Jaka jest najlepsza różnica wieku w związku?
Zadziwiające, jak bardzo potrafimy uprościć coś, co w rzeczywistości jest jednym z najbardziej nieprzewidywalnych doświadczeń ludzkiego życia. Wystarczy kilka słów, kilka arbitralnych opinii, czasem zasłyszana statystyka wyrwana z kontekstu, żeby zacząć wierzyć, że istnieje coś takiego jak „optymalna różnica wieku w związku”, niemal jak recepta, wzór matematyczny, który po prostu trzeba poprawnie zastosować, aby uniknąć rozczarowania. A przecież relacje międzyludzkie nie mają w sobie nic z precyzyjnej inżynierii, nie poddają się wykresom ani wykładniczym krzywym satysfakcji, choć bardzo chcielibyśmy w to wierzyć, bo wtedy świat byłby prostszy, bardziej przewidywalny, mniej bolesny.
Z wiekiem zaczyna się dostrzegać, jak często ludzie próbują podporządkować emocje logice, jakby uczucie można było zredukować do tabeli zgodności, w której wystarczy odjąć rok od roku i sprawdzić, czy wynik mieści się w granicach akceptowalnego ryzyka. W tej narracji pojawia się obsesja dopasowania, jakby miłość była projektem, który można zaplanować z wyprzedzeniem, a nie ryzykownym spotkaniem dwóch zupełnie odrębnych historii, dwóch różnych sposobów przeżywania świata, dwóch temperamentów, które czasem współgrają, a czasem zderzają się z siłą, której nie da się przewidzieć. Różnica wieku staje się w tym wszystkim wygodnym symbolem, czymś, na czym można zawiesić winę, kiedy coś zaczyna się rozpadać, albo odwrotnie, czymś, co ma dawać złudzenie kontroli, kiedy wszystko jeszcze wydaje się stabilne.
Trudno nie zauważyć, że współczesna kultura relacji coraz częściej flirtuje z iluzją optymalizacji uczuć. Mówi się o kompatybilności, etapach życia, zgodności energetycznej, jakby człowiek był systemem operacyjnym, który trzeba odpowiednio sparować, żeby nie dochodziło do błędów krytycznych. A jednak pod tą powierzchnią kryje się coś znacznie mniej wygodnego, coś, co nie daje się łatwo ujarzmić. Każda relacja, niezależnie od wieku, wykształcenia czy społecznych oczekiwań, jest w gruncie rzeczy próbą pogodzenia dwóch osobnych sposobów przeżywania rzeczywistości. I to właśnie tam, w tej przestrzeni napięcia, rodzą się zarówno najpiękniejsze momenty bliskości, jak i najbardziej bolesne pęknięcia.
Szczególnie interesujące jest to, jak bardzo zmienia się perspektywa w czasie. Na początku wszystko wydaje się intensywne, niemal bezgraniczne, jakby różnice nie miały większego znaczenia, bo emocjonalna energia skutecznie zagłusza wszelkie dysonanse. Fascynacja potrafi przykryć niemal każdą asymetrię, a to, co później staje się źródłem napięcia, wcześniej bywa interpretowane jako ekscytująca odmienność, coś, co dodaje relacji koloru i głębi. Dopiero z czasem, kiedy codzienność zaczyna wymagać więcej niż tylko emocjonalnej euforii, kiedy pojawiają się rutyny, zobowiązania i nieuniknione kryzysy, wychodzi na jaw, że tempo życia, sposób reagowania na stres, a nawet drobne różnice w podejściu do przyszłości mogą zacząć działać jak cichy erozyjny proces.
W tym miejscu rodzi się pytanie niewygodne, takie, którego wielu wolałoby nie zadawać wprost. Czy rzeczywiście wiek jest przyczyną, czy jedynie pretekstem do ujawnienia różnic, które i tak istniałyby niezależnie od metryki. Bo przecież można mieć podobną datę urodzenia i zupełnie różne podejście do stabilizacji, ambicji, ryzyka czy emocjonalnej dostępności. Można być rówieśnikami i żyć w zupełnie innych światach, które tylko na chwilę się przecinają, zanim znów zaczną się od siebie oddalać. I można też mieć znaczną różnicę wieku, a mimo to odnaleźć zaskakującą wspólnotę doświadczeń, która nie wynika z kalendarza, lecz z wewnętrznej zgodności sposobu myślenia.
