System podatkowy faworyzuje najbogatszych? Czas skończyć z przerzucaniem kosztów na innych
Najbardziej niepokojące w podatkach nie jest wcale to, ile płacimy. Z czasem człowiek przyzwyczaja się nawet do kwot, które jeszcze kilka lat wcześniej wydawały mu się absurdalne. Znacznie bardziej niepokojące jest coś innego. To moment, w którym przestajemy pytać, dlaczego jedni płacą tak dużo, a inni, posiadający majątki niewyobrażalne dla zwykłego człowieka, potrafią legalnie ograniczać swoje zobowiązania do poziomu, przy którym przeciętny pracownik może poczuć się jak sponsor całego systemu. Nie chodzi już wtedy wyłącznie o wysokość podatku. Chodzi o poczucie, że reguły, które obowiązują wszystkich, w praktyce nie obowiązują wszystkich w jednakowym stopniu.
Ten moment przychodzi zwykle bardzo cicho. Nie wtedy, gdy ktoś otwiera przelew z urzędu skarbowego i widzi kwotę potrąconą z pensji. Nie wtedy, gdy przedsiębiorca po raz kolejny próbuje zrozumieć, dlaczego jego koszt pracy, składki i podatki rosną szybciej niż poczucie bezpieczeństwa. Przychodzi raczej wtedy, gdy zaczynamy rozumieć, że człowiek utrzymujący się z pracy nie ma zbyt wielu możliwości negocjowania z systemem. Pensja wpływa na konto, podatek jest pobierany, składki są pobierane, VAT pojawia się przy zakupach, a obowiązek wobec państwa staje się częścią codziennego życia tak oczywistą, że właściwie przestajemy go zauważać. Tymczasem na samym szczycie majątkowej piramidy pieniądz funkcjonuje według zupełnie innej logiki. Nie musi być wynagrodzeniem. Nie musi przyjmować postaci pensji. Nie musi nawet zostać formalnie uznany za dochód, żeby pozwalał finansować życie na poziomie, którego większość ludzi nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić.
Właśnie tutaj zaczyna się problem, którego nie da się sprowadzić do prostego sporu między zwolennikami wysokich podatków a obrońcami niskich podatków. Taka dyskusja jest wygodna, bo pozwala szybko przypisać człowieka do jednego z dwóch obozów. Tymczasem pytanie jest znacznie bardziej niewygodne. Czy system podatkowy rzeczywiście opodatkowuje zdolność do ponoszenia ciężarów publicznych, czy przede wszystkim opodatkowuje tych, których najłatwiej znaleźć? Czy państwo skutecznie pobiera daniny od ludzi, którzy każdego miesiąca dostają wynagrodzenie na konto, podczas gdy wobec osób posiadających ogromne aktywa pozostaje znacznie bardziej bezradne? I wreszcie, czy nadal możemy mówić o równości wobec prawa, jeśli różnica między zwykłym pracownikiem a miliarderem nie polega już tylko na tym, ile pieniędzy mają, lecz również na tym, jak bardzo mogą decydować o tym, kiedy, gdzie i w jakiej formie ich majątek zostanie opodatkowany?
Gabriel Zucman trafia w sam środek tego problemu, ponieważ nie zaczyna od moralnego oburzenia. Zaczyna od konstrukcji systemu. To ważne rozróżnienie. Można nie lubić miliarderów, można uważać ich fortuny za rezultat wyjątkowego talentu, szczęścia, pracy, ryzyka albo korzystnego splotu wszystkich tych elementów. Można również uważać, że ogromny majątek sam w sobie nie jest niczym złym. Nie trzeba zazdrościć człowiekowi miliarda dolarów, żeby zauważyć, że sposób opodatkowania tego miliarda może mieć znaczenie dla wszystkich pozostałych. I właśnie dlatego dyskusja o podatkach dla najbogatszych nie powinna być dyskusją o tym, czy bogaci zasługują na swoje pieniądze. Powinna być dyskusją o tym, czy państwo potrafi stworzyć system, w którym skala majątku nie staje się jednocześnie skalą możliwości omijania jego fiskalnych konsekwencji.
To zresztą jedna z najbardziej przewrotnych cech współczesnego kapitalizmu. Im bardziej człowiek żyje z pracy, tym bardziej jego relacja z fiskusem jest bezpośrednia. Im większą część życia stanowi dla niego wynagrodzenie, tym trudniej ukryć dochód, przesunąć go w czasie albo przekształcić w inną kategorię ekonomiczną. Człowiek zatrudniony na etacie nie może przecież powiedzieć, że jego pensja jeszcze przez kilka lat pozostanie wyłącznie potencjalnym dochodem, ponieważ znajduje się w strukturze holdingowej zarejestrowanej na drugim końcu świata. Nie może pożyczyć od banku ogromnej kwoty pod zastaw rosnącego portfela akcji tylko po to, żeby finansować bieżące życie bez konieczności sprzedawania aktywów i realizowania zysków kapitałowych. Jego ekonomiczna rzeczywistość jest banalnie przejrzysta. Pracuje, dostaje pieniądze, państwo pobiera swoją część.
Najbogatsi funkcjonują inaczej. Ich przewaga nie musi polegać na tym, że świadomie łamią prawo. Znacznie ciekawszy i bardziej niepokojący jest fakt, że nie muszą go łamać. Wystarczy, że system został skonstruowany w sposób, który znacznie lepiej odpowiada naturze ich majątku niż naturze dochodów zwykłego pracownika. To różnica fundamentalna, bo pozwala zrozumieć, dlaczego samo nawoływanie do przestrzegania prawa niewiele tutaj zmienia. Jeżeli prawo zostało napisane dla świata, w którym większość ludzi żyje z pensji, a największe fortuny powstają przede wszystkim dzięki wzrostowi wartości aktywów, to problem niekoniecznie znajduje się w ludziach korzystających z tych reguł. Może znajdować się w samych regułach.
I wtedy pojawia się pytanie, którego przez lata bardzo niechętnie dotykaliśmy. Co właściwie oznacza sprawiedliwy podatek w świecie, w którym majątek może rosnąć szybciej niż wynagrodzenie, a wartość posiadanych aktywów może zwiększać się o miliardy bez konieczności wypłacania ich właścicielowi klasycznej pensji? W starym modelu gospodarki odpowiedź wydawała się znacznie prostsza. Człowiek zarabiał pieniądze, państwo pobierało podatek od dochodu, przedsiębiorstwo osiągało zysk, państwo pobierało podatek od zysku, a konsument kupował produkt i płacił podatek zawarty w cenie. Dzisiejsza gospodarka jest znacznie bardziej skomplikowana. Największe fortuny powstają dzięki udziałom w spółkach, wzrostowi wartości akcji, prawom własności intelektualnej, funduszom, instrumentom finansowym i międzynarodowym strukturom, które potrafią rozdzielić miejsce zamieszkania właściciela, siedzibę firmy, źródło dochodu i miejsce faktycznego opodatkowania.
Nie oznacza to, że każdy miliarder jest oszustem podatkowym. Taki wniosek byłby nie tylko intelektualnie leniwy, ale również nieprawdziwy. Problem jest poważniejszy właśnie dlatego, że nie wymaga złej woli pojedynczych osób. Wystarczy strukturalna przewaga. Jeżeli ktoś ma majątek wart dziesiątki miliardów, może zatrudnić prawników, doradców podatkowych, księgowych i ekspertów finansowych, którzy przez cały rok zajmują się wyłącznie tym, jak zgodnie z prawem ułożyć jego sprawy. Człowiek zarabiający przeciętną pensję nie ma takiej możliwości. Nie dlatego, że jest mniej przedsiębiorczy. Po prostu nie ma ekonomicznego sensu zatrudnianie zespołu doradców, aby zoptymalizować podatek od wynagrodzenia, którego konstrukcja została ustalona przez przepisy w sposób praktycznie automatyczny.
