Masaż tantryczny a bliskość z własnym ciałem

 


 Coraz trudniej znaleźć dziś przestrzeń, w której człowiek naprawdę spotyka samego siebie. Nie w ekranie telefonu, nie w kolejnej motywacyjnej książce, nie w mediach społecznościowych pełnych wyretuszowanych emocji i starannie wyreżyserowanych uśmiechów. Prawdziwe spotkanie z własnym wnętrzem stało się czymś niemal egzotycznym w świecie, który nauczył nas nieustannego biegu, niekończącej się produktywności i życia w permanentnym rozproszeniu. Od rana do wieczora jesteśmy bombardowani bodźcami, informacjami, oczekiwaniami i cudzymi historiami, aż w pewnym momencie przestajemy słyszeć własne myśli. Jeszcze gorzej, przestajemy odczuwać własne ciało.

Ciało przez lata staje się dla wielu ludzi jedynie narzędziem do wykonywania obowiązków. Ma wstać rano, dotrzeć do pracy, przetrwać kolejny dzień, nie chorować i nie przeszkadzać. Traktujemy je jak maszynę, której obecność zauważamy dopiero wtedy, gdy zaczyna boleć. Zadziwiające, jak bardzo potrafimy oddzielić się od samych siebie. Potrafimy znać na pamięć cudze opinie, śledzić życie obcych ludzi, analizować światowe wydarzenia, a jednocześnie nie mieć pojęcia, co dzieje się we własnym wnętrzu. Nie wiemy, gdzie kończy się napięcie, a zaczyna lęk. Nie rozumiemy, dlaczego od miesięcy czujemy zmęczenie mimo odpoczynku. Nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie, kiedy ostatni raz byliśmy naprawdę obecni we własnym życiu.

Patrząc na współczesny świat, coraz częściej odnoszę wrażenie, że żyjemy w epoce ogromnego głodu bliskości. Paradoks polega jednak na tym, że nie chodzi wyłącznie o bliskość z drugim człowiekiem. Znacznie głębszy problem dotyczy utraty kontaktu z samym sobą. Ludzie tęsknią za spokojem, ale nie potrafią usiedzieć w ciszy. Marzą o autentyczności, lecz każdego dnia zakładają kolejne maski. Szukają ukojenia, a jednocześnie nieustannie uciekają od własnych emocji. W tym wszystkim ciało staje się niemym świadkiem wszystkich przemilczanych historii, niewypowiedzianych lęków i niewidzialnych ran.

Być może właśnie dlatego tak wiele osób zaczyna interesować się praktykami, które jeszcze kilka lat temu wydawały się czymś niszowym, niezrozumiałym albo owianym tajemnicą. W świecie pełnym hałasu rośnie potrzeba zatrzymania się. W świecie przepełnionym powierzchownością coraz więcej ludzi zaczyna szukać głębi. Nie dlatego, że nagle stali się bardziej uduchowieni. Raczej dlatego, że są zmęczeni. Zmęczeni ciągłym udawaniem, ciągłym napięciem i nieustannym poczuciem, że gdzieś po drodze zgubili samych siebie.

Masaż tantryczny od lat budzi skrajne emocje. Jedni widzą w nim coś kontrowersyjnego. Inni przypisują mu niemal mistyczne znaczenie. Jeszcze inni podchodzą do niego z ciekawością, próbując zrozumieć, dlaczego wokół tej praktyki narosło tyle mitów, niedomówień i sprzecznych opinii. Sam fakt, że temat wywołuje tak silne reakcje, mówi o nas więcej niż mogłoby się wydawać. Pokazuje, jak bardzo współczesny człowiek jest rozdarty pomiędzy potrzebą bliskości a lękiem przed nią. Jak bardzo pragniemy być widziani, a jednocześnie boimy się odsłonić. Jak desperacko szukamy połączenia z własnym wnętrzem, choć często nie potrafimy nawet nazwać tego pragnienia.

Najbardziej fascynujące nie jest jednak samo zjawisko, lecz to, co dzieje się w ludzkiej psychice, gdy znika codzienny pancerz. Kiedy na chwilę przestają mieć znaczenie stanowiska, sukcesy, liczby na koncie, role społeczne i wszystkie etykiety, które nosimy każdego dnia. Pozostaje wtedy coś znacznie bardziej kruchego. Człowiek sam na sam ze swoim oddechem, emocjami, wspomnieniami i historią zapisaną głęboko pod powierzchnią świadomości. Historią, której często nie chcemy oglądać, bo wymagałaby zatrzymania się i spojrzenia w miejsca od dawna omijane wzrokiem.

