Parada Smoków w kryzysie. Rozczarowanie, chaos i utracony klimat Krakowa
Zaczyna się to zawsze od obietnicy, która w Krakowie ma szczególny ciężar, bo tu każda obietnica wielkiego wydarzenia niesie ze sobą nie tylko program, plakaty i harmonogram, ale też całą pamięć miasta o tym, jak kiedyś potrafiło oddychać wspólnym rytmem. Wianki i Parada Smoków nie są zwykłymi imprezami w kalendarzu, one przez lata stały się czymś w rodzaju miejskiego rytuału, powtarzalnego jak oddech Wisły, jak wieczorne światło odbijające się od wody, jak zbiorowe oczekiwanie, że przez chwilę wszystko może wyglądać inaczej niż na co dzień. I właśnie dlatego każda zmiana w tym rytuale nie jest tylko zmianą organizacyjną, ale przesunięciem czegoś znacznie bardziej kruchego, czegoś co nie ma swojej oficjalnej nazwy, ale co wszyscy intuicyjnie rozpoznają, kiedy nagle znika.
Wchodzę w te opowieści zawsze z pewnym rodzajem pamięci, nie tylko własnej, ale też cudzej, bo trudno patrzeć na Wianki i Smoki bez całego tego bagażu obrazów, które już się wydarzyły i które wrosły w miejską wyobraźnię jak coś oczywistego. Jest w tym coś niepokojącego, kiedy wydarzenie, które miało być powrotem do wspólnego zachwytu, zaczyna być opisywane językiem rozczarowania, jakby coś, co przez lata działało na poziomie emocji zbiorowej, nagle zaczęło się rozszczelniać, tracić spójność, jakby sama tkanka doświadczenia zaczęła się rozchodzić w różnych kierunkach.
Bo przecież to nigdy nie jest tylko kwestia sceny, programu czy lokalizacji. To zawsze jest coś więcej, coś co dzieje się między ludźmi, między ich oczekiwaniem a tym, co zastają na miejscu. I kiedy słyszy się powtarzające się zdanie o „zepsutych Wiankach” i „zepsutych Smokach”, nie brzmi ono jak prosta skarga, ale jak sygnał pęknięcia w relacji między miastem a jego mieszkańcami, jakby coś, co kiedyś było oczywiste i wspólne, zaczęło wymagać tłumaczenia, uzasadniania, obrony.
W tym wszystkim najbardziej uderza nie sama krytyka, ale jej emocjonalna powtarzalność, ten szczególny ton rozczarowania, który nie jest jednowymiarowy. Bo z jednej strony mamy oficjalne komunikaty, wyjaśnienia, techniczne uzasadnienia zmian, logikę bezpieczeństwa, ograniczeń, analiz i decyzji organizacyjnych, które układają się w racjonalną narrację o konieczności i dostosowaniu do warunków. A z drugiej strony mamy coś, co wymyka się tym kategoriom, coś co nie chce zostać w pełni wyjaśnione, bo dotyczy nie tyle samego wydarzenia, co sposobu jego przeżywania, tego jak tłum staje się wspólnotą albo jak przestaje nią być w momencie, kiedy każdy zostaje trochę sam ze swoim doświadczeniem.
I może właśnie tu zaczyna się najbardziej niewygodna część tej historii, ta która nie daje się łatwo zamknąć w komunikatach prasowych ani w statystykach frekwencji. Bo kiedy tłumy wciąż przychodzą, kiedy bulwary zapełniają się ludźmi, kiedy miasto fizycznie nie jest w stanie pomieścić wszystkich chętnych, to nie znika potrzeba tych wydarzeń, tylko zmienia się sposób ich odbioru, jakby intensywność uczestnictwa zaczęła rozbijać się na pojedyncze, coraz bardziej odseparowane wrażenia.
W tym rozproszeniu pojawia się dziwne napięcie, bo im bardziej wydarzenie próbuje się uporządkować, zabezpieczyć, rozłożyć na strefy, komunikaty i procedury, tym bardziej w doświadczeniu uczestnika zaczyna ono przypominać coś nieciągłego, poszarpanego, jakby zamiast jednego wspólnego spektaklu każdy oglądał jego fragment z innego miejsca, z innej perspektywy, z inną historią w tle. I wtedy nawet smoki, które przez lata były symbolem wspólnego zachwytu, zaczynają funkcjonować w różnych narracjach jednocześnie, jako coś zachwycającego i coś nieuchwytnego, coś co wciąż się wydarza, ale niekoniecznie tam, gdzie wszyscy patrzą.