A jednak społeczne narracje są nieubłagane. Wciąż istnieje silna potrzeba oceniania relacji przez pryzmat tego, co „powinno” być normą, jakby zbiorowe doświadczenie mogło zastąpić indywidualną prawdę. W tym wszystkim łatwo przeoczyć, że każdy związek, który przetrwa próbę czasu, nie robi tego dzięki statystycznej poprawności, lecz dzięki zdolności do adaptacji, do negocjowania zmieniających się potrzeb, do akceptacji faktu, że ludzie nie pozostają tacy sami, nawet jeśli różnica wieku jest minimalna lub wręcz niezauważalna.
Być może najbardziej niepokojące w całej tej dyskusji jest to, jak bardzo pragniemy znaleźć jednoznaczną odpowiedź tam, gdzie jej po prostu nie ma. Chcielibyśmy wiedzieć, ile lat różnicy gwarantuje spokój, a ile skazuje na chaos, jakby emocjonalne życie można było sprowadzić do równania z jedną zmienną. Tymczasem to właśnie nieprzewidywalność relacji stanowi jej najbardziej fundamentalną cechę, nawet jeśli bywa źródłem frustracji. Każda próba jej ujarzmienia kończy się tym samym odkryciem, że ludzkie więzi są bardziej przypominające żywy organizm niż konstrukcję, którą można zaprojektować od podstaw.
W tym sensie pytanie o różnicę wieku przestaje być pytaniem o liczby, a zaczyna dotykać czegoś znacznie głębszego, niemal niewygodnego w swojej szczerości. O to, jak bardzo jesteśmy gotowi zaakceptować, że druga osoba nigdy nie będzie naszym przedłużeniem, że zawsze pozostanie osobnym światem, który tylko częściowo da się zrozumieć i jeszcze mniej przewidzieć. I że być może właśnie w tej niepełnej zgodności, w tym ciągłym napięciu między podobieństwem a odrębnością, kryje się to, co nazywamy bliskością, nawet jeśli nie zawsze potrafimy to nazwać bez poczucia utraty kontroli.
I nagle okazuje się, że to, co nazywamy „dopasowaniem”, jest często jedynie chwilowym zbiegiem okoliczności, krótkim momentem, w którym dwie osoby znajdują się w podobnym stanie emocjonalnym, podobnym zmęczeniu, podobnym pragnieniu bycia zauważonym, a nie w żadnej obiektywnej zgodności, którą można by utrzymać w czasie bez strat i pęknięć. W relacjach nieustannie działa mechanizm przesunięcia, niewidoczny na pierwszy rzut oka, ale konsekwentny w swoim działaniu, bo ludzie nie stoją w miejscu, nawet jeśli bardzo chcieliby wierzyć, że znaleźli stabilny punkt odniesienia. Zmienia się rytm ich ambicji, zmienia się sposób reagowania na bliskość, zmienia się cierpliwość, a czasem nawet definicja tego, czym w ogóle jest obecność drugiego człowieka w codzienności. W tym wszystkim różnica wieku staje się jedynie jednym z wielu czynników, ale w świadomości społecznej urasta do rangi symbolu, jakby miała tłumaczyć coś, co w rzeczywistości jest znacznie bardziej rozproszone i trudniejsze do uchwycenia.
Widać to szczególnie wyraźnie w momentach kryzysu, kiedy codzienność przestaje być neutralnym tłem, a zaczyna działać jak soczewka, która skupia wszystkie napięcia. Wtedy ujawnia się, jak bardzo ludzie różnią się w sposobie przeżywania trudności, jak inaczej interpretują milczenie, jak inaczej reagują na brak odpowiedzi, jak inaczej znoszą przeciążenie emocjonalne. Jedni wycofują się w siebie, inni eskalują, jeszcze inni próbują utrzymać pozory kontroli, choć wewnętrznie tracą grunt. W takich momentach różnica wieku może wydawać się wygodnym wyjaśnieniem, ale często jest jedynie powierzchniowym opisem czegoś głębszego, co ma związek z osobistą historią, z wcześniejszymi doświadczeniami utraty, z tym, jak ktoś nauczył się przetrwać emocjonalne napięcie jeszcze zanim pojawił się drugi człowiek, który miał to rzekomo „uzupełnić”.