Nieprzypadkowo tak wiele osób opisuje podobne doświadczenia jako konfrontację z samym sobą. Nie z wyidealizowaną wersją własnej osoby, którą pokazujemy światu, ale z tą prawdziwą. Zmęczoną, niepewną, czasem zagubioną. Z tą, która przez lata nauczyła się funkcjonować w trybie przetrwania. Pod warstwami codziennych obowiązków kryją się bowiem emocje, których nie da się całkowicie uciszyć. Można je ignorować, można je zagłuszać pracą, rozrywką albo nieustannym pośpiechem, ale one pozostają. Czekają cierpliwie gdzieś w tle, zapisane w napięciu mięśni, w oddechu, w sposobie poruszania się przez świat.

Właśnie dlatego rozmowa o bliskości z własnym ciałem staje się dziś czymś znacznie ważniejszym niż kolejny modny trend. Dotyka bowiem fundamentalnego pytania o to, kim jesteśmy, gdy przestajemy odgrywać role. Kim jesteśmy wtedy, gdy milknie cały zewnętrzny hałas. Co pozostaje, gdy człowiek na moment odwraca wzrok od świata i kieruje go ku sobie. W epoce nieustannego pośpiechu może to być jedno z najbardziej niepokojących, ale jednocześnie najbardziej fascynujących doświadczeń. Bo czasami największa podróż nie prowadzi przez odległe kraje ani egzotyczne miejsca. Czasami prowadzi przez własne wnętrze, którego przez lata nie mieliśmy odwagi naprawdę zobaczyć.



 O wiele ciekawsze od samych opowieści o masażu tantrycznym wydaje się to, co dzieje się w człowieku długo przed przekroczeniem progu gabinetu i długo po jego opuszczeniu. Największy ciężar tego doświadczenia nie leży przecież w samym dotyku, lecz w całej psychologicznej konstrukcji oczekiwań, lęków, wyobrażeń i pragnień, które człowiek niesie ze sobą niczym niewidzialny bagaż. Niewiele jest obszarów życia równie mocno obudowanych sprzecznościami jak relacja z własnym ciałem. Żyjemy w czasach nieustannego eksponowania cielesności, a jednocześnie w czasach niezwykłego oddalenia od niej. Widzimy tysiące ciał każdego dnia, lecz coraz rzadziej naprawdę czujemy własne. Mówimy o wolności, akceptacji i otwartości, a jednocześnie wielu ludzi przez całe lata funkcjonuje w stanie cichej wojny z samymi sobą, ukrywając pod codziennym uśmiechem wstyd, napięcie, poczucie niedoskonałości i niewypowiedziane pragnienie bycia przyjętym bez warunków.

Najbardziej fascynujące jest to, jak bardzo człowiek potrafi oswoić swoje wewnętrzne oddzielenie. Przyzwyczaja się do niego tak skutecznie, że przestaje je zauważać. Budzi się rano, wykonuje wszystkie obowiązki, prowadzi rozmowy, realizuje plany, śmieje się przy znajomych, publikuje zdjęcia, buduje swój wizerunek, a gdzieś głęboko pozostaje kimś obcym dla samego siebie. Ciało staje się narzędziem do przemieszczania się między kolejnymi zadaniami, podczas gdy emocje zamieniają się w hałas, który najłatwiej zagłuszyć kolejną aktywnością. W takim świecie nawet zwykła chwila zatrzymania zaczyna przypominać coś niepokojącego. Cisza staje się niewygodna. Bezruch staje się podejrzany. Kontakt ze sobą samym zaczyna przypominać spotkanie z dawno niewidzianym krewnym, którego twarz wydaje się znajoma, lecz którego historii już prawie się nie pamięta.

Patrząc na ludzi można odnieść wrażenie, że przez całe życie szukają różnych dróg prowadzących do tego samego miejsca. Jedni próbują odnaleźć siebie w pracy, inni w związkach, kolejni w podróżach, sukcesach, duchowości albo niekończącej się pogoni za nowymi doświadczeniami. Za każdym razem wydaje się, że rozwiązanie znajduje się tuż za kolejnym zakrętem. Jeszcze jeden awans. Jeszcze jedna relacja. Jeszcze jedno przeżycie. Jeszcze jeden początek. Tymczasem gdzieś pod tym wszystkim często kryje się ta sama tęsknota. Tęsknota za chwilą, w której nie trzeba już niczego udowadniać ani zdobywać. Za momentem, w którym można po prostu być.