Ta różnica jest często pomijana w publicznej debacie, ponieważ łatwiej mówić o wysokości stawek niż o rzeczywistej konstrukcji majątku. Łatwiej powiedzieć, że wszyscy podlegamy temu samemu prawu, niż zapytać, czy wszyscy mamy podobne możliwości korzystania z tego prawa. Formalna równość może bowiem współistnieć z ogromną nierównością ekonomiczną. Przepis może być identyczny dla każdego, a jego konsekwencje mogą być skrajnie różne dla osoby, która posiada mieszkanie i oszczędności, oraz dla osoby, która posiada udziały w przedsiębiorstwach warte dziesiątki miliardów dolarów.
Właśnie dlatego tak interesująca jest teza Zucmana dotycząca opodatkowania majątku. Nie chodzi w niej o karanie ludzi za sukces ani o próbę odebrania im tego, co zbudowali. Chodzi o postawienie pytania, czy człowiek posiadający majątek o skali pozwalającej mu wpływać na całe sektory gospodarki powinien ponosić wobec wspólnoty dokładnie taki sam ciężar podatkowy jak człowiek, którego jedynym źródłem bezpieczeństwa finansowego jest comiesięczne wynagrodzenie. To nie jest pytanie o zazdrość. To pytanie o funkcjonowanie państwa, którego infrastruktura, sądy, szkoły, drogi, uniwersytety, system finansowy, bezpieczeństwo i regulacje umożliwiają w ogóle powstawanie ogromnych fortun.
W tym miejscu zaczyna się zresztą jedna z największych ironii całej sprawy. Najbogatsi ludzie świata są często przedstawiani jako ci, którzy osiągnęli sukces niemal całkowicie własnymi siłami. Opowieść o samotnym geniuszu, który miał pomysł, ciężko pracował, podjął ryzyko i stworzył firmę wartą setki miliardów, jest niezwykle atrakcyjna. Ma dramaturgię, bohatera i prosty morał. Znacznie mniej atrakcyjna jest prawda bardziej złożona, w której każdy wielki sukces gospodarczy wyrasta z gęstej sieci zależności. Z dobrze wykształconych pracowników, z publicznych uniwersytetów, z dróg i portów, z systemu prawnego chroniącego własność, z banków centralnych stabilizujących pieniądz, z zamówień publicznych, z państwowych badań, z infrastruktury cyfrowej i energetycznej, z bezpieczeństwa zapewnianego przez instytucje, których koszt ponoszą wszyscy.
Nie trzeba przy tym odbierać przedsiębiorcy jego zasług, żeby zauważyć, że jego sukces nigdy nie powstaje w próżni. Nawet najbardziej radykalny zwolennik wolnego rynku powinien mieć z tym stwierdzeniem niewielki problem. Rynek nie istnieje poza państwem. Nie ma rynku bez prawa własności, sądów, egzekucji umów, pieniądza, infrastruktury i bezpieczeństwa. Nie ma globalnej gospodarki bez portów, sieci telekomunikacyjnych, systemów bankowych i regulacji umożliwiających przepływ kapitału. Można oczywiście dyskutować o tym, jak duże powinno być państwo i jak wiele powinno robić. Trudniej jednak poważnie twierdzić, że człowiek budujący globalną fortunę nie korzysta z żadnego wspólnego systemu, który tę fortunę umożliwił.
Jeszcze bardziej interesujące staje się to wtedy, gdy spojrzymy na psychologię zwykłego podatnika. Większość ludzi nie myśli o podatkach w kategoriach wielkich teorii ekonomicznych. Myśli o nich wtedy, gdy dostaje wypłatę, płaci rachunek, robi zakupy albo rozlicza PIT. Podatek jest odczuwalny jako konkretna strata części własnego dochodu. Nie ma znaczenia, że później te pieniądze wracają do społeczeństwa w postaci infrastruktury czy usług publicznych. W momencie zapłaty człowiek widzi przede wszystkim kwotę, której już nie ma. Jeżeli jednocześnie słyszy, że najbogatsi mogą płacić relatywnie mniej, pojawia się coś więcej niż zwykłe niezadowolenie. Pojawia się poczucie naruszenia niepisanej umowy.
Ta umowa jest bardzo prosta. Państwo mówi obywatelowi, że każdy powinien dokładać się do wspólnego systemu, ponieważ wszyscy z niego korzystamy. Obywatel może się z tym zgadzać albo nie, może uważać podatki za zbyt wysokie albo rozsądne, może mieć pretensje do sposobu wydawania publicznych pieniędzy, ale zasadniczo akceptuje regułę. Problem zaczyna się wtedy, gdy dostrzega, że największy ciężar tej umowy spoczywa na tych, którzy mają najmniej możliwości negocjowania jej warunków. Wtedy podatek przestaje być wyłącznie obowiązkiem obywatelskim. Staje się symbolem tego, jak działa cała hierarchia społeczna.
To właśnie dlatego sprawa miliarderów ma znaczenie również dla człowieka, który nigdy nie zobaczy na swoim koncie miliona złotych. Nie dlatego, że ktoś chce odebrać mu pieniądze i rozdać je innym. Znaczenie polega na czymś znacznie bardziej podstawowym. Jeżeli system podatkowy jest coraz mniej skuteczny wobec majątku, a coraz bardziej opiera się na pracy i konsumpcji, to ciężar utrzymania wspólnych instytucji przesuwa się w stronę tych, których dochody są najbardziej widoczne i najmniej mobilne. Pracownik nie może przenieść swojej pensji do raju podatkowego. Konsument nie może kupić chleba w spółce holdingowej zarejestrowanej na Kajmanach. Mały przedsiębiorca nie może w ciągu jednej nocy zmienić całej struktury prawnej swojego majątku, ponieważ przepisy w jego kraju stały się mniej korzystne.
W tym sensie problem podatkowy staje się problemem władzy. Nie chodzi już wyłącznie o to, kto ile wpłaca do budżetu. Chodzi o to, kto ma możliwość kształtowania własnej relacji z państwem. Kto może negocjować, kto może planować, kto może przesuwać dochód w czasie, kto może zmienić jurysdykcję, kto może zatrudnić specjalistów, a kto po prostu czeka na pasek wynagrodzenia. Im większy majątek, tym większa nie tylko konsumpcja, lecz również zdolność do organizowania własnej rzeczywistości prawnej i finansowej. W pewnym momencie pieniądz przestaje być wyłącznie środkiem wymiany. Staje się narzędziem uzyskiwania dystansu od reguł, które dla większości społeczeństwa są codziennością.
Niepokój budzi również coś jeszcze. Ogromna koncentracja majątku oznacza koncentrację możliwości wpływania na rzeczywistość. Człowiek, który posiada majątek liczony w dziesiątkach czy setkach miliardów dolarów, nie jest po prostu bardzo bogatym konsumentem. Może kupować media, platformy technologiczne, całe przedsiębiorstwa, finansować przedsięwzięcia o znaczeniu strategicznym, tworzyć fundacje, wpływać na debatę publiczną i budować własne zaplecze polityczne. Nie trzeba nawet zakładać spisku, żeby dostrzec konsekwencje takiej koncentracji. Wystarczy zwykła ekonomiczna logika. Jeżeli ktoś dysponuje zasobami większymi niż budżety niektórych państw, jego zdolność do działania w przestrzeni publicznej siłą rzeczy staje się wyjątkowa.