Wianki z kolei, które miały być powrotem do tradycji i jednocześnie jej współczesną interpretacją, zaczynają w tej percepcji przypominać mozaikę, w której trudno odnaleźć dawną jedność. Rozproszenie scen, wielość punktów programu, zmiana skali i charakteru wydarzenia nie są same w sobie ani dobre, ani złe, ale w odbiorze stają się symptomem czegoś większego, przesunięcia w sposobie myślenia o wspólnym przeżywaniu miasta. I gdzieś pod powierzchnią tej zmiany pojawia się pytanie, które nie zostaje wypowiedziane wprost, ale które wisi w powietrzu między komentarzami, między wspomnieniami, między porównaniami dawnych edycji i obecnych doświadczeń.
Bo może chodzi nie tylko o to, co się zmieniło, ale o to, jak bardzo zmieniła się sama możliwość bycia razem w jednym punkcie emocjonalnym, w jednym wieczorze, w jednym doświadczeniu, które nie wymagało rozpraszania, tłumaczenia, szukania alternatywnych miejsc oglądania. I w tym sensie każde „zepsuli” nie jest tylko oceną, ale też próbą uchwycenia czegoś, co wymyka się prostym kategoriom, jakby słowo miało zatrzymać proces, który już dawno zaczął się rozchodzić w różnych kierunkach.
A jednak nawet w tym rozczarowaniu nie ma jednoznacznego końca, bo te wydarzenia wciąż się odbywają, wciąż przyciągają ludzi, wciąż generują emocje, które nie dają się sprowadzić do jednej narracji. I może właśnie dlatego ta historia nie chce się zamknąć, bo nie dotyczy tylko organizacji, decyzji czy zmian formatu, ale czegoś bardziej ulotnego, co dzieje się pomiędzy oczekiwaniem a doświadczeniem, pomiędzy pamięcią a tym, co właśnie się wydarza, i co już w chwili trwania zaczyna się wymykać, pozostawiając po sobie coś, co trudno nazwać inaczej niż napięciem, które jeszcze długo nie znajduje swojego miejsca.
Najbardziej uderza w tym wszystkim nie sam spór o to, czy smoki powinny latać nad Wisłą w taki czy inny sposób, ani nawet nie to, czy Wianki powinny być jedną wielką sceną czy rozproszoną mozaiką zdarzeń, ale coś znacznie bardziej podskórnego, niemal niewidocznego na pierwszy rzut oka, a jednak stale pulsującego pod powierzchnią tych miejskich rytuałów, jakby całe to napięcie było jedynie objawem głębszego pęknięcia między tym, co ludzie pamiętają, a tym, co im się dziś organizuje w imię bezpieczeństwa, logistyki i nowoczesności. W tej szczelinie między oczekiwaniem a realizacją rodzi się coś, co trudno nazwać inaczej niż zbiorowym rozczarowaniem, choć to słowo jest zbyt płaskie, zbyt uprzejme wobec emocji, które potrafią narastać przez lata i eksplodować w jednym wieczorze, kiedy tłum ludzi stoi po niewłaściwej stronie mostu i nagle odkrywa, że to, co miało być wspólnym doświadczeniem, rozpadło się na indywidualne nieporozumienia, prywatne frustracje i ciche poczucie, że coś zostało im odebrane, choć nikt formalnie niczego nie zabrał.
W tym sensie sytuacja z wydarzeniem organizowanym przez Teatr Groteska i tegoroczną Wielka Parada Smoków nie jest tylko kwestią błędu informacyjnego czy niefortunnej zmiany lokalizacji, ale staje się soczewką, w której skupia się cała współczesna kruchość wydarzeń masowych, gdzie każda decyzja organizacyjna natychmiast styka się z emocjonalnym archiwum uczestników, z ich pamięcią wcześniejszych edycji, z przyzwyczajeniem, które nie jest już tylko przyzwyczajeniem, ale rodzajem rytuału zakodowanego w ciele miasta. Bo przez lata to nie była jedynie parada, to był pewien sposób przeżywania Kraków, moment, w którym przestrzeń publiczna przestawała być funkcjonalna, a zaczynała być symboliczna, niemal baśniowa, i nagle okazuje się, że ten symbol trzeba było przestawić o kilkaset metrów, a wraz z nim przemieściło się całe doświadczenie, które dla wielu było nie do odzyskania.