W tej dynamice szczególnie uderzające jest to, jak silnie działa mechanizm projekcji. Ludzie nie tyle widzą drugą osobę, co widzą w niej potencjalne rozwiązanie własnych braków, chwilową odpowiedź na pytania, które noszą w sobie od dawna. Na początku relacji ta projekcja jest niemal niewidoczna, bo wszystko wydaje się naturalne, oczywiste, jakby dopasowanie wynikało z rzeczywistej zgodności, a nie z subtelnego dopasowania wyobrażeń. Dopiero później, kiedy emocje tracą swoją pierwszą intensywność, zaczyna się proces odsłaniania tego, co było dopowiedziane, a czego nigdy realnie nie było. I wtedy pojawia się zderzenie z rzeczywistością, które nie zawsze musi być spektakularne, czasem jest ciche, rozciągnięte w czasie, bardziej przypominające powolne oddalanie się dwóch orbit niż gwałtowne pęknięcie.
Zaskakujące jest również to, jak bardzo ludzie potrafią przywiązywać się do narracji o wyjątkowości własnego związku, nawet wtedy, gdy fakty zaczynają temu przeczyć. Istnieje silna potrzeba utrzymania spójnej historii, w której wszystko ma sens, w której decyzje miały uzasadnienie, a wybory były świadome, nawet jeśli w rzeczywistości były bardziej reakcją niż refleksją. W tej narracji różnica wieku często zostaje albo idealizowana, albo demonizowana, w zależności od tego, czy relacja znajduje się w fazie stabilności, czy rozpadu. Kiedy wszystko działa, staje się dowodem na odwagę i przełamywanie schematów, kiedy przestaje działać, zostaje zredukowana do błędu, do pierwotnej przyczyny problemów, choć w rzeczywistości rzadko kiedy jest jedynym czynnikiem.
Najbardziej niepokojące jest jednak to, jak często ludzie pozostają w relacjach nie dlatego, że są one dla nich dobre, ale dlatego, że inwestycja emocjonalna stała się zbyt duża, by ją łatwo porzucić. W tym sensie związek przestaje być wyborem, a zaczyna być historią, którą trzeba kontynuować, nawet jeśli jej dalszy ciąg nie przynosi już tej samej intensywności, która kiedyś była oczywista. Przywiązanie nie zawsze ma charakter świadomej decyzji, częściej jest sumą powtarzających się momentów, wspólnych rytuałów, drobnych kompromisów, które z czasem tworzą coś w rodzaju emocjonalnej grawitacji. I to właśnie ta grawitacja sprawia, że nawet relacje pełne napięć i niedopowiedzeń potrafią trwać znacznie dłużej, niż sugerowałaby ich wewnętrzna stabilność.
W tle tego wszystkiego pojawia się jeszcze jeden, mniej wygodny aspekt, który rzadko bywa wypowiadany wprost. Ludzie nie tylko szukają miłości, ale również potwierdzenia własnej wartości poprzez relację. Wybór partnera, niezależnie od różnicy wieku, staje się w pewnym momencie także lustrem, w którym odbija się obraz samego siebie, często bardziej wymagający niż obraz drugiej osoby. Dlatego rozpad związku rzadko bywa tylko rozstaniem dwóch osób, częściej jest także konfrontacją z własną interpretacją siebie, z tym, jak ktoś widział siebie w tej relacji, jaką rolę sobie przypisał i jak bardzo ta rola była uzależniona od obecności drugiego człowieka.
W tym kontekście różnica wieku przestaje być prostym parametrem, a zaczyna funkcjonować jako część szerszej narracji o kontroli i jej braku. Starszy partner bywa postrzegany jako stabilność, młodszy jako energia, rówieśnik jako równowaga, ale wszystkie te etykiety rozpadają się w momencie, kiedy relacja zostaje wystawiona na próbę rzeczywistości, która nie respektuje takich uproszczeń. Wtedy okazuje się, że to nie metryka decyduje o jakości bliskości, lecz zdolność do znoszenia wzajemnej nieprzewidywalności bez natychmiastowego uciekania w uproszczenia, które pozwalają szybko przypisać winę, ale nie rozwiązują niczego.