Paradoks polega na tym, że człowiek najbardziej boi się właśnie tego, czego najbardziej pragnie. Marzy o bliskości, lecz ucieka przed odsłonięciem własnej prawdy. Pragnie akceptacji, lecz nieustannie buduje kolejne maski. Chce zostać zauważony, ale starannie ukrywa wszystko, co mogłoby zostać naprawdę zobaczone. W tym sensie całe życie wielu osób przypomina niekończące się przedstawienie. Role zmieniają się wraz z wiekiem, lecz scenariusz pozostaje zaskakująco podobny. Wciąż gramy kogoś silniejszego, bardziej pewnego siebie, bardziej poukładanego niż jesteśmy w rzeczywistości. Wciąż negocjujemy ze światem warunki własnej wartości.

Najbardziej przejmujące bywają jednak momenty, gdy ta konstrukcja zaczyna pękać. Nie spektakularnie. Nie w wielkich dramatach. Raczej cicho. W zwyczajnych chwilach. W środku nocy. W samotnym spacerze. W nagłym zmęczeniu. W spojrzeniu w lustro, które niespodziewanie trwa o kilka sekund za długo. Wtedy pojawia się pytanie, którego nie da się już zagłuszyć kolejnym zajęciem. Pytanie o to, kim jesteśmy pod warstwą wszystkich historii, które opowiadamy o sobie światu.

W ludzkiej psychice istnieje niezwykła zdolność do tworzenia iluzji. Potrafimy przez lata wierzyć, że wszystko jest w porządku, choć każdy kolejny dzień coraz wyraźniej pokazuje coś przeciwnego. Potrafimy przekonywać siebie, że nie potrzebujemy bliskości, podczas gdy całe nasze zachowanie krzyczy o samotności. Potrafimy mówić o niezależności, jednocześnie rozpaczliwie potrzebując czyjejś obecności. Potrafimy deklarować wolność, będąc więźniami własnych lęków. To właśnie te sprzeczności czynią człowieka tak fascynującym i tak trudnym do zrozumienia.

Czasami odnoszę wrażenie, że większość ludzi nie szuka szczęścia. Szuka raczej potwierdzenia, że ich życie ma sens. Nawet jeśli ten sens jest kruchy, niepewny i chwilowy. Dlatego tak łatwo przywiązujemy się do symboli, rytuałów i doświadczeń, które obiecują choćby krótkotrwałe poczucie spójności. Potrzebujemy znaków, które powiedzą nam, że nie jesteśmy przypadkowym zbiorem myśli, emocji i wspomnień. Że istnieje jakaś ukryta nić łącząca wszystkie rozproszone fragmenty naszej historii.

W tym wszystkim szczególnie poruszające wydaje się ludzkie pragnienie powrotu. Nieustannie wracamy. Do miejsc. Do ludzi. Do wspomnień. Do dawnych wersji samych siebie. Nawet wtedy, gdy wiemy, że przeszłość już nie istnieje. Wracamy, ponieważ pamięć potrafi być bardziej uwodzicielska niż rzeczywistość. W pamięci wszystko staje się bardziej miękkie, bardziej zrozumiałe, mniej ostre. Zapominamy o bólu, a pamiętamy tęsknotę. Zapominamy o rozczarowaniach, a pamiętamy nadzieję. Zapominamy o końcu, a pamiętamy początek.

Może właśnie dlatego człowiek tak często znajduje się pomiędzy. Pomiędzy tym, co było, a tym, co dopiero nadejdzie. Pomiędzy potrzebą bezpieczeństwa a głodem wolności. Pomiędzy pragnieniem bliskości a lękiem przed nią. Pomiędzy tym, co pokazuje światu, a tym, co ukrywa nawet przed sobą. I być może właśnie w tej przestrzeni zawieszenia kryje się coś najbardziej ludzkiego. Nie w odpowiedziach. Nie w rozwiązaniach. Nie w wielkich odkryciach.

Raczej w tym cichym napięciu, które pozostaje, kiedy gasną wszystkie gotowe definicje, a człowiek zostaje sam ze swoim oddechem, wspomnieniami i niepokojącym poczuciem, że pod warstwą codziennych historii istnieje jeszcze coś, czego do końca nie potrafi nazwać, choć od zawsze przeczuwa jego obecność.



