.

I może właśnie dlatego historia „gównowacenia” nie ma wyraźnego zakończenia. Nie kończy się wraz z kolejną zmianą algorytmu ani po wejściu w życie następnych regulacji. Trwa gdzieś pomiędzy tym, co oferują nam platformy, a tym, co jeszcze uznajemy za dobrą usługę, uczciwą informację i sensowną komunikację. Granica przesuwa się powoli. Tak powoli, że często zauważamy ją dopiero wtedy, gdy przypominamy sobie, że kiedyś coś wyglądało inaczej.

Nie chodzi nawet o nostalgię za dawnym internetem. Tamten internet również był pełen chaosu, błędów, oszustw i rzeczy bezwartościowych. Chodzi raczej o pamięć innego układu. O moment, w którym narzędzie było jeszcze narzędziem, informacja informacją, a korzystanie z sieci nie wymagało ciągłego zastanawiania się, jaki interes znajduje się po drugiej stronie ekranu.

Być może właśnie ta pamięć będzie z czasem najcenniejsza. Nie jako wzór do odtworzenia, lecz jako punkt odniesienia. Dzięki niej można jeszcze zauważyć, że coś się zmieniło, zanim znajdziemy dla tej zmiany wygodne wyjaśnienie. I chyba tylko tyle można powiedzieć bez popadania w kolejną prostą opowieść o tym, co było kiedyś i co będzie później.

Reszta pozostaje otwarta. Internet nadal jest miejscem, w którym można znaleźć rzeczy niezwykłe, ludzi interesujących i wiedzę, do której jeszcze niedawno dostęp był znacznie trudniejszy. Równocześnie coraz więcej jego elementów przypomina produkty zaprojektowane nie po to, żeby dobrze służyć człowiekowi, lecz żeby możliwie długo utrzymywać określony model działania. Obie rzeczy mogą być prawdziwe naraz. I chyba właśnie z tej sprzeczności bierze się największy dyskomfort, kiedy próbujemy odpowiedzieć sobie na pytanie, czym właściwie stał się internet.

Nie ma jednego momentu, w którym przestał być tym, czym miał być. Nie ma też jednej decyzji, która przywróci mu dawną formę. Są tylko kolejne drobne przesunięcia, które z czasem tworzą zupełnie inny krajobraz. Czasem zauważamy je od razu. Czasem dopiero po latach, kiedy korzystamy z czegoś znajomego i nagle orientujemy się, że choć wszystko działa, nie czujemy już tego samego.

Komentarze

  1. Gównowacenie internetu to świadoma strategia biznesowa i efekt uboczny obecnego modelu rozwoju sieci. Dlaczego sieć staje się coraz gorszym miejscem do życia? Zapewne przez komercjalizację, algorytmy polaryzujące społeczeństwo, zalew treści generowanych przez AI oraz upadek prywatności... i wydaje mi się , że będzie tylko gorzej. Najgorsze jest to, że gównowacenie nie dotyczy już tylko internetu przeszło też na real.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam obawę, że z czasem może być tylko trudniej, szczególnie jeśli coraz więcej treści będzie powstawało wyłącznie po to, żeby przyciągnąć uwagę i wygenerować kolejny klik. Najbardziej niepokoi mnie jednak właśnie to przenikanie tego mechanizmu poza internet — kiedy szybkość, powierzchowność i pogoń za reakcją zaczynają być traktowane jako norma również w codziennym życiu. Z drugiej strony nie chciałbym popadać w przekonanie, że wszystko już zmierza w złym kierunku. Chyba sporo zależy od tego, czy sami będziemy jeszcze wybierać, czemu poświęcamy swój czas i uwagę.