I właśnie tutaj pojawia się ten osobliwy mechanizm psychologiczny, który powtarza się w takich sytuacjach z zadziwiającą regularnością, jakby ludzie nie tyle reagowali na wydarzenie, ile na jego wspomnienie, które wcześniej sami w sobie skonstruowali. Tłum nie stoi w miejscu dlatego, że nie otrzymał informacji, ale dlatego, że jego pamięć o miejscu jest silniejsza niż jakakolwiek aktualizacja komunikatu. Most Dębnicki, zakole Wisły, konkretna perspektywa, z której przez lata oglądało się spektakl, staje się czymś więcej niż lokalizacją, staje się emocjonalnym punktem odniesienia, a kiedy ten punkt zostaje przesunięty, pojawia się wrażenie dezorientacji, które łatwo pomylić z zaniedbaniem organizacyjnym, choć w istocie jest to zderzenie dwóch porządków rzeczywistości, tego zapamiętanego i tego zaprojektowanego na nowo.
Podobny mechanizm, choć w innej skali, widać w dyskusji wokół Wianki, które przez lata były czymś więcej niż tylko wydarzeniem muzycznym, były pewnym wspólnym rytmem miasta, momentem, w którym różne warstwy społeczne nakładały się na siebie w jednym punkcie doświadczenia, przy jednej scenie, w jednym dźwięku, który rozchodził się nad Wisłą jak sygnał, że przez chwilę wszyscy uczestniczą w tym samym czasie emocjonalnym. Zmiana formuły, rozproszenie scen, zastąpienie jednej dominującej narracji wieloma równoległymi strumieniami wydarzeń nie jest tylko zmianą estetyczną, ale zmianą struktury przeżywania, a ta zmiana nie zawsze jest od razu czytelna dla uczestnika, który przychodzi z pamięcią dawnych Wianków, z obrazem artystów światowego formatu i jednej wspólnej kulminacji, i nagle trafia na przestrzeń, która wymaga od niego czegoś innego, bardziej fragmentarycznego sposobu bycia w wydarzeniu.
I tu zaczyna się najbardziej interesujący, a jednocześnie najbardziej niewygodny wymiar całej tej sytuacji, bo w gruncie rzeczy nie chodzi o to, że coś zostało obiektywnie pogorszone albo poprawione, tylko o to, że zmienił się sposób, w jaki ludzie przetwarzają wspólne doświadczenie. Dawniej wydarzenie było jak centralny ogień, wokół którego gromadził się tłum, dziś staje się raczej siecią mniejszych źródeł światła, które rozchodzą się po mieście, a człowiek, zamiast uczestniczyć w jednym zbiorowym przeżyciu, musi sam zdecydować, gdzie skierować swoją uwagę, co w naturalny sposób generuje poczucie rozproszenia, które łatwo interpretować jako utratę jakości, choć równie dobrze można je czytać jako zmianę formy.
Ale emocje nie lubią takiej neutralności interpretacyjnej. Emocje potrzebują punktu zaczepienia, a kiedy go nie znajdują, zaczynają szukać winnego. I wtedy w komentarzach pojawiają się proste zdania, które brzmią jak diagnozy, choć są raczej wyrazem bezsilności wobec zmiany, która nie daje się łatwo oswoić. „Zepsuli Wianki”, „Zepsuli Smoki” – te frazy nie opisują faktów, one opisują stratę, która nie ma jednoznacznego kształtu, ale jest odczuwalna jak brak czegoś, co kiedyś było oczywiste, a teraz wymaga tłumaczenia, mapy, instrukcji, a nawet wtedy nie daje pełnego poczucia uczestnictwa.
W tym wszystkim najbardziej paradoksalne jest to, że organizatorzy, działając w logice bezpieczeństwa, dostępności i nowoczesnej logistyki, próbują rozwiązać problemy, które dla odbiorcy nie zawsze są problemami technicznymi. Dla instytucji zmiana miejsca to korekta, dla uczestnika to zmiana świata, w którym miał zakodowane emocje. To zderzenie dwóch racjonalności, które nie mają wspólnego języka, choć formalnie mówią o tym samym wydarzeniu. Nawet komunikaty, choć precyzyjne i uzasadnione, nie są w stanie w pełni przebić się przez warstwę przyzwyczajenia, które działa jak niewidzialna infrastruktura emocjonalna miasta.