 Masaż tantryczny nie zaczyna się od dotyku, choć właśnie dotyk zwykle zostaje w pamięci jako pierwszy. Zaczyna się znacznie wcześniej, w tej cienkiej warstwie rzeczywistości, w której człowiek jeszcze nie wie, czy bardziej przyciąga go ciekawość, czy niepokój. Już sama decyzja o przyjściu niesie w sobie pewne pęknięcie codziennej narracji o sobie, jakby na moment ktoś przestawał udawać, że wszystko da się kontrolować. Wchodząc w tę przestrzeń, człowiek nie wchodzi jedynie do miejsca, ale też w pewien stan zawieszenia pomiędzy tym, co znane, a tym, co wymyka się prostym kategoriom.

Pierwsze spotkanie ma w sobie coś z nieśmiałego testowania granic własnego komfortu. Zwykła rozmowa, która z zewnątrz mogłaby wydawać się formalnością, w rzeczywistości pełni rolę delikatnego odsłaniania napięć, które człowiek nosi w sobie często od lat. Słowa padają powoli, czasem zbyt ostrożnie, jakby każde z nich mogło uruchomić coś, czego nie da się już cofnąć. W tym etapie nie ma jeszcze żadnej fizyczności, ale ciało już zaczyna reagować, jakby rozpoznawało, że zbliża się coś, co wykracza poza zwykły rytm codziennych interakcji. Pojawia się subtelna niepewność, która nie domaga się natychmiastowego rozwiązania, lecz raczej zostaje w tle jako ciche napięcie.

Kiedy rozmowa powoli gaśnie, a słowa przestają być potrzebne, pojawia się przejście, które trudno nazwać wyraźnym początkiem czegokolwiek. To moment, w którym człowiek zaczyna bardziej wracać do siebie niż do zewnętrznego świata. Ciało staje się pierwszym językiem, który zaczyna mówić. Oddech zmienia swój rytm, nieco się pogłębia, jakby próbował odnaleźć stabilność w nowej sytuacji. To jeszcze nie jest dotyk, raczej przygotowanie na jego możliwość, stan, w którym świadomość zaczyna przesuwać się z głowy w kierunku ciała.

Pierwszy kontakt ma często charakter niezwykle powolny i uważny, niemal ceremonialny w swojej prostocie. Nie chodzi o technikę w sensie mechanicznym, ale o sposób obecności. Człowiek leży i zaczyna doświadczać czegoś, co w codziennym życiu jest niemal nieobecne, czyli bycia dotykanym bez konieczności reagowania, bez obowiązku odwzajemniania, bez natychmiastowej interpretacji. W tym miejscu pojawia się szczególna forma bezbronności, która nie jest słabością, lecz raczej chwilowym zawieszeniem kontroli. Ciało zaczyna odpowiadać na ten dotyk w sposób, który nie zawsze jest przewidywalny, jakby przypominało sobie coś, co zostało dawno zapomniane.

Z czasem dotyk staje się bardziej obecny, obejmuje kolejne partie ciała, ale nie w sposób gwałtowny czy chaotyczny. Raczej przypomina to stopniowe oswajanie przestrzeni, w której nic nie jest pomijane, a jednocześnie nic nie jest wymuszane. Pojawia się wrażenie, że ciało przestaje być sumą fragmentów, a zaczyna funkcjonować jako całość, choć dla umysłu jest to doświadczenie nieco trudne do uchwycenia. Myśli często próbują jeszcze ingerować, analizować, oceniać, ale z każdym kolejnym momentem ich głos staje się mniej dominujący, jakby traciły grunt pod nogami.

W pewnym momencie granica pomiędzy tym, co fizyczne, a tym, co emocjonalne, zaczyna się zacierać w sposób, który trudno jednoznacznie opisać. W ciele mogą pojawić się napięcia, które wcześniej były niewidoczne, mogą też pojawić się reakcje emocjonalne, które nie zawsze mają wyraźne źródło. Smutek, ulga, rozluźnienie, czasem śmiech lub łzy, wszystko to może pojawiać się nie jako coś zaplanowanego, ale jako naturalna odpowiedź na długotrwałe napięcie, które znajduje ujście. Nie jest to proces liniowy, raczej przypomina falowanie, w którym nic nie pozostaje w jednym stanie zbyt długo.