Tutaj właśnie zaczyna się pytanie o demokrację, którego nie da się zamknąć w arkuszu kalkulacyjnym. Formalnie każdy obywatel ma jeden głos. W praktyce każdy obywatel nie dysponuje jednak takim samym wpływem na otoczenie, w którym ten głos funkcjonuje. Jeden człowiek może finansować kampanię, kupić platformę komunikacyjną albo stworzyć przedsiębiorstwo zatrudniające dziesiątki tysięcy osób. Drugi może jedynie próbować przebić się ze swoim komentarzem przez algorytm. Sama zasada demokracji pozostaje nienaruszona, ale ekonomiczne warunki jej funkcjonowania zmieniają się coraz bardziej.
Dlatego tak łatwo pomylić krytykę koncentracji bogactwa z niechęcią do ludzi sukcesu. To bardzo wygodna pomyłka. Pozwala zamienić rozmowę o konstrukcji systemu w rozmowę o charakterze krytyka. Zamiast odpowiedzieć na pytanie, czy miliarder powinien płacić proporcjonalnie więcej, można powiedzieć, że ktoś mu zazdrości. Zamiast zastanowić się, czy opodatkowanie ogromnego majątku wymaga nowych narzędzi, można odpowiedzieć, że przedsiębiorcy uciekną. Zamiast analizować dane, można rzucić słowo „socjalizm” i zakończyć rozmowę. To działa, ponieważ ludzie bardzo często bronią nie tyle konkretnego systemu, ile własnego wyobrażenia o świecie, w którym sukces jest nagradzany, a wysiłek ma sens.
Problem w tym, że ten sposób myślenia przestaje wystarczać, gdy różnice majątkowe zaczynają osiągać skalę, której wcześniejsze pokolenia nie znały. Wtedy nie chodzi już o to, czy ktoś ma większy dom, lepszy samochód albo prywatny samolot. Chodzi o sytuację, w której jeden człowiek może posiadać udział w przedsiębiorstwie wartym więcej niż gospodarka niektórych państw, a jednocześnie jego rzeczywisty obowiązek podatkowy może nie odpowiadać skali jego ekonomicznej pozycji. To zmienia naturę problemu. Bogactwo nie jest już wyłącznie prywatną sprawą właściciela. Staje się elementem układu sił.
Właśnie dlatego propozycja minimalnego podatku od ogromnych majątków budzi tak silne emocje. Dwa procent może dla przeciętnego człowieka brzmieć niewinnie, ale przy majątku liczonym w dziesiątkach miliardów dolarów oznacza kwoty, które dla większości ludzi są niewyobrażalne. Jednocześnie dla właściciela takiego majątku nie musi oznaczać konieczności rezygnacji z luksusowego życia ani zniszczenia przedsiębiorstwa. Spór zaczyna się więc nie od pytania, czy ktoś zostanie pozbawiony środków do życia, lecz od znacznie trudniejszego pytania, jaka część ogromnej koncentracji prywatnego majątku powinna wracać do wspólnego systemu, dzięki któremu ten majątek może w ogóle funkcjonować.
Nie mam potrzeby udawać, że odpowiedź jest prosta. Nie jest. Opodatkowanie majątku rodzi realne problemy dotyczące wyceny aktywów, płynności, egzekucji podatku, unikania opodatkowania i międzynarodowej koordynacji. Nie wystarczy uchwalić jednej ustawy i uznać sprawy za zamkniętą. Najbogatsze aktywa są mobilne, skomplikowane i często trudne do wyceny. Państwa konkurują ze sobą o kapitał. Istnieją jurysdykcje, które chętnie przyjmą pieniądze uciekające przed bardziej wymagającym fiskusem. Każda poważna propozycja musi więc mierzyć się z rzeczywistą ekonomią, a nie tylko z atrakcyjnym hasłem.
Ale właśnie dlatego warto rozmawiać o tym poważnie. Nie z pozycji gniewu wobec bogatych i nie z pozycji nabożnego podziwu dla ich sukcesu. Jedno i drugie jest intelektualnie wygodne. Pierwsze redukuje problem do resentymentu, drugie do kultu przedsiębiorczości. Tymczasem system podatkowy powinien być oceniany według tego, czy jest zdolny utrzymać państwo, którego instytucje mają służyć wszystkim, oraz czy ciężary związane z jego funkcjonowaniem są rozłożone w sposób możliwy do obrony nie tylko prawnie, ale również ekonomicznie i społecznie.
Najbardziej niepokojące byłoby bowiem dojście do momentu, w którym zwykły obywatel zaczyna uważać, że państwo wymaga od niego coraz więcej, jednocześnie coraz wyraźniej tolerując fakt, że największe fortuny potrafią znajdować się poza zasięgiem jego klasycznych narzędzi. Wtedy problem przestaje dotyczyć wysokości podatków. Dotyczy wiary w sens wspólnych reguł. Człowiek może przez lata akceptować wysokie obciążenia, jeżeli uważa, że system jest zasadniczo uczciwy. Znacznie trudniej oczekiwać od niego cierpliwości, kiedy zaczyna podejrzewać, że jego obowiązki są niezmienne właśnie dlatego, że jego możliwości są ograniczone.
I być może w tym miejscu trzeba odłożyć na bok wszystkie wygodne etykiety. „Bogaci kontra biedni”, „lewica kontra prawica”, „socjalizm kontra kapitalizm”, „przedsiębiorcy kontra państwo”. Te podziały są zbyt proste dla problemu, który wyrósł z bardzo nowoczesnej gospodarki. Można być zwolennikiem kapitalizmu i jednocześnie uważać, że kapitalizm bez skutecznego systemu podatkowego zaczyna niszczyć warunki własnego funkcjonowania. Można bronić prywatnej własności i jednocześnie twierdzić, że ogromny majątek powinien wiązać się z większym udziałem w finansowaniu instytucji publicznych. Można doceniać przedsiębiorców i jednocześnie nie zgadzać się na to, aby sama skala bogactwa dawała dostęp do reguł niedostępnych dla reszty społeczeństwa.
Właśnie w tym miejscu zaczyna się prawdziwie niewygodna część tej historii. Bo jeśli rzeczywiście mamy do czynienia z systemem, w którym praca jest opodatkowana łatwiej niż ogromny majątek, to problem nie polega wyłącznie na tym, że kilku miliarderów płaci za mało. Problem polega na tym, że przez dziesięciolecia zbudowaliśmy rozwiązania podatkowe znacznie lepiej dopasowane do świata, który już właściwie nie istnieje. Świata, w którym najważniejszym źródłem dochodu była pensja, przedsiębiorstwo miało konkretną siedzibę, majątek był stosunkowo łatwy do zlokalizowania, a granica między gospodarką krajową i zagraniczną była znacznie bardziej wyraźna.
Dzisiaj pieniądz porusza się szybciej niż przepisy. Własność może być rozproszona pomiędzy wiele podmiotów. Firma może prowadzić działalność w jednym kraju, posiadać prawa intelektualne w drugim, rozliczać część operacji w trzecim i mieć właściciela mieszkającego jeszcze gdzie indziej. Jednocześnie państwo nadal oczekuje od obywatela, że raz w roku wpisze odpowiednie liczby do odpowiednich rubryk i rozliczy się według przepisów, które mają korzenie w zupełnie innej epoce gospodarczej. Ta asymetria nie musi wynikać ze złej woli. Może wynikać z tego, że instytucje poruszają się wolniej niż kapitał.