Być może najbardziej uderzające w obserwacji relacji jest to, jak bardzo ludzie jednocześnie pragną stabilności i intensywności, dwóch stanów, które rzadko współistnieją bez napięcia. Stabilność daje poczucie bezpieczeństwa, ale bywa interpretowana jako stagnacja, intensywność daje poczucie życia, ale często prowadzi do zmęczenia. W tym napięciu rozgrywa się większość współczesnych związków, niezależnie od różnicy wieku, choć ta różnica bywa wygodnym punktem odniesienia, który pozwala nazwać coś, co w istocie jest znacznie bardziej uniwersalne i mniej zależne od metryki niż chcielibyśmy przyznać.
Być może właśnie w tym wszystkim najbardziej mylące jest to, że człowiek tak długo szuka w relacjach jakiegoś punktu ostatecznego, czegoś, co da się nazwać raz na zawsze i już do tego nie wracać, jakby emocje mogły zostać zatrzymane w jednej formie, zakonserwowane w momencie, który nie podlega dalszym przekształceniom. Tymczasem wszystko, co dzieje się między dwojgiem ludzi, przypomina raczej proces powolnego przesuwania się znaczeń, gdzie to, co kiedyś wydawało się oczywiste, zaczyna tracić ostrość, a to, co ignorowane, nagle staje się dominujące, jakby relacja sama w sobie miała własną dynamikę, niezależną od intencji i deklaracji. W tym ruchu trudno znaleźć stabilny grunt, bo nawet to, co uznawane było za fundament, z czasem okazuje się jedynie chwilowym porozumieniem dwóch zmęczeń albo dwóch nadziei, które akurat wtedy przypadły na siebie w odpowiednim momencie.
Z biegiem czasu zmienia się też sposób patrzenia na drugą osobę, choć rzadko dzieje się to w sposób zauważalny. To nie jest gwałtowna zmiana, raczej coś, co przypomina powolne dostrajanie ostrości, gdzie twarz, która kiedyś wydawała się pełna odpowiedzi, zaczyna ujawniać swoje niedopowiedzenia, a gesty, które wcześniej budziły poczucie bezpieczeństwa, stają się niejednoznaczne, czasem wręcz obce. W tej przestrzeni pojawia się dziwne zawieszenie, jakby człowiek próbował jednocześnie utrzymać to, co znane, i zaakceptować to, co już nie daje się w pełni rozpoznać. I w tym napięciu, które nie ma wyraźnego początku ani końca, relacje zaczynają żyć własnym życiem, nie zawsze zgodnym z tym, co miało być ich pierwotnym kształtem.
Czasem trudno oprzeć się wrażeniu, że ludzie spotykają się nie tylko po to, by być razem, ale także po to, by ujawnić sobie nawzajem rzeczy, których wcześniej nie chcieli widzieć w sobie samych. Jakby obecność drugiego człowieka była rodzajem zwierciadła, które nie tyle odbija, co zniekształca, wydobywa napięcia, które wcześniej pozostawały w ukryciu, i zmusza do konfrontacji z tym, co niewygodne, niejasne, nie do końca nazwane. W takim ujęciu różnica wieku, podobieństwo doświadczeń czy jakiekolwiek inne kryterium przestają mieć charakter decydujący, stają się jedynie tłem dla czegoś bardziej pierwotnego, co rozgrywa się na poziomie emocji, które nie zawsze dają się uporządkować ani zracjonalizować.
I być może dlatego tak często powraca poczucie, że nic nie jest do końca rozstrzygnięte, nawet wtedy, gdy wszystko wydaje się już ustabilizowane. Jakby w tle każdej relacji istniała cienka warstwa niepewności, której nie da się całkowicie usunąć, niezależnie od tego, jak bardzo próbowałoby się ją przykryć codziennością, rutyną czy wspólnymi planami. Ta niepewność nie zawsze musi być destrukcyjna, czasem funkcjonuje jak cichy cień, który przypomina, że nic nie jest dane raz na zawsze, że każda bliskość pozostaje w pewnym sensie tymczasowa, nawet jeśli trwa latami.
W tym wszystkim jest też coś, co trudno uchwycić bez poczucia lekkiego dyskomfortu, jakby każda próba nazwania relacji do końca odbierała jej część życia, spłaszczała ją do formy, która przestaje oddychać. Bo kiedy zaczyna się zbyt mocno porządkować emocje, kiedy próbuje się je zamknąć w definicjach i kategoriach, coś istotnego zaczyna się wymykać, coś, co być może jest właśnie istotą tego, co dzieje się między ludźmi, choć nie daje się tego łatwo uchwycić w języku.