W miarę jak masaż się pogłębia, zmienia się również sposób odczuwania własnego ciała. To, co na początku mogło wydawać się obce lub nie w pełni obecne, zaczyna być bardziej wyraźne, jakby ciało odzyskiwało swoją utraconą ciągłość. Oddech staje się ważniejszy niż myśli, a chwile ciszy między kolejnymi odczuciami zaczynają nabierać znaczenia. W tym etapie często pojawia się specyficzne poczucie zanurzenia, w którym człowiek nie tyle „coś przeżywa”, co raczej pozwala, aby doświadczenie działo się przez niego, bez potrzeby jego kontrolowania.

Zdarza się, że pojawia się intensywniejsza energia odczuwana w ciele, czasem subtelna, czasem bardziej wyraźna, która niekoniecznie ma jednoznaczny kierunek. Może wywoływać zarówno spokój, jak i pobudzenie, ale w obu przypadkach pozostaje czymś, co nie jest wymuszane, lecz raczej odkrywane. W tym miejscu doświadczenie przestaje być już tylko fizyczne, a zaczyna obejmować również sposób, w jaki człowiek odnosi się do siebie samego, do swojej wrażliwości, do granic, które wcześniej wydawały się oczywiste.

Kiedy masaż zbliża się do końca, nie ma wyraźnego momentu zatrzymania, raczej stopniowe wycofywanie intensywności. Dotyk staje się coraz subtelniejszy, aż w pewnym momencie ustępuje miejsca ciszy, która nie jest pustką, lecz raczej przestrzenią, w której wszystko, co się wydarzyło, zaczyna się układać na nowo. Ciało pozostaje jeszcze przez chwilę w stanie szczególnej otwartości, jakby nie chciało od razu wracać do zwykłego trybu funkcjonowania.

Najbardziej niedocenianą częścią całego procesu jest moment po wszystkim, kiedy człowiek powoli wraca do ubrania, do słów, do codziennej formy siebie. Na zewnątrz niewiele się zmienia, ale wewnątrz często zachodzi subtelne przesunięcie, którego nie da się łatwo nazwać. Jakby coś w sposobie odczuwania siebie zostało lekko poluzowane, nie w sensie utraty kontroli, lecz raczej w sensie większej przestrzeni, która nie domaga się natychmiastowego zrozumienia.

I być może właśnie w tym tkwi najbardziej charakterystyczny rys całego doświadczenia, że nie kończy się ono tam, gdzie kończy się dotyk, lecz pozostaje jeszcze przez jakiś czas w człowieku, w sposób trudny do uchwycenia, bardziej jako echo niż jako konkretne wspomnienie, które powoli rozprasza się w codzienności, nie znikając całkowicie, lecz zmieniając sposób, w jaki człowiek wraca do samego siebie.




 Pozostaje jeszcze ten szczególny rodzaj ciszy, który pojawia się wtedy, gdy opadają emocje, a człowiek zostaje sam ze sobą bez żadnych świadków, bez dekoracji, bez konieczności odgrywania kolejnej roli. Nie ma już potrzeby niczego udowadniać ani tłumaczyć. Zostaje jedynie oddech, powolny rytm myśli i dziwne wrażenie, że pod powierzchnią codzienności przez cały czas płynie jakiś drugi nurt życia, znacznie głębszy, cichszy i bardziej prawdziwy od wszystkiego, czym zwykle zajmujemy sobie głowę.

Najtrudniej chyba zaakceptować fakt, że człowiek nigdy nie jest tak przewidywalny, jak sam chciałby wierzyć. Potrafi latami budować obraz siebie, a potem jedno doświadczenie, jedno spotkanie, jeden moment nieoczekiwanej szczerości sprawiają, że cała ta konstrukcja zaczyna się chwiać. Nagle okazuje się, że pod warstwą przekonań istnieją emocje, których nie udało się uciszyć. Że pod spokojem mieszka niepokój. Pod pewnością ukrywa się zwątpienie. Pod siłą zmęczenie. Pod obojętnością tęsknota.

Patrząc na ludzi coraz częściej odnoszę wrażenie, że większość życia upływa nam nie na poszukiwaniu prawdy, lecz na negocjowaniu własnych iluzji. Wybieramy te, które pozwalają spokojnie zasnąć. Przywiązujemy się do historii, które czynią rzeczywistość bardziej znośną. Potrzebujemy ich bardziej, niż chcielibyśmy przyznać. Być może dlatego tak trudno spojrzeć na siebie bez filtrów. Bez gotowych interpretacji. Bez wszystkich tych opowieści, które przez lata stały się częścią naszej tożsamości.