A kiedy instytucje poruszają się wolniej niż kapitał, rachunek prędzej czy później ktoś musi zapłacić. Pytanie brzmi tylko, kto. Czy będzie to pracownik, którego wynagrodzenie trudno ukryć? Konsument, który płaci podatek zawarty w cenie każdego produktu? Mały przedsiębiorca, który nie ma armii doradców? Państwo, które zacznie ograniczać wydatki na usługi publiczne? Czy może jednak osoby dysponujące największą zdolnością do ponoszenia ciężarów zostaną wreszcie objęte systemem odpowiadającym realiom XXI wieku?
Nie wiem, czy świat jest gotowy na taką zmianę. Wiem natomiast, że coraz trudniej udawać, iż pytanie nie istnieje. Pierwszy bilioner może pojawić się szybciej, niż większość społeczeństwa zdąży przyswoić samą ideę majątku o takiej skali. I wtedy będziemy musieli odpowiedzieć sobie nie tylko na pytanie, ile powinien zapłacić. Znacznie ważniejsze będzie pytanie, jak doszło do sytuacji, w której człowiek może posiadać zasoby o niewyobrażalnej sile ekonomicznej, a jednocześnie system podatkowy nadal patrzy przede wszystkim na wynagrodzenie zwykłego obywatela.
To nie jest już spór o to, czy ktoś powinien oddać państwu kilka procent więcej. To spór o konstrukcję społecznej umowy, która przez ostatnie dekady zaczęła wyraźnie pękać w miejscach, o których długo nie chcieliśmy mówić. I dlatego książka Zucmana jest interesująca nie tylko jako propozycja podatkowa. Jest interesująca jako próba zadania pytania, które stało się niewygodne dla niemal wszystkich stron politycznego sporu. Jeśli państwo potrafi skutecznie opodatkować człowieka żyjącego z pensji, ale nie potrafi równie skutecznie opodatkować człowieka żyjącego z ogromnego majątku, to może problemem nie jest to, że zwykli ludzie płacą za mało. Być może problem polega na tym, że system przez lata nauczył się przede wszystkim pobierać pieniądze od tych, którzy nie mogą przed nim odejść.
I właśnie wtedy zdanie „jeśli najbogatsi nie płacą podatków, płacisz za nich ty” przestaje być efektownym hasłem. Zaczyna być pytaniem o to, jak chcemy urządzić gospodarkę, w której prywatny kapitał rośnie globalnie, a odpowiedzialność za finansowanie wspólnych instytucji wciąż pozostaje w dużej mierze lokalna. To napięcie będzie tylko narastać. Nie dlatego, że ktoś postanowił wypowiedzieć wojnę miliarderom, lecz dlatego, że coraz trudniej utrzymać system, w którym pieniądz może przekraczać granice niemal natychmiast, podczas gdy podatnik pozostaje przywiązany do jednej pensji, jednego kraju i jednego urzędu skarbowego. Najważniejsze pytanie nie brzmi więc, czy należy opodatkować najbogatszych. Brzmi znacznie bardziej niewygodnie: jak długo jeszcze można udawać, że obecny układ jest neutralny.
Problem zaczyna się w miejscu, w którym zwykła intuicja dotycząca podatków przestaje działać. Człowiek żyjący z pensji ma bardzo ograniczone możliwości przesuwania momentu opodatkowania. Wynagrodzenie pojawia się na koncie, potrącenia są wykonane, składki naliczone, a reszta pieniędzy trafia do domowego budżetu. Cała operacja jest niemal przezroczysta, właśnie dlatego tak łatwo przestajemy ją zauważać. Przy bardzo dużym majątku relacja między tym, co człowiek posiada, a tym, co formalnie zarabia, wygląda zupełnie inaczej. Wtedy nie chodzi już wyłącznie o wysokość stawki podatkowej. Chodzi o konstrukcję systemu, który znacznie łatwiej opodatkowuje pracę niż wzrost wartości aktywów.
To rozróżnienie ma znaczenie większe, niż sugerowałaby sama techniczna terminologia. Jeżeli wartość udziałów w przedsiębiorstwie rośnie o miliardy, właściciel nie musi przecież sprzedawać tych udziałów. Wzrost majątku pozostaje w dużej mierze niewidoczny z perspektywy podatku dochodowego. Jednocześnie ten sam majątek może służyć jako zabezpieczenie kredytu, dzięki któremu można finansować życie bez konieczności realizowania zysków. W takim modelu pieniądze mogą pojawiać się bez klasycznego dochodu, który system podatkowy potrafi łatwo uchwycić. To nie jest kwestia tego, że ktoś znalazł jeden sprytny trik. Znacznie bardziej niepokojące jest to, że cały mechanizm działa dlatego, że przepisy próbują mierzyć współczesne bogactwo narzędziami zaprojektowanymi dla zupełnie innego świata.
Najbardziej interesujące jest jednak to, jak szybko taki stan rzeczy staje się społecznie normalny. Człowiek, który co miesiąc widzi na pasku wynagrodzenia kwoty pobrane na podatek i składki, przyzwyczaja się do tego, że państwo ma bezpośredni dostęp do części jego pracy. Nie musi nawet uważać systemu za sprawiedliwy. Wystarczy, że uzna go za nieunikniony. Właśnie ta rezygnacja jest jednym z najciekawszych elementów całej historii. Podatki przestają być czymś, o czym się dyskutuje, a stają się częścią krajobrazu. Płaci się je tak, jak płaci się rachunek za prąd. Różnica polega na tym, że rachunek za prąd można przynajmniej próbować zmniejszyć, zmieniając dostawcę albo zużywając mniej energii.
W przypadku najbogatszych sprawa wygląda inaczej, bo wraz ze wzrostem majątku rośnie również możliwość wyboru formy jego posiadania. Spółki, fundacje, trusty, holdingi, rezydencje podatkowe, transakcje międzynarodowe czy rozmaite konstrukcje finansowe tworzą przestrzeń, w której granica między legalną optymalizacją a społecznym poczuciem sprawiedliwości zaczyna się rozmywać. Nie każda taka konstrukcja jest nielegalna. I właśnie dlatego problem jest trudniejszy, niż sugerowałoby hasło o bogaczach uciekających przed fiskusem. Państwo nie zawsze przegrywa z oszustwem. Czasami przegrywa z przepisami, które samo stworzyło.
Tutaj pojawia się bardzo niewygodne pytanie. Co właściwie oznacza sprawiedliwość podatkowa w świecie, w którym majątek może rosnąć znacznie szybciej niż wynagrodzenie za pracę? Przez dziesięciolecia społeczeństwa budowały systemy podatkowe wokół dochodu. Pensja była dochodem, zysk przedsiębiorcy był dochodem, sprzedaż nieruchomości mogła generować dochód. Tymczasem współczesne fortuny coraz częściej opierają się na samym posiadaniu. Wartość firmy rośnie, akcje drożeją, nieruchomości zyskują na wartości, a właściciel staje się bogatszy bez konieczności otrzymywania pieniędzy w tradycyjnym sensie.
Można oczywiście odpowiedzieć, że skoro nie ma sprzedaży, nie ma również zrealizowanego zysku. To logiczne z punktu widzenia księgowości. Problem zaczyna się wtedy, gdy tę księgową logikę próbujemy zastosować do rzeczywistości człowieka, którego majątek pozwala na finansowanie praktycznie wszystkiego bez sprzedaży podstawowych aktywów. Dla większości ludzi wartość posiadanego mieszkania może wzrosnąć, ale nie oznacza to, że nagle mają więcej pieniędzy na codzienne wydatki. W przypadku miliardera wzrost wartości aktywów może natomiast otworzyć dostęp do kolejnego finansowania, nowych inwestycji i jeszcze większego kapitału. Różnica nie polega więc tylko na liczbie zer. Zmienia się sama ekonomiczna natura możliwości.