I zostaje w tym wszystkim jeszcze to dziwne wrażenie, że każda relacja, niezależnie od tego, jak długo trwa i jak bardzo wydaje się znana, wciąż zawiera w sobie przestrzeń, która pozostaje nieoswojona, jakby pod powierzchnią codziennych gestów istniał obszar, do którego nie ma pełnego dostępu, nawet jeśli wydaje się, że wszystko zostało już powiedziane i zrozumiane. Właśnie tam, w tej niewypowiedzianej warstwie, dzieje się coś, czego nie da się ani zatrzymać, ani do końca opisać, coś, co pozostaje w ruchu nawet wtedy, gdy wszystko inne próbuje udawać spokój.



Zgadzam się z argumentami zawartymi w Twoim wpisie i uważam, że nie ma żadnej tabeli zgodności dotyczącej dwojga ludzi. I dotyczy to zarówno pozycji społecznej, wykształcenia, światopoglądu, czy w końcu różnicy wieku. Jednak uważam, że ludziom, u których różnica dotycząca wszystkich tych aspektów jest jak najbardziej minimalna, zdecydowanie łatwiej jest przebrnąć przez szare często trudy dnia codziennego i potem w finale mierzyć się ze zwykłą codziennością wtedy, kiedy przeminie już ta pierwsza fascynacja zasłaniająca oczy i zakłócająca czasem zdrowy rozsądek.
OdpowiedzUsuńTeż myślę, że podobieństwo w wielu sprawach potrafi ułatwić wspólne życie, szczególnie kiedy mija pierwszy zachwyt i zaczynają się zwykłe problemy. Z drugiej strony znam pary, które różnią się niemal we wszystkim, a mimo to świetnie się dogadują. Chyba ostatecznie ważniejsze od metryki czy życiorysu jest to, czy dwoje ludzi potrafi ze sobą rozmawiać i iść na kompromisy, kiedy robi się trudniej.
UsuńReguł nie ma i recepty na udany związek też nie ma. Żadne analizy, obserwacje, badania, rady i podpowiedzi nie mają zastosowania, bo każdy związek jest inny.
OdpowiedzUsuńWszystko zależy od tych, którzy go tworzą. Kompromisy po obu stronach, to podstawa, ale też komunikacja, bo bez niej nie da się tworzyć żadnych relacji. Z niedomówień rodzą się domysły, a te potrafią solidnie narozrabiać.
Zdecydowanie łatwiej podejmuje się decyzję o byciu razem, niż o rozstaniu, ale byłoby idealnie, gdyby to też odbyło się z klasą.
Udany związek i dobry partner, to szczęście, to taka trafiona "szóstka", bo życie ma coś z loterii.
Z tą „szóstką” w loterii życia coś jest. Można mieć podobne charaktery, zainteresowania i plany, a mimo to relacja się nie układa, a czasem dwoje zupełnie różnych ludzi potrafi stworzyć naprawdę zgrany związek. I chyba masz rację, że niedomówienia potrafią narobić więcej szkody niż niejeden poważny problem — bo wtedy zamiast zapytać, zaczynamy sobie dopowiadać. A rozstanie z klasą? To chyba jeden z trudniejszych sprawdzianów dla obojga.
UsuńI think they are no rules. I know a few couple that got married very young (both of them young) and have a happy marriage. I know of couples who have an age difference and are very happy. I know of people who got married older in life and are very happy.
OdpowiedzUsuńI also know of people who had no age difference, and had everything one could wish for- ideal material conditions, same culture, same age, ideal time to get married, neither too young nor too old- and yet they ended up getting divorced shortly after the wedding.
There are no rules. Relationships are often a lot of work. They demand emotional maturity and communication to work. However, emotional maturity and age are not the same. I know some very young- eighteen to nineteen year old people who are more mature than those in their forties.
And there is also an element of luck. Some people just met their soul mate and that's that. There are indeed those great love stories where people live for one another and they do not have to even try. However, that does not mean that most people who do have to try are not also in love. Most relationships take work. There are people who have functioning and happy marriages even if they are not madly in love. However, even for them there is the element of luck. Sometimes the relationship falls apart even if it was strong, sometimes there are other factors, sometimes they do not meet in the right time and so on....