I być może właśnie dlatego te wszystkie napięcia wokół Smoków i Wianków nie znikają wraz z wyjaśnieniami, bo one nie dotyczą wyłącznie organizacji wydarzeń, ale samej natury zbiorowej pamięci, która zawsze jest trochę spóźniona wobec teraźniejszości. Ludzie nie reagują na to, co widzą, tylko na to, co pamiętają, że powinni zobaczyć, a kiedy te dwie warstwy się rozjeżdżają, powstaje cicha dysonansowa przestrzeń, w której nikt nie ma całkowitej racji, ale każdy ma swoje doświadczenie, równie prawdziwe, choć niekoniecznie zgodne z aktualnym stanem rzeczy.
I może właśnie w tym rozszczelnieniu między pamięcią a aktualnością, między miejscem a jego przesunięciem, między rytuałem a jego rekonstrukcją, kryje się coś, co trudno nazwać wprost, coś, co nie domyka się w żadnym komunikacie prasowym ani w żadnym oświadczeniu, nawet jeśli jest ono najbardziej precyzyjne i empatyczne, coś, co pozostaje w przestrzeni między ludźmi, kiedy wracają do domu po wydarzeniu, które miało być wspólne, a okazało się jednak w pewnym sensie osobno przeżyte, jakby każdy z nich niósł w sobie inną wersję tego samego wieczoru i żadna z tych wersji nie chciała całkiem ustąpić miejsca pozostałym.
I kiedy to wszystko już cichnie, kiedy ostatnie ślady po widowisku zmywa woda Wisły, a miasto wraca do swojego codziennego, nieefektownego rytmu, zostaje coś, co nie daje się tak łatwo posprzątać razem z dekoracjami i barierkami, coś co nie znika wraz z ostatnim komunikatem organizatora ani nawet z kolejną falą komentarzy, które z czasem zamieniają się w szum tła, w cyfrowy osad, który już nikogo nie obchodzi, ale jednak gdzieś tam dalej istnieje, jakby trzymał się krawędzi pamięci. To jest ten moment, w którym wydarzenie przestaje być wydarzeniem, a staje się czymś bardziej rozciągniętym w czasie, jakby dopiero teraz zaczynało się naprawdę, tylko już bez światła, bez tłumu, bez wspólnej perspektywy, w której można było się schować albo zanurzyć.
Zostaje wrażenie przesunięcia, nie samej zmiany, ale właśnie przesunięcia, jakby coś, co było kiedyś stabilne w swojej powtarzalności, nagle nieznacznie, niemal niezauważalnie, ale jednak bezpowrotnie przestało pokrywać się z oczekiwaniem. I to przesunięcie działa później długo po wszystkim, w drobnych wspomnieniach, w przypadkowych rozmowach, w sposobie, w jaki ludzie zaczynają opowiadać o tym samym wieczorze, ale jakby mówili o dwóch różnych miejscach, dwóch różnych emocjach, dwóch różnych wersjach miasta, które przez chwilę tylko udawało, że nadal jest jednym wspólnym doświadczeniem.
Jest w tym coś niepokojąco cichego, bo to nie jest utrata, która ma swój wyraźny moment, swój punkt zerowy, swój dramatyczny gest, tylko raczej powolne rozchodzenie się znaczeń, które jeszcze chwilę temu wydawały się oczywiste. Jakby przestrzeń publiczna zaczynała mówić innym językiem niż pamięć tych, którzy ją wypełniają, a człowiek, stojąc gdzieś na brzegu tej zmiany, nie do końca wie, czy to on nie nadąża, czy to świat przyspieszył w innym kierunku, niż zapamiętał.
I może właśnie dlatego te obrazy wracają później nie jako całość, ale jako fragmenty, oderwane od siebie światła, urwane dźwięki, przypadkowe twarze w tłumie, który już dawno się rozszedł, ale w pamięci wciąż trwa, jakby nie chciał się całkiem rozpuścić. Most, który był pełny i nagle okazał się pusty. Zakole rzeki, które miało być sceną, a stało się tylko przestrzenią. Tłum, który jeszcze chwilę wcześniej był jednością, a potem rozpadł się na indywidualne doświadczenia, które nie chcą się już zsynchronizować.