Właśnie tutaj kończy się wygodna opowieść o tym, że każdy człowiek funkcjonuje według tych samych reguł. Formalnie może i tak być. W praktyce dostęp do instrumentów finansowych zależy od skali majątku. Bank inaczej patrzy na osobę, która chce pożyczyć pieniądze pod zastaw mieszkania wartego kilkaset tysięcy złotych, a inaczej na właściciela aktywów wartych miliardy. Ten drugi może korzystać z kredytu jako narzędzia zarządzania majątkiem, a nie jako sposobu na przetrwanie do następnej wypłaty. Dla jednej osoby zadłużenie oznacza ryzyko, dla drugiej może być elementem strategii finansowej.
Nie chodzi przy tym o demonizowanie kredytu ani przedstawianie każdego miliardera jako człowieka, który codziennie planuje, jak oszukać państwo. Taka narracja byłaby zbyt prosta. Znacznie ciekawsze jest coś innego. System zachęca ludzi do zachowywania się racjonalnie z własnego punktu widzenia. Jeżeli można legalnie ograniczyć obciążenia podatkowe, osoba dysponująca ogromnym kapitałem ma naturalny interes, aby z tej możliwości skorzystać. Trudno oczekiwać od prywatnego właściciela majątku, że dobrowolnie zrezygnuje z przewagi, którą daje mu prawo. Pytanie powinno więc brzmieć nie „dlaczego oni to robią?”, lecz „dlaczego system pozwala, aby interes jednostki tak łatwo rozmijał się z interesem wspólnoty?”.
To przesunięcie pytania jest ważne także z psychologicznego punktu widzenia. W debacie publicznej bardzo łatwo stworzyć figurę chciwego bogacza, który siedzi gdzieś za biurkiem i liczy kolejne miliardy. Taki obraz jest atrakcyjny, bo pozwala znaleźć konkretnego winnego. Tymczasem rzeczywistość jest mniej wygodna. Człowiek posiadający ogromny majątek może autentycznie uważać się za osobę, która nikogo nie krzywdzi. Może płacić ludziom, tworzyć firmy, inwestować, finansować badania, wspierać fundacje i jednocześnie korzystać z możliwości, które pozwalają mu ograniczyć podatki. Te przekonania nie muszą się w jego głowie wzajemnie wykluczać.
Właśnie dlatego argument o moralności często okazuje się niewystarczający. Znacznie skuteczniej działa pytanie o konstrukcję reguł. Jeżeli przepisy pozwalają na sytuację, w której dochód z pracy jest relatywnie łatwy do opodatkowania, a ogromny wzrost wartości majątku może pozostawać poza bieżącym opodatkowaniem, trudno oczekiwać, że różnice nie będą się pogłębiać. Każdy system gospodarczy premiuje bowiem zachowania, które są dla jego uczestników korzystne. Jeżeli kapitał jest traktowany korzystniej niż praca, kapitał będzie się kumulował.
W tym miejscu pojawia się jeszcze jeden problem, znacznie bardziej polityczny. Majątek nie daje wyłącznie komfortu. Daje także możliwość wpływania na rzeczywistość. Człowiek dysponujący ogromnymi zasobami może kupić media, platformę technologiczną, udziały w przedsiębiorstwach, finansować organizacje, tworzyć fundacje albo wspierać projekty polityczne. Nie oznacza to automatycznie, że wykorzystuje pieniądze w sposób szkodliwy. Oznacza jednak, że koncentracja kapitału zmienia relację między jednostką a instytucjami publicznymi.
W demokracji nierówność dochodów jest czymś, z czym społeczeństwa mogą funkcjonować. Znacznie bardziej problematyczna staje się sytuacja, w której nierówność ekonomiczna zaczyna przekładać się na nierówność możliwości uczestniczenia w życiu publicznym. Formalnie każdy obywatel ma jeden głos. W praktyce nie każdy dysponuje porównywalną zdolnością do kształtowania agendy, docierania do opinii publicznej czy finansowania przedsięwzięć, które zmieniają sposób prowadzenia debaty. Pieniądze nie zastępują demokracji, ale mogą znacząco zwiększać siłę głosu.
To właśnie dlatego kwestia opodatkowania największych fortun wykracza poza zwykły spór o wysokość daniny. Chodzi o pytanie, jak dużo nierówności może zaakceptować system, zanim zacznie zmieniać samą strukturę społeczeństwa. Nie ma tutaj jednej magicznej granicy. Trudno powiedzieć, że przy określonej liczbie miliardów demokracja nagle przestaje działać. Proces jest znacznie bardziej stopniowy. Najpierw rośnie dystans między grupami społecznymi, później pojawia się przekonanie, że reguły są pisane dla innych, a w końcu coraz więcej ludzi przestaje wierzyć, że instytucje publiczne reprezentują ich interesy.
To poczucie jest szczególnie niebezpieczne, ponieważ nie musi wynikać z osobistego doświadczenia biedy. Wystarczy obserwacja. Ktoś przez kilkanaście lat pracuje, płaci podatki, spłaca kredyt i widzi, jak rosną ceny mieszkań. W tym samym czasie w mediach pojawiają się informacje o kolejnych fortunach liczonych w dziesiątkach czy setkach miliardów. Sam kontrast jeszcze niczego nie dowodzi. Ludzie mogą mieć różne talenty, szczęście, pomysły i możliwości. Problem zaczyna się wtedy, gdy obok różnicy majątkowej pojawia się różnica w sposobie ponoszenia kosztów funkcjonowania państwa.
Wtedy rodzi się emocja znacznie trudniejsza do opanowania niż zwykła zazdrość. To poczucie niespójności. Człowiek może zaakceptować, że ktoś jest od niego bogatszy. Znacznie trudniej zaakceptować sytuację, w której ma wrażenie, że od niego wymaga się przestrzegania reguł, których bogatszy uczestnik systemu może w praktyce uniknąć. Właśnie tutaj hasło o „polityce zazdrości” zaczyna być wygodnym uproszczeniem. Nie każda krytyka wielkiego majątku wynika z zazdrości. Czasami wynika z obserwacji, że wspólne reguły przestały działać symetrycznie.
Równie łatwo jednak wpaść w drugą pułapkę i uznać, że każdy bardzo bogaty człowiek jest z definicji beneficjentem niesprawiedliwości. To także byłoby zbyt proste. Ogromne fortuny mogą powstawać z przedsiębiorczości, inwestycji, technologii, wieloletniej pracy i ryzyka, którego inni nie chcieli podejmować. Nie ma nic szczególnie sprawiedliwego w odbieraniu komuś sukcesu tylko dlatego, że odniósł go na większą skalę. Spór zaczyna się dopiero wtedy, gdy sukces ekonomiczny otrzymuje dodatkową ochronę przed uczestniczeniem w kosztach systemu, który umożliwił jego osiągnięcie.
Ta różnica jest zasadnicza, choć w debacie politycznej często ginie pod emocjami. Nie chodzi o karanie za bogactwo. Chodzi o odpowiedź na pytanie, czy skala majątku może uzasadniać proporcjonalnie większą zdolność do korzystania z państwa przy jednoczesnym relatywnie mniejszym wkładzie w jego finansowanie. Drogi, sądy, szkoły, uniwersytety, system bankowy, bezpieczeństwo, infrastruktura cyfrowa, ochrona własności czy stabilność prawa nie pojawiają się samoistnie. Przedsiębiorca może tworzyć genialny produkt, ale nie buduje sam wszystkich instytucji, które pozwalają mu ten produkt sprzedać.