I agree with you that there really are no universal rules when it comes to relationships. Age, similar backgrounds or even perfect circumstances can make things easier, but they cannot guarantee that two people will stay together. I also like your point that emotional maturity and age are not the same thing — I’ve met young people who were far more mature than some much older ones. In the end, I think communication, willingness to work on the relationship and a bit of luck all play their part. Sometimes you simply meet the right person at the right time, and sometimes even a strong relationship can fall apart for reasons neither person expected.
UsuńExactly!
UsuńNiedawno kupiłam książkę " Sekrety Płocka", bo jest to miasto, z którym przez wiele lat byłam związana.
OdpowiedzUsuńI pierwsza historia, wprowadzająca, zachęcająca do dalszego czytania. I to wcale nie związana z Płockiem, a z Łąckiem czyli miejscowością niedaleko miasta nad Wisłą.
Spotkali się tam Wiesław Dymny i Anna Dziadyk. I było to spotkanie burzliwe, bo dali sobie po buzi. A jednak zapoczątkowało niesamowity związek. Anna była wtedy młodziutką aktorką, Wiesław dojrzały mężczyzną w dodatku żonatym. Pobrali się po kilku latach, a ich małżeństwo nie trwało długo i zostało przerwane śmiercią Wiesława z niewyjaśnionych przyczyn. A jednak mimo, że dla znajomych aktorów ten związek był dziwny, Anna Dymna wspomina dziś Wiesława jako miłość swojego życia.
To jest właśnie dobry przykład na to, jak bardzo życie potrafi zaskoczyć i jak trudno z boku oceniać, czy dwoje ludzi do siebie pasuje. Historia Dymnego i Anny Dymnej pokazuje też, że nawet relacja, która dla innych wygląda dziwnie czy burzliwie, może mieć dla tych dwojga zupełnie inne znaczenie. Czasem chyba dopiero po latach człowiek naprawdę rozumie, co było dla niego najważniejsze.
UsuńBardzo ciekawy punkt widzenia jak i argumenty. Ja mam wrażenie, że jak człowiek jest bardzo młody to zupełnie inaczej patrzy na różnice wieków, szczególnie widzę to po sobie, że mają 20 lat związek z różnica większą niż 2 lata byl dla mnie nie do przeskoczenia. Wydawało mi się, że najlepiej mi będzie spotykać się z rówieśnikami niż z kimś o wiele starszym ode mnie. Jednak życie pokazało mi, że to nie wiek to tylko liczba i nie chodzi o to ile kto ma lat, tylko jak zgrane są charaktery, czy ta druga osoba ma do nas szacunek, liczy się umiejętnośc komunikacji, a nie ciągle obrażanie i ciche dni. I moja młodsza ja pewnie by nie uwierzyła jakbym jej kiedyś powiedziała, że zbuduje wspaniała relacje z partnerem starszym ode mnie o 9 lat, a pierwszy związek z różnica miesiąca po kilku latach się rozpadnie.
OdpowiedzUsuńWłaśnie życie najlepiej weryfikuje nasze wcześniejsze przekonania. W wieku 20 lat dziewięć lat różnicy może się wydawać przepaścią, a kilka lat później człowiek patrzy na to zupełnie inaczej. Podoba mi się też to, że zwróciłaś uwagę na komunikację i szacunek, bo bez tego nawet bardzo podobny wiek niewiele pomoże. Czasem dopiero kolejne związki pokazują nam, czego naprawdę potrzebujemy od drugiej osoby i że nasze wcześniejsze „zasady” wcale nie muszą być trafne.
UsuńCiekawe spojrzenie z tym, że spotykamy człowieka, który jest w jakiś sposób naszym zwierciadłem i ma coś ujawnić, nigdy w ten sposób i tym nie myślałam.
OdpowiedzUsuńMoim zdaniem związku nie da się ubrać w żadne normy, tym bardziej nie ma idealnej różnicy wieku
Też nie patrzyłem kiedyś na relacje w ten sposób, ale z czasem zauważyłem, że niektórzy ludzie naprawdę potrafią nam pokazać coś o nas samych, czego wcześniej nie dostrzegaliśmy. I zgadzam się, że próba ustalenia jednej właściwej różnicy wieku nie ma większego sensu. Ostatecznie ważniejsze jest chyba to, co dwoje ludzi wnosi do relacji i jak się ze sobą czują, niż liczba w metryce.
Usuń