Są chwile, kiedy człowiek zaczyna przeczuwać, że niektóre odpowiedzi nigdy nie nadejdą. Nie dlatego, że są ukryte. Nie dlatego, że ktoś je przed nim schował. Po prostu nie istnieją w takiej formie, jakiej oczekuje. Życie rzadko układa się w logiczną całość. Znacznie częściej przypomina zbiór niepowiązanych zdarzeń, którym dopiero po czasie próbujemy nadać znaczenie. Łączymy punkty rozsypane po latach, szukając wzorów tam, gdzie być może były jedynie przypadki. Nadajemy sens spotkaniom, rozstaniom, zachwytom i rozczarowaniom, ponieważ trudno byłoby pogodzić się z myślą, że nie wszystko prowadzi dokądś konkretnie.

Czas płynie niezależnie od naszych planów. Przechodzi przez ludzi jak wiatr przez opustoszałe ulice. Zabiera twarze, głosy, miejsca i emocje, które kiedyś wydawały się niezniszczalne. A jednak coś pozostaje. Nie wspomnienia w ich dosłownej formie. Raczej ślady. Delikatne odciski obecności. Niewidoczne pęknięcia i blizny, które zmieniają sposób patrzenia na świat. Człowiek nie nosi przeszłości w pamięci tak bardzo, jak nosi ją w sobie.

Być może dlatego pewne obrazy wracają niespodziewanie. Zapach, który nagle przypomina odległy dzień. Fragment melodii. Cień światła padający pod odpowiednim kątem. Nagle otwierają się drzwi do miejsc, które wydawały się dawno zamknięte. Wracają ludzie, których już nie ma. Wracają rozmowy, które nigdy nie zostały dokończone. Wracają pytania, które przez lata cierpliwie czekały gdzieś na dnie świadomości.

Najbardziej poruszające jest jednak to, że mimo wszystkich doświadczeń człowiek nigdy całkowicie nie przestaje mieć nadziei. Nawet wtedy, gdy nauczył się ostrożności. Nawet wtedy, gdy wielokrotnie się pomylił. Nawet wtedy, gdy rozczarowanie wydaje się bardziej znajome niż zachwyt. Gdzieś głęboko pozostaje niewielka przestrzeń, której nie udaje się zamknąć. Miejsce, w którym wciąż tli się ciekawość kolejnego dnia, kolejnego spotkania, kolejnej historii.

Wieczorami miasta powoli cichną, okna gasną jedno po drugim, a ludzie wracają do swoich prywatnych światów. Za każdymi drzwiami kryją się niewypowiedziane myśli, przemilczane lęki i marzenia, o których nikt nie usłyszy. Każdy niesie własny ciężar i własną tajemnicę. Każdy próbuje zrozumieć coś, czego do końca zrozumieć się nie da. Każdy na swój sposób szuka drogi do siebie, choć nie zawsze potrafi to nazwać.

Potem przychodzi noc. Spokojna i obojętna wobec ludzkich rozterek. Rozciąga się nad dachami, nad ulicami, nad wszystkimi historiami, które nie znalazły jeszcze zakończenia. Nad pytaniami pozostawionymi bez odpowiedzi. Nad uczuciami, które nie zdążyły wybrzmieć. Nad pragnieniami ukrytymi głęboko pod warstwą codziennych obowiązków.

I gdzieś w tej ciemności, pomiędzy tym, co już minęło, a tym, co dopiero nieśmiało zbliża się z przyszłości, pozostaje człowiek. Nieco bardziej świadomy własnych sprzeczności. Nieco bardziej zmęczony poszukiwaniem pewności. Nieco bliżej tych miejsc w sobie, których przez lata unikał. Stoi na granicy między poznanym a nieznanym, wsłuchując się w ledwie uchwytny szmer czegoś, co być może zawsze było obok, lecz dopiero teraz staje się słyszalne, jak odległy dźwięk dochodzący zza horyzontu, z miejsca, którego nie sposób zobaczyć, a mimo to trudno przestać o nim myśleć.

Komentarze

  1. Na zwykłe masaże uczęszczam natomiast na tego typu jeszcze nie miałem okazji być.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie jest dokładnie odwrotnie, zwykły masaż to coś, co robię rzadko, a jak już, to raczej z potrzeby niż dla przyjemności, więc tym bardziej te „nietypowe” brzmią trochę jak inny świat. Zastanawiam się tylko, czy to faktycznie duża różnica w odczuciach, czy bardziej kwestia nazwy i marketingu. Bo szczerze, czasem mam wrażenie, że człowiek sam sobie zamyka drzwi do nowych rzeczy tylko dlatego, że brzmią „dziwnie” na pierwszy rzut oka.