To zresztą jeden z najciekawszych paradoksów kapitalizmu. Najbardziej radykalni obrońcy wolnego rynku często mówią o państwie tak, jakby było przeszkodą stojącą z boku. Tymczasem największe prywatne fortuny powstają właśnie w środowisku, w którym istnieją stabilne instytucje, egzekwowalne umowy, ochrona własności, infrastruktura, wykształceni pracownicy i przewidywalny system finansowy. Państwo może być niewidoczne w codziennym życiu człowieka sukcesu, ale jego obecność jest wpisana w samą możliwość gromadzenia i ochrony dużego majątku.
Właśnie dlatego propozycja minimalnego podatku od największych fortun wywołuje tak silne emocje. Nie dlatego, że 2 procent brzmi jak liczba szczególnie wysoka. Przeciwnie, jej symboliczna siła bierze się z pytania, czy naprawdę można uznać tak niewielką część ogromnego majątku za cenę uczestnictwa w systemie, który ten majątek chroni. Oczywiście techniczne szczegóły takiego rozwiązania są niezwykle skomplikowane. Wycena aktywów, majątek międzynarodowy, rezydencja podatkowa, płynność, kontrola nad spółkami i egzekwowanie zobowiązań wymagają precyzyjnych regulacji. Sama idea nie może więc zastąpić projektu prawa.
Nie zmienia to jednak faktu, że debata przesuwa się w stronę pytania, którego przez lata wiele państw unikało. Czy system podatkowy powinien nadal opierać się przede wszystkim na tym, co człowiek zarabia, czy również na tym, ile posiada? To pytanie jest znacznie bardziej fundamentalne niż spór o jedną stawkę. Dotyka samej definicji bogactwa w gospodarce, w której aktywa finansowe potrafią zwiększać swoją wartość bez klasycznego przepływu gotówki.
Najbardziej interesuje mnie w tym wszystkim nie sama wysokość potencjalnego podatku, lecz zmiana sposobu myślenia. Przez lata przyzwyczailiśmy się do sytuacji, w której człowiek wykonujący pracę jest podatnikiem niemal automatycznie. Niezależnie od tego, czy lubi swoją pracę, czy jest przemęczony, czy zarabia dużo, czy niewiele, system znajduje jego wynagrodzenie i pobiera swoją część. Tymczasem przy wielkich fortunach podatnik staje się kimś znacznie bardziej mobilnym, negocjującym i wyposażonym w narzędzia, których zwykły pracownik nigdy nie będzie miał.
To rodzi jeszcze jedną, subtelniejszą zmianę. Z czasem społeczeństwo zaczyna inaczej postrzegać samo pojęcie uczciwości. Jeżeli człowiek przez całe życie słyszy, że należy płacić podatki, bo dzięki nim działa państwo, a następnie obserwuje ludzi, którzy dzięki swojej pozycji potrafią znacząco ograniczać udział w tych kosztach, może dojść do wniosku, że uczciwość jest po prostu cechą tych, którzy nie mają wyboru. To bardzo niebezpieczna lekcja. Nie dlatego, że każdy zacznie unikać podatków, lecz dlatego, że zaufanie do wspólnych reguł zaczyna się kruszyć.
W gospodarce zaufanie jest czymś więcej niż abstrakcyjną wartością. Przedsiębiorca musi wierzyć, że umowa będzie respektowana. Pracownik musi zakładać, że wynagrodzenie zostanie wypłacone. Obywatel musi mieć przekonanie, że podatki nie są wyłącznie jednostronnym transferem do grup, które potrafią skuteczniej negocjować z państwem. Kiedy to przekonanie słabnie, rośnie pokusa indywidualnego kombinowania. Skoro inni obchodzą reguły, dlaczego ja mam ich przestrzegać? W ten sposób problem największych fortun zaczyna wpływać na zachowania ludzi, którzy nigdy nie znajdą się nawet w pobliżu miliarda dolarów.
Niepokój budzi również to, że spór podatkowy coraz częściej staje się sporem o wyobrażenie sukcesu. W kulturze przedsiębiorczości bogactwo bywa przedstawiane jako ostateczny dowód wartości człowieka. Im większy majątek, tym łatwiej dopisać do niego historię o wyjątkowej inteligencji, determinacji i odwadze. Czasami ta historia jest prawdziwa. Czasami jest tylko częścią prawdy. Każdy wielki sukces gospodarczy jest bowiem kombinacją umiejętności, kapitału, czasu, przypadku, kontekstu prawnego, infrastruktury i decyzji podejmowanych przez innych ludzi.
Nie lubię więc narracji, w której z jednej strony mamy genialnego miliardera, a z drugiej bezimienną masę podatników. Taki obraz jest równie wygodny jak opowieść o złym bogaczu. Znacznie ciekawsza jest rzeczywistość, w której większość ludzi funkcjonuje gdzieś pomiędzy podziwem a irytacją. Można jednocześnie zachwycać się technologicznym osiągnięciem i uważać, że jego właściciel powinien ponosić większą część kosztów systemu. Można doceniać przedsiębiorczość i krytykować sposób, w jaki państwa opodatkowują kapitał. Można nie mieć nic przeciwko temu, że ktoś posiada dziesięć miliardów, a jednocześnie pytać, czy kolejne sto miliardów powinno zwiększać jego wpływ na wspólne decyzje.
Właśnie ta ambiwalencja jest znacznie bardziej uczciwa niż plemienny podział na zwolenników bogatych i ich przeciwników. Problem nie polega na tym, że społeczeństwo nie potrafi zdecydować, czy lubi miliarderów. Problem polega na tym, że nie wypracowało jeszcze stabilnej odpowiedzi na pytanie, jak powinien wyglądać system podatkowy w epoce, w której prywatny majątek może osiągać skalę wcześniej zarezerwowaną dla państw.
Zucman dotyka więc nie tylko podatków. Dotyka granicy, przy której własność prywatna zaczyna mieć konsekwencje publiczne. Można oczywiście powiedzieć, że majątek należy do właściciela i państwo nie powinno ingerować. Można również zauważyć, że majątek o ogromnej skali nie funkcjonuje w próżni i że jego istnienie wpływa na strukturę rynku, polityki publiczne oraz rozkład siły społecznej. Oba zdania mogą być prawdziwe jednocześnie. Właśnie dlatego dyskusja jest tak trudna.
Jeszcze trudniej będzie wtedy, gdy kolejne pokolenie fortun odziedziczy majątki większe niż całe przedsiębiorstwa średniej wielkości. Dziedziczenie zmienia bowiem charakter argumentu o zasłudze. Osoba, która odziedziczyła ogromny kapitał, nie podjęła ryzyka, które stworzyło pierwszą fortunę. Korzysta jednak z jego konsekwencji. Nie oznacza to, że należy traktować spadkobierców jak ludzi winnych własnego urodzenia. Pokazuje natomiast, że system podatkowy musi mierzyć się z pytaniem, czy kapitał może być przekazywany przez kolejne pokolenia bez żadnego mechanizmu ograniczającego jego koncentrację.
To pytanie będzie wracało coraz częściej, ponieważ technologia zwiększa zdolność do skalowania biznesu. Firma może zdobyć globalny rynek bez budowania fizycznej obecności w każdym kraju. Właściciel może kontrolować ogromne aktywa, pozostając fizycznie w jednym miejscu. Kapitał przepływa szybciej niż polityczne decyzje. Państwo nadal myśli kategoriami granic, rezydencji i jurysdykcji, podczas gdy majątek nauczył się przekraczać te granice niemal natychmiast.