I w tym rozpadzie nie ma nic spektakularnego, nie ma punktu kulminacyjnego, nie ma nawet wyraźnej granicy, tylko ten specyficzny rodzaj ciszy, który pojawia się zawsze wtedy, kiedy coś, co miało być wspólne, zaczyna istnieć równolegle w wielu wersjach, żadna nie jest fałszywa, ale żadna też nie jest całkowicie pełna. I człowiek zostaje z tym dziwnym poczuciem, że uczestniczył w czymś, co jednocześnie było i nie było tym, czym miało być, jakby samo doświadczenie nie chciało się do końca zadeklarować.
A miasto, jakby nigdy nic, przechodzi dalej, w swoje kolejne dni, w swoje kolejne wydarzenia, które już za chwilę zastąpią poprzednie, bez większego wysiłku, bez emocjonalnej pamięci, która mogłaby utrzymać ciężar tych wszystkich oczekiwań. I tylko czasem, zupełnie przypadkowo, kiedy światło układa się pod pewnym kątem na wodzie, kiedy echo czyjejś rozmowy wraca z opóźnieniem, kiedy ktoś wspomina „tamte Smoki” albo „tamte Wianki”, pojawia się na moment to wrażenie, że coś jeszcze nie zostało domknięte, ale nie wiadomo już nawet, czy powinno zostać domknięte, czy może właśnie w tym niedomknięciu tkwi jego prawdziwa forma, taka, która nie potrzebuje zakończenia, żeby nadal gdzieś w tle trwać, lekko przesunięta względem tego, co właśnie się dzieje.


Poniekąd rozumiem, jednak nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam na takim dużym wydarzeniu w dużym mieście. Moja specjalność to wiejskie imprezy i małe festyny. One są co prawda skromniejsze ale wymaga się od nich również tego co od dużych imprez. Dotrzymywania słowa względem plakatów i dobrej organizacji. Niejednokrotnie trafialiśmy na buble tylko że jeżeli jeden festyn nie wypalił zawsze znalazł się inny który to rekompensował. Nie ma tej powtarzalności... Na wsi co roku każda impreza wygląda zupełnie inaczej 😅
OdpowiedzUsuńBrzmi to trochę jak dwa zupełnie różne światy, choć w sumie chodzi o to samo: dobrą zabawę i ludzi, którzy się spotykają. Mam wrażenie, że te małe festyny mają w sobie coś bardziej „żywego”, nawet jeśli czasem coś nie wypali, to właśnie ta nieprzewidywalność robi klimat. Z drugiej strony duże miejskie wydarzenia mają tę swoją „pewność jakości”, ale często tracą ten trochę chaotyczny urok.
UsuńNo ale co tak naprawdę organizatorzy zmienili? Co poprzesuwali?
OdpowiedzUsuńNie byłam w Krakowie na tych wydarzeniach nigdy, więc trochę takie to zbyt teoretyczne dla mnie, żeby sobie wyobrazić przyczynę frustracji.
I takie pytanie mam - czy chodzi o puszczanie wianków na wodzie, jak to wywodzi się z tradycji nocy świętojańskiej? Czy jakaś inna tradycja?
Natomiast w kwestii rozczarowania, poza różnymi sprzecznościami między obowiązkiem zapewnienia przez organizatorów bezpieczeństwa (jak się domyślam, nie wiem, czy słusznie) a oczekiwaniami uczestników, powiedziałabym, ze to są skutki umasowienia wydarzenia. Dopóki uczestnicy tworzą zwartą znającą się grupę lokalną, każdy faktycznie może bardziej bezpośrednio przeżywać i brać udział. Gdy impreza robi się masowa, trudno o podobne przeżycia i satysfakcję.
Mam w pobliżu rzekę: możemy pójść w kilka osób, uwić wianki z kwiatów i ziół pozbieranych na łąkach, puścić je z nurtem rzeki, patrzeć jak odpływają... Z jednej strony ludzie chcą w czymś uczestniczyć, a z drugiej, oczekują, że ktoś inny im to zorganizuje.
Byłem na tym wcześniej i szczerze mówiąc… kiedyś to wyglądało dużo lepiej, w tym poprzednim miejscu miało to zupełnie inny klimat i jakoś wszystko bardziej „płynęło”. Teraz przenieśli to gdzie indziej i chyba największy problem był taki, że sporo osób w ogóle o tym nie wiedziało i poszło tradycyjnie w stare miejsce, więc zrobił się totalny chaos i komunikacyjna tragedia. Zgadzam się z tym, co piszesz o umasowieniu — tylko tutaj mam wrażenie, że to się jeszcze pogłębiło przez zwykłe niedopilnowanie informacji. I potem ludzie są sfrustrowani, bo zamiast wydarzenia mają bieganie między lokalizacjami i szukanie „gdzie to właściwie jest”. Sama idea wianków i tradycji dalej ma sens, tylko trochę ginie w tym całym zamieszaniu organizacyjnym.