      Usuń
  2. Przyznam się szczerze, że nigdy nie miałam masaży :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę mnie to nawet zdziwiło, bo mam wrażenie, że masaże to dziś coś tak „oczywistego”, że prawie każdy kiedyś próbował. Ja sam długo się przed tym wzbraniałem, bo zawsze było „a to chyba nie dla mnie”, „trochę dziwne leżeć tak i ktoś mnie ugniata”.

      Ale z drugiej strony zastanawiam się, czy to naprawdę taka wielka strata, czy po prostu jeden z tych tematów, które bardziej kręcą się wokół mody na relaks niż realnej potrzeby.

      Usuń
  3. Mam złe doświadczenia z masażu ;) Kiedyś dostałam talon na takową "przyjemność" i jakoś to zniosłam, ale drugi raz tego nie powtórzę. Dla mnie taki dotyk to przekroczenie mojej bariery intymności. Może inni lubią, ja niekoniecznie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie bardzo dobrze, że o tym piszesz, bo często masaże przedstawia się jako coś, co powinno podobać się każdemu. A przecież dla niektórych taki bliski kontakt z obcą osobą jest zwyczajnie niekomfortowy i trudno się temu dziwić. Sama idea relaksu jest przecież bardzo indywidualna, jeden wybierze masaż, a drugi spacer, książkę czy ciszę.

      Usuń
    2. Ano właśnie, ja zdecydowanie wolę spacery, książkę czy granie w przygodówki ;)

      Usuń
    3. Też mam wrażenie, że te „proste rzeczy” typu spacer czy dobra książka zaczynają być trochę niedoceniane, bo wszędzie się promuje jakieś bardziej intensywne formy spędzania czasu. A przecież to właśnie one najbardziej potrafią człowieka wyciszyć. Ale zastanawiam się, czy to nie jest trochę kwestia etapu w życiu — bo może są momenty, kiedy potrzebujemy spokoju, a są też takie, kiedy ciągnie nas do większej dawki bodźców.

      Usuń
  4. Anonimowy10/6/26 21:11

    Muszę znów poprosić o jakiś termin. Korzystałam i byłam zachwycona, nawet pisałam o tym na blogu. Ale zapomniałam... Wkręciłam się w wir pracy...
    Dziękuję za pzypomnienie o tej cudowności...
    Pozdrawiam, Pola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam tak, że czasem coś mnie totalnie zachwyci, a potem w codziennym biegu po prostu wypada z głowy i człowiek dopiero po czasie „o rany, przecież to było takie dobre”. I trochę szkoda, bo właśnie takie drobne rzeczy potrafią najbardziej poprawić nastrój. Z drugiej strony zastanawiam się, czy to nie jest trochę normalne, że pamięć selektywnie wycina nawet fajne doświadczenia, kiedy życie przyspiesza.

      Usuń
  5. Myślę, ze masaż tantryczny wzbudza zainteresowanie na zasadzie, że oto coś znowu egzotycznego. Tak było wiele lat temu, gdy rosła w Polsce popularność technik jogi i pranajamy. Na spotkania i ćwiczenia w pierwszym rzucie przychodziły tłumy. Dzisiaj to już nie jest takie egzotyczne. Problem polega na tym, że nie każdemu wszystko akurat pasuje czy też jest potrzebne, ale skoro moda, to idą, stosują, testują. Ale nie ma panaceum na duchową pustkę, pogoń za szczęściem i deficyt sensu życia. Mam wrażenie, że wielu ludzi arefleksję - co bywa jednak wysiłkiem - chcą zastąpić jakąś techniką, która "załatwi" im poczucie sensu i da klucz do własnego wnętrza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że co jakiś czas pojawia się nowy trend, który obiecuje większą świadomość, spokój albo odnalezienie siebie, a potem okazuje się, że to jednak bardziej skomplikowane. Z drugiej strony nie jestem pewien, czy to zawsze kwestia mody — czasem takie techniki mogą być po prostu narzędziem, a nie gotową odpowiedzią na wszystkie problemy. Największy kłopot chyba zaczyna się wtedy, gdy ktoś oczekuje szybkiego rozwiązania czegoś, nad czym trzeba pracować latami.