      Usuń
  2. No....świat się zmienia...Totalny odwrucjonizm jak ja to mówię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba coś w tym „odwróceniu” rzeczywiście jest. Zmiany same w sobie są nieuniknione, ale mam wrażenie, że czasem zaczynamy bez większego zastanowienia uznawać każdą nową rzecz za krok do przodu. A dopiero po czasie wychodzi, że przy okazji straciliśmy coś, co wcześniej wydawało się oczywiste. Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  3. Wszystko to, co opisałeś w tym poście, obserwuję od dłuższego już czasu i z przykrością stwierdzam, że proces przyspiesza i dotyczy nie tylko internetu, ale prawie wszystkiego.
    Bylejakość jest modna, wszechobecna, rozłazi się i pęcznieje.
    Internet stał się śmietnikiem i to takim bez segregacji.Telewizja, to jeden wielki bełkot, który coraz trudniej zrozumieć, bo dbałość o mowę nie istnieje. Migające obrazy, które niszczą oczy i mózg, a do tego wszechobecne krzykliwe reklamy. No i eksperci od wszystkiego, czyli ble ble ble.
    Ochrona zdrowia - popsuta i lepiej nie ruszać tematu, bo to szkodzi zdrowiu. Polityka, to jest dopiero produkt wysoce szkodliwy i totalnie wypaczony.
    Gdzie się nie obejrzę, widzę to gównowacenie.Taki trend...


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się w całej rozciągłości, aczkolwiek dodałabym, że telewizja pod pewnymi względami jest lepsza, albowiem wprowadza jaką taką cenzurę treści. Wiem, brzmi paskudnie, ale Internet stał się ŚMIETNIKIEM, w którym można opublikować wszystko.

      Usuń
    2. Z tym „śmietnikiem” trudno się nie zgodzić, szczególnie jeśli porównamy Internet sprzed kilkunastu lat z tym, co mamy dzisiaj. Z telewizją mam jednak trochę większy problem, bo ta „cenzura” czasem oznacza po prostu wybór tego, co widz ma zobaczyć, a czego już nie. Internet daje za to dostęp również do rzeczy wartościowych, tylko trzeba nauczyć się odróżniać je od całej reszty. I chyba właśnie ta umiejętność zaczyna być dzisiaj coraz bardziej potrzebna.

      Usuń
    3. Tak, telewizja jest zdecydowanie mniej egalitarna, co może razić w świecie, w którym wierzy się w równość ludzi. :)

      Usuń
    4. Coś w tym jest. Telewizja działa według zupełnie innych zasad niż Internet i może się to wydawać mniej sprawiedliwe, szczególnie gdy przyzwyczailiśmy się do przekonania, że każdy powinien mieć możliwość dotarcia ze swoim głosem do innych. Z drugiej strony ta selekcja ma też swoją dobrą stronę — nie każda treść musi przecież trafiać do milionów odbiorców tylko dlatego, że ktoś potrafił ją opublikować. Chyba cały problem polega na znalezieniu rozsądnej granicy między selekcją a zamykaniem ludziom ust.

      Usuń
  4. Też mnie to zastanawia. Teraz Internet bardzo zmienił swoją funkcję, wiele rzeczy jest robione tylko po to by jak najdłużej utrzymać naszą uwagę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coraz częściej nie chodzi już o to, żeby coś nam po prostu pokazać, ale żebyśmy zostali na stronie jeszcze minutę, potem kolejną i jeszcze jedną. Najbardziej podstępne jest chyba to, że łatwo się do tego przyzwyczaić i nawet nie zauważyć, kiedy zwykłe przeglądanie internetu zamienia się w bezmyślne przewijanie. Sam coraz częściej łapię się na tym, że odkładam telefon właśnie po to, żeby nie dać się wciągnąć w kolejną porcję „jeszcze tylko tego”.

      Usuń
  5. Excellent article!
    As you pointed out, it is not simple to just abandon the Internet and certain platforms. Not so simple when our contacts are there....often both professional and private contacts.
    There are more and more data and privacy scandals and bad service...but people stay online.
    I agree that it not only a problem of poor content. As you said: ”Content is only the most visible symptom. Beneath it lies the question of power, competition, and the ability to say "no" without suffering a penalty greater than the penalty of canceling the service itself. As long as the answer to this question remains unfavorable to the user, every subsequent algorithm change, every additional ad, and every increasingly poor search engine response will be just another symptom of the same problem."

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Kurier nie dostarcza paczek

Emerytury artystów z dopłatą państwa

Alert RCB przychodzi na telefon i budzi niepokój