UsuńO tak, braki informacyjne potrafią nieźle namieszać. To powinno być przekazywane dużo wcześniej, żeby informacja dotarła do ludzi.
UsuńZauważyłam, że wielu organizatorów ogranicza się do wrzucenia informacji na FB, a ja na przykład nie korzystam z niego i podejrzewam, że spora część ludzi także nie. Wtedy informacja nie dociera.
Swoją drogą niektórym organizacjom czy instytucjom się wydaje, że jak wrzucą wzmiankę na swojej stronie, to załatwia sprawę. Rozmawiałam kiedyś z panią z biblioteki powiatowej, która żaliła się, że organizują spotkania autorskie, imprezy czytelnicze, a ludzie nie przychodzą. Pytam więc, gdzie umieszczają informacje, zapowiedzi? Okazało się, że tylko na swojej stronie. Nie wyjdą z tym np. w miasto w formie choćby plakatów, nie roześlą mailowo zaproszeń np. do szkół, gdy chodzi o spotkania dla uczniów. No to naprawdę czego się spodziewała? Uważa, że ludzie nie mają nic do roboty, tylko śledzić ich stronę? Pytam czy mają w bazie adresowej e-maile do szkół. Mają. To czego nie roześlą informacji. Cisza... Nikomu się nie chce.
Ja sama mogłabym i chciałabym pójść, posłuchać, może porozmawiać w związku z jakimś wydarzeniem, ale naprawdę nie mam czasu codziennie śledzić zapowiedzi na ich stronie, a z reguły te zapowiedzi pojawiają się zaledwie dwa, trzy dni wcześniej. No sorry, jak się tak traktuje ludzi, to nie dziwne, że zainteresowania brak.
Chaos informacyjny potrafi totalnie zepsuć nawet fajne wydarzenie. Szczerze, wyglądało to bardziej jak organizacyjna katastrofa niż wydarzenie z pomysłem. I trochę się zastanawiam, czy to już nie jest standard, że „kto wie ten wie”, a reszta ma się domyślić? Też mam wrażenie, że FB jako jedyne źródło informacji to dziś za mało, bo to po prostu nie trafia do wszystkich. A potem zdziwienie, że frekwencja słaba… no nie wiem, dla mnie to trochę błędne koło.
UsuńAch, skąd ja to znam :) Brak konkretnych informacji na czas i taka jedna wielka niewiadoma co się zastanie na miejscu... Może to marne pocieszenie, ale w innych miastach lepiej nie jest xD Nie pozostaje nic innego jak zachować wspomnienia i liczyć na to, że w przyszłości coś się zmieni na lepsze.
OdpowiedzUsuńDokładnie, ten brak informacji to chyba największy problem takich rzeczy… człowiek idzie z jakimś nastawieniem, a na miejscu okazuje się, że wszystko wygląda inaczej albo w ogóle nie wiadomo co i gdzie. I trochę mnie zastanawia, czy to faktycznie „tak już musi być”, czy po prostu nikt się nie przykłada do podstaw komunikacji, bo zakładają, że ludzie i tak przyjdą. Z tym „w innych miastach nie jest lepiej” też mam mieszane uczucia — niby pocieszające, ale z drugiej strony brzmi trochę jak przyzwyczajenie się do średnio działającego standardu. A może to jednak my mamy zbyt wysokie oczekiwania i takie eventy nigdy nie będą dobrze ogarnięte?
UsuńMoja siostra z facetem poszli i byli rozczarowani. Niby mieli złe miejsca, bo tam trzeba parę godzin wcześniej zajmować, ale i tak średnio się to im podobało. Ja w ogóle na to nie pojechałem. Może na wianki pójdę?
OdpowiedzUsuńWłaśnie dlatego mam mieszane uczucia do takich dużych imprez. Często człowiek nastawia się na coś wyjątkowego, a potem okazuje się, że pół sukcesu to znalezienie dobrego miejsca kilka godzin wcześniej. Z drugiej strony znam osoby, które wracają zachwycone i twierdzą, że sam klimat robi robotę. Może dużo zależy od oczekiwań? Na Wianki chyba sam bym się skusił bardziej niż na tłum i przepych niektórych wydarzeń.
Usuń