      Usuń
  6. ciekawe rozdarcie pomiędzy potrzebą bliskości, byciem widziani, a lękiem przed realizacją. To prawda że podróż wgłąb siebie może być ekscytującą podróżą. Carl Gustav Jung ma kilka pasujących do posta cytatów:

    "Kto patrzy na zewnątrz, śni; kto patrzy do wewnątrz, budzi się”.
    "„Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono rządziło twoim życiem, a ty będziesz nazywał to przeznaczeniem”.

    Łatwiej mówić o niezależności, jednocześnie jest potrzeba, bliskości, obecności. Prawda jest taka że lęk, zwłaszcza gdy doznało sie cierpienia utrudnia otwarcie się na drugiego człowieka, kolejna sprawa to umiejętności brania i dawania. Możemy dać samemu sobie wiele ale czy wszystko? Są usługi ale czy wszystko można kupić czy jest to jakaś proteza, erzac?
    Logiczne że człowiek szuka szczęścia ale czy potrafi sie otworzyć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym „budzeniem się do wewnątrz” to mam trochę mieszane uczucia, bo z jednej strony brzmi to bardzo prawdziwie, a z drugiej łatwo się w tym zgubić i zacząć analizować siebie bez końca. Czasem mam wrażenie, że im bardziej ktoś „wchodzi w siebie”, tym trudniej mu potem normalnie być z innymi, bez tego całego ciężaru interpretowania wszystkiego. I to napięcie między bliskością a lękiem faktycznie jest chyba jednym z trudniejszych tematów w relacjach — tylko czy da się je całkiem „rozwiązać”, czy raczej uczymy się z nim żyć?

      Usuń
  7. Zgadzam się z Tobą, że coraz trudniej znaleźć przestrzeń, w której można prawdziwie spotkać siebie. Prawda jest taka, że ​​od rana do wieczora jesteśmy bombardowani reklamami, bodźcami, informacjami, oczekiwaniami, negatywnymi wiadomościami i tym podobnymi… Łatwo się w tym wszystkim zatracić.
    Dusza nie potrzebuje telefonu komórkowego, wiadomości ani stu innych rzeczy… Dusza potrzebuje szczerości… odwagi, by zajrzeć w głąb siebie… i zadać sobie pytanie: Co mogę zmienić? Co robię źle?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niby się z tym zgadzam, bo faktycznie ten szum informacyjny jest momentami przytłaczający i trudno złapać chwilę ciszy. Ale z drugiej strony mam wrażenie, że łatwo wpaść w narrację, że „kiedyś było lepiej i spokojniej”, a to chyba nie do końca takie proste. Zastanawiam się też, czy ta cała „cisza dla duszy” nie bywa czasem ucieczką od zwykłych, bardzo przyziemnych spraw, które też trzeba ogarnąć, a nie tylko medytować nad nimi

      Usuń
    2. Rekla bih da je jedno i drugo odraz jedne istine. S jedne stane, duši je doista potreban mir. Možemo pronaći te trenutke u kojima se možemo povezati sa stvarima onkraj ovog svijeta. S druge strane, ne smijemo zanemariti svoje obaveze i dužnosti. Ostvarujemo se ispunjavanjem svojih dužnosti, ne njihovim zanemarivanjem.

      Rekla bih da je potrebno pronaći nekakav balans to jest ravnotežu. Trenuci odmora su potrebni, ali potrebno je i raditi. Odvajati vrijeme za odmor kada je vrijeme za rad nije dobro. No, nije dobro ni izgorjeti na poslu. Treba nam ravnoteža, a ona je možda stvar mudrosti i iskustva.

      Usuń
    3. Slažem se s tobom — ta ravnoteža o kojoj govoriš stvarno zvuči kao nešto jednostavno, ali u praksi je često puno teže nego što izgleda. Nekad imam osjećaj da ljudi previše idu u krajnosti, ili samo rade ili samo bježe u mir, kao da ne postoji sredina. A ta “sredina” zapravo traži dosta samosvijesti, možda i više nego što mislimo.

      Zanimljivo mi je ovo što kažeš za dušu i mir — ali me uvijek zanima gdje točno povlačimo granicu između zdravog odmora i bijega od stvarnosti? Jesi li i ti ikad imala osjećaj da balans postoji samo u teoriji, a u stvarnom životu stalno ga iznova tražimo?

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Kurier nie dostarcza paczek

Zabójcze buty

Auto bez prawa jazdy