Nie oznacza to, że rozwiązanie jest proste. Wręcz przeciwnie. Każda próba stworzenia podatku od wielkich majątków otwiera pytania o wycenę, egzekucję, płynność oraz międzynarodową współpracę. Pojawia się również ryzyko niezamierzonych konsekwencji. Można źle skonstruować przepisy, obciążyć majątek, który nie generuje odpowiedniego przepływu gotówki, stworzyć kolejne możliwości arbitrażu albo wypchnąć część aktywności do innych jurysdykcji. Tego nie da się zakrzyczeć ideologicznym hasłem.
Ale równie błędne byłoby uznanie, że skoro rozwiązanie nie jest idealne, najlepiej nie robić nic. W polityce gospodarczej doskonałość jest często wymówką dla bezczynności. System podatkowy również nie jest neutralną maszyną, która działa niezależnie od ludzkich interesów. Jest wynikiem decyzji politycznych, kompromisów, nacisków, błędów i zmian społecznych. Jeżeli świat gospodarczy zmienił się szybciej niż system podatkowy, pozostawienie starego modelu także jest decyzją.
I być może właśnie tutaj znajduje się najbardziej niewygodna część całego sporu. Nie chodzi już wyłącznie o to, czy najbogatsi płacą za mało. Chodzi o to, jak długo społeczeństwa będą akceptowały sytuację, w której ogromny majątek daje możliwość coraz większego uniezależnienia się od reguł, które pozostają bardzo realne dla wszystkich pozostałych. Im większa staje się ta różnica, tym trudniej później przekonać ludzi, że wspólnota nadal działa według jednej zasady.
Na końcu pozostaje więc nie tyle pytanie o miliarderów, ile o naszą własną zgodę na określony model państwa. Można uznać, że nierówności są naturalnym kosztem kapitalizmu i że każda próba ich ograniczenia grozi osłabieniem przedsiębiorczości. Można też uznać, że pewien poziom koncentracji kapitału zaczyna niszczyć warunki, dzięki którym kapitalizm w ogóle pozostaje systemem konkurencyjnym. Pomiędzy tymi stanowiskami znajduje się ogromna przestrzeń, której nie da się wypełnić jednym sloganem.
Dlatego propozycja Zucmana jest ciekawa nawet dla tych, którzy nie są przekonani do konkretnej stawki czy sposobu jej wdrożenia. Zmusza bowiem do zadania pytania, które przez lata było spychane na dalszy plan. Co właściwie powinno być opodatkowane w świecie, w którym najwięcej pieniędzy można zarabiać nie poprzez pracę, lecz poprzez posiadanie? Od odpowiedzi na to pytanie zależy znacznie więcej niż wysokość jednego podatku. Zależy od niej także to, czy przyszły system gospodarczy będzie jeszcze oparty na przekonaniu, że wspólne reguły dotyczą wszystkich, czy też coraz wyraźniej podzieli się na tych, dla których państwo jest obowiązkiem, i tych, dla których państwo jest usługą, o której warunkach można negocjować.
W pewnym momencie przestaje już chodzić o to, czy ktoś potrafi znaleźć kolejną lukę, przenieść aktywa albo zatrudnić jeszcze lepszego doradcę. Znacznie ciekawsze staje się to, co dzieje się po drugiej stronie tego mechanizmu, w głowie człowieka, który od dawna obserwuje system i powoli wyrabia sobie przekonanie, że nie wszyscy uczestniczą w nim na takich samych zasadach. To przekonanie rzadko pojawia się nagle. Składa się z własnych rachunków, kolejnych zmian przepisów, informacji o wielkich fortunach i tego specyficznego poczucia, że jedni muszą wszystko dokładnie policzyć, podczas gdy inni mogą zatrudnić człowieka, który zrobi to za nich.
Nie musi to prowadzić do buntu. Częściej prowadzi do obojętności. Podatek zaczyna być traktowany jak kolejny koszt życia, a nie element większej umowy społecznej. Człowiek nadal płaci, ale coraz rzadziej zastanawia się, czy zasady, według których płaci, są rzeczywiście uczciwe. To istotna różnica, bo posłuszeństwo można wymusić przepisem, terminem i sankcją, lecz zaufania nie da się stworzyć decyzją administracyjną.
Właśnie dlatego ludzi drażni nie tylko sama informacja o ogromnym majątku. Znacznie bardziej działa sytuacja, w której majątek zaczyna być otoczony inną logiką odpowiedzialności. Człowiek nie musi uważać się za biednego, żeby poczuć irytację. Może zarabiać dobrze, posiadać mieszkanie, oszczędności i spokojnie patrzeć w przyszłość, a mimo to mieć poczucie, że istnieje grupa, wobec której państwo zachowuje się ostrożniej. Wtedy nie chodzi już o własny poziom życia, lecz o pozycję w hierarchii, której nikt oficjalnie nie ogłasza, ale którą można wyczuć.
Ta hierarchia jest zresztą trudna do nazwania. Współczesne społeczeństwa niechętnie mówią o klasach społecznych wprost. Wolimy określenia takie jak przedsiębiorca, specjalista, inwestor czy klasa średnia, ponieważ pozwalają myśleć o różnicach przede wszystkim jako o efekcie stylu życia. Tymczasem pieniądze zmieniają również zakres decyzji, które można podejmować bez pytania kogokolwiek o zgodę.
Człowiek z niewielkim marginesem finansowym musi nieustannie kalkulować. Czy stać go na zmianę pracy, czy może pozwolić sobie na remont, czy samochód wytrzyma kolejny rok, co zrobi, jeśli przez kilka miesięcy nie będzie miał dochodu. Te decyzje mają wymiar ekonomiczny, ale z czasem wpływają również na psychikę. Ostrożność staje się nawykiem, a bezpieczeństwo czymś, co trzeba stale chronić.
Przy ogromnym majątku wiele z tych lęków znika albo zmienia skalę. Nie oznacza to życia bez problemów. Bogaci również podejmują złe decyzje, tracą pieniądze i martwią się o firmy czy relacje. Trudno jednak porównywać ciężar decyzji osoby, która zastanawia się, czy może pozwolić sobie na kilka miesięcy bez pracy, z decyzjami człowieka, którego majątek pozwala absorbować straty, o jakich inni mogą tylko czytać. Różnica nie sprowadza się do liczby zer. Zmienia się zakres ryzyka, które można podjąć bez konsekwencji dla podstawowego bezpieczeństwa.
Ciekawy jest przy tym sposób, w jaki zwykli ludzie potrafią bronić przywilejów najbogatszych. Czasami nie bronią przecież własnego interesu, tylko własnego wyobrażenia o przyszłości. Człowiek, który dziś pracuje na etacie albo prowadzi niewielką firmę, może myśleć o sobie jako o kimś, kto kiedyś odniesie znacznie większy sukces. Wtedy każda propozycja mocniejszego opodatkowania wielkiego majątku może być odbierana niemal osobiście, choć obiektywnie nie dotyczy jego obecnej sytuacji.
To jest jedna z bardziej ludzkich sprzeczności w tej debacie. Bronimy czasem nie tego, co mamy, lecz tego, kim chcielibyśmy zostać. Nikt nie chce myśleć o sobie jako o przyszłym beneficjencie redystrybucji. Łatwiej wyobrazić sobie własny awans niż własną zależność od państwa. Dlatego hasło o „karaniu za sukces” potrafi działać również na ludzi, którzy są od takiego sukcesu bardzo daleko.
Nie oznacza to oczywiście, że każdy sprzeciw wobec wyższych podatków wynika z aspiracji do miliardowego majątku. Przedsiębiorca może zwyczajnie obawiać się nadmiernej ingerencji państwa. Może mieć doświadczenie źle skonstruowanych przepisów i dlatego nie ufać kolejnym pomysłom fiskalnym. To również jest racjonalne. Państwo potrafi przecież tworzyć regulacje, których konsekwencje są trudne do przewidzenia, i przerzucać koszty swoich błędów na tych, którzy mają najmniejszą możliwość obrony.
Dlatego nie przekonuje mnie prosty podział na zwolenników bogatych i ich przeciwników. Można nie mieć żadnej niechęci do ludzi posiadających ogromne fortuny, a jednocześnie uważać, że zasady ich opodatkowania powinny wyglądać inaczej. Można również domagać się większego udziału najbogatszych w finansowaniu państwa i jednocześnie obawiać się państwa, które zbyt łatwo sięga po prywatną własność. Te stanowiska nie muszą się wzajemnie wykluczać.
Właśnie dlatego propozycja większego opodatkowania największych fortun jest politycznie tak trudna. Nie wystarczy powiedzieć, że bogaci powinni zapłacić więcej. Trzeba jeszcze przekonać ludzi, że państwo potrafi zrobić z tymi pieniędzmi coś, co nie zostanie odebrane jako kolejny koszt utrzymywania niewydolnego systemu. Człowiek może zgodzić się na większą daninę, jeżeli widzi w niej sens. Jeżeli natomiast ma poczucie, że pieniądze znikają w strukturze, której nie rozumie, opór pojawia się niemal automatycznie.
W tym sensie problem podatków wykracza poza samą wysokość stawek. Ludzie chcą dobrych szkół, sprawnej ochrony zdrowia, bezpiecznej infrastruktury i stabilnego prawa, ale jednocześnie nie chcą czuć, że płacą za wszystko sami. Każdy wolałby, żeby rachunek ponosił ktoś inny. Państwo nie ma jednak pieniędzy w sensie magicznym. Każda usługa publiczna ma swój koszt, nawet jeżeli nie pojawia się on bezpośrednio na ekranie telefonu czy przy kasie w sklepie.
Jeszcze trudniej robi się wtedy, gdy różnice w ponoszeniu tego kosztu zaczynają być odbierane jako różnice w odpowiedzialności. Człowiek może zaakceptować, że ktoś jest od niego bogatszy. Znacznie trudniej zaakceptować sytuację, w której ma wrażenie, że od niego wymaga się przestrzegania reguł, których znacznie zamożniejszy uczestnik systemu może w praktyce omijać. Wtedy pojawia się nie tyle zazdrość, ile poczucie niespójności.
Zaufanie do państwa zaczyna się kruszyć właśnie w takich momentach. Nie dlatego, że ktoś nagle przestaje wierzyć w demokrację, lecz dlatego, że kolejne doświadczenia podpowiadają mu, iż wspólne zasady nie są wcale tak wspólne, jak wcześniej sądził. To może być niewielka zmiana w sposobie myślenia, prawie niezauważalna. Człowiek nadal pracuje, płaci, rozlicza się i korzysta z usług publicznych. Jednocześnie coraz mniej wierzy, że system został zaprojektowany z myślą o takich jak on.
Niepokoi mnie również druga strona tego sporu. Państwo nie powinno być bezsilne wobec kapitału, ale kapitał nie powinien być również bezbronny wobec państwa. Przedsiębiorczość potrzebuje przestrzeni, własność wymaga ochrony, a inwestycje przewidywalności. Zbyt agresywna polityka fiskalna może niszczyć zaufanie równie skutecznie jak pobłażliwość wobec największych fortun. Nie ma tutaj prostego wyboru pomiędzy dobrem a złem. Są interesy, ryzyka i konsekwencje, których nie da się przewidzieć w całości.
Być może dlatego tak łatwo uciekamy w ideologiczne hasła. „Socjalizm”, „wolny rynek”, „karanie przedsiębiorców”, „przywileje dla oligarchów”. Każde z tych określeń pozwala szybko zakończyć rozmowę. Trudniej zostać przy pytaniu o konkretną konstrukcję podatku, sposób wyceny majątku, egzekwowanie przepisów i granicę pomiędzy ochroną własności a ochroną przewagi. Jeszcze trudniej przyznać, że argument przeciwnika może zawierać część prawdy.
Właśnie ta niejednoznaczność wydaje mi się dziś bardziej interesująca niż kolejne deklaracje polityczne. Nie wierzę, że każdy miliarder jest symbolem patologii systemu. Nie wierzę też, że każda krytyka wielkiego majątku jest wyłącznie zazdrością. Nie sądzę, żeby państwo automatycznie wiedziało lepiej, jak wykorzystać cudze pieniądze. Nie potrafię jednak również uznać, że sama legalność rozwiązania kończy dyskusję o jego społecznym skutku.
Nie potrzeba przecież złych ludzi, żeby powstał system, który zaczyna działać w sposób trudny do zaakceptowania. Wystarczą ludzie konsekwentnie wybierający to, co jest korzystne dla nich, oraz instytucje, które zbyt wolno reagują na zmianę warunków. Rozwiązanie stworzone kiedyś jako rozsądny kompromis może po kilku dekadach przestać odpowiadać gospodarce, która zmieniła się znacznie szybciej niż prawo.
I może właśnie dlatego nie potrafię potraktować tej historii wyłącznie jako sporu o stawkę podatkową. Bardziej interesuje mnie moment, w którym człowiek przestaje wierzyć, że jego udział w kosztach wspólnego państwa wynika z jednej zasady obowiązującej wszystkich, a zaczyna widzieć go jako konsekwencję własnego braku możliwości wyboru. To nie dzieje się w jednym momencie i nie musi prowadzić do żadnego spektakularnego wydarzenia. Czasem jest tylko cichą zmianą nastawienia.
Wtedy człowiek nadal pracuje, płaci, rozlicza się i żyje normalnie. Tyle że przy kolejnym potrąceniu nie myśli już wyłącznie o kwocie. Pojawia się pytanie, dlaczego jego część systemu jest tak łatwa do wyegzekwowania, podczas gdy dla innych uczestników tego samego systemu istnieje znacznie większa przestrzeń negocjacji.
Nie ma w tym pytaniu gotowej odpowiedzi. Nie rozstrzyga go ani wysokość jednej stawki, ani nazwisko konkretnego miliardera, ani kolejna reforma. Można długo spierać się o granice, metody i konsekwencje, a mimo to pozostać z tym samym niewygodnym poczuciem, że wraz ze wzrostem majątków zmienia się również znaczenie słowa „odpowiedzialność”.
I chyba właśnie ten element pozostaje ze mną najdłużej. Nie sama wielkość fortun, lecz różnica w swobodzie, z jaką można wobec systemu podatkowego funkcjonować. Jedni otrzymują pieniądze i niemal natychmiast rozliczają się z państwem. Inni mogą przez lata budować majątek, zmieniać jego formę, korzystać z wielu sposobów finansowania i dopiero wtedy rozstrzygać, jaka część tego bogactwa stanie się formalnym dochodem.
Może właśnie dlatego dyskusja o podatkach nie kończy się wraz z zamknięciem formularza. Zostaje gdzieś pomiędzy tym, co państwo uznaje za dochód, tym, co człowiek uważa za własny majątek, a tym, co społeczeństwo zaczyna uważać za uczciwy udział w kosztach wspólnego życia. Granice tych trzech rzeczy coraz trudniej poprowadzić jedną linią. I być może właśnie dlatego pytanie o najbogatszych będzie wracało, nawet wtedy, gdy politycy po raz kolejny odłożą je na później.



Komentarze
Prześlij komentarz