Przejdź do głównej zawartości

„Mam to w dupie"

 


 Nie pamiętam dokładnie, kiedy ostatni raz trafiłem na utwór, który od pierwszych taktów wprawił mnie w taką mieszankę zdziwienia i radości. „Mam to w dupie” zespołu Haratacze to coś więcej niż zwykła piosenka – to mały manifest, który uderza w same serce codziennego chaosu. Włączając ją po raz pierwszy, poczułem, jakby ktoś wreszcie odblokował okno do świata, w którym nie muszę się przejmować tym, co nie ma znaczenia, i mogę skupić się wyłącznie na sobie. Trzy dni nieustannego słuchania? I wciąż uśmiech nie schodzi mi z twarzy. To dziwne uczucie, bo w świecie, w którym wszystko jest powtarzalne, a muzyka często wtłaczana jest w schematy miłosnych lamentów i dramatów, taki kawałek jest jak powiew świeżego powietrza.

Nie chodzi tu tylko o rytm czy tempo – choć oba są wspaniale zaraźliwe – ale o całą filozofię, którą niesie. Piosenka nie opowiada o złamanych sercach, zdradach czy utraconych szansach, które tak często dominują współczesne listy przebojów. Nie, tutaj nie ma miejsca na lamenty ani smutne historie. Jest energia, jest bezpretensjonalność, jest szczerość w najprostszej formie. I nagle pojawia się myśl: może rzeczywiście nie wszystko w życiu wymaga naszej uwagi, może czasami najlepiej po prostu powiedzieć „mam to w dupie” i ruszyć dalej.

W tym wstępie chcę Wam pokazać, że „olewka” w wydaniu muzycznym może być czymś więcej niż tylko chwilowym wybiciem frustracji. To sposób na zachowanie zdrowego dystansu, przypomnienie sobie, że życie nie zawsze jest dramatem, a my nie musimy być jego bohaterami-tragikami. Czasami najlepszą reakcją jest po prostu odpuścić. I właśnie w tym tkwi siła tej piosenki – nie próbuje mnie zmieniać, nie moralizuje, nie poucza. Ona po prostu daje mi przestrzeń, abym mógł na chwilę odetchnąć, śmiać się, tańczyć, czuć wolność, której czasem tak bardzo brakuje w codziennym zgiełku.

Dla mnie osobiście „Mam to w dupie” stało się swoistym rytuałem, codzienną lekcją przypominającą, że nie każdy problem zasługuje na naszą energię. To utwór, który pokazuje, że w świecie pełnym chaosu, toksycznych opinii i nieustannej presji, można znaleźć coś, co pozwoli nam przetrwać dzień z uśmiechem i lekkością.



 Gdy słucham tej piosenki kolejny raz, nie mogę nie zauważyć, jak niesamowicie trafia w codzienny chaos, w nasze drobne frustracje i presję, jaką sami na siebie nakładamy. To nie jest zwykły kawałek do puszczenia w tle – to lekcja o dystansie i własnych granicach. Każde powtórzenie refrenu „co mówię na to ja, olewka” działa jak mantra, która odcina od wszystkiego, co niepotrzebne. I nie chodzi tu o bierność, przeciwnie – chodzi o świadomość tego, co naprawdę zasługuje na naszą uwagę, a co jest stratą czasu i energii.

Zaskakuje mnie, jak bardzo prosta forma utworu, szybkie tempo i niemal banalne słowa potrafią wbić się w mózg i tam pozostać. Ta lekkość, z jaką Haratacze podchodzą do tematu, jest równocześnie prowokacją wobec całego świata, który wymaga od nas nieustannej reakcji, zaangażowania, przejmowania się opinią innych. Każdy, kto choć raz poczuł się przytłoczony powodzią komunikatów, komentarzy, oczekiwań, wie, że czasem najlepszym wyjściem jest po prostu odpuścić. I to właśnie daje mi ten utwór – pozwala na chwilę oderwać się od tego nieustannego „bycia w grze” i przypomina, że mogę mieć własny rytm.

Olewka w tej piosence nie jest egoizmem w złym tego słowa znaczeniu. To sztuka wybierania bitew, świadomość własnej wartości i ochrona spokoju psychicznego. Kiedy słucham fragmentu: „kiedy droga do celu jest długa i kręta, co mówisz na to ty, olewka”, myślę o wszystkich momentach, gdy za bardzo angażowałem się w sprawy, które w ostatecznym rozrachunku nie miały znaczenia. Ile razy pozwoliliśmy, by opinie innych decydowały o naszym samopoczuciu? Ile razy traciliśmy energię na rzeczy, które nie wpłyną ani na nasze życie, ani na życie innych? Ta piosenka jest jak przyjaciel mówiący: „Odpuść, to nie twoja wojna”.

Nie sposób też nie wspomnieć o energii, jaką niesie muzyka. Szybkie bity, wpadające w ucho refreny, rytmiczne akcenty – wszystko razem tworzy efekt, który trudno opisać słowami, ale który natychmiast odczuwasz ciałem. To muzyka, która nie pozwala siedzieć w miejscu, zmusza do ruchu, do uśmiechu, do małego buntu wobec świata, który chce nas zaszufladkować, utemperować, kontrolować. To taki niewinny akt wolności – nawet jeśli tylko przez trzy minuty, nawet jeśli tylko w salonie przy kawie, czy w drodze do pracy.

Najbardziej fascynujące w „Mam to w dupie” jest to, że jednocześnie uczy i bawi. Bo ileż można traktować życie tak serio? Ile razy pozwalamy, by drobne problemy stawały się dramatami, które odbierają nam spokój i radość? Tutaj nie ma dramatyzmu, tutaj jest prostota – i w tej prostocie kryje się siła. To nie jest piosenka o ucieczce od odpowiedzialności, ale o jej właściwym wybieraniu. Uczy selekcji bodźców – co przyjąć, a co zignorować.

W moim codziennym życiu, gdy stres w pracy narasta, gdy ludzie próbują mnie wciągnąć w swoje dramaty, myślę o tym utworze. Przypomina mi, że mogę reagować świadomie, mogę zachować spokój i dystans. Bo nie każda krytyka, nie każda opinia, nie każda niesprawiedliwość wymaga mojej reakcji. Czasami najlepszą strategią jest olewka – świadoma, przemyślana, chroniąca naszą energię i równowagę psychiczną.

To właśnie czyni ten kawałek wyjątkowym. Nie jest banalną piosenką, którą słucha się raz i odkłada. To filozofia w formie muzycznej, manifest zdrowego egoizmu, który nie rani innych, ale chroni nas przed własnym wyczerpaniem i frustracją. Daje poczucie kontroli nad własnym życiem w świecie, który często próbuje kontrolować nas.



 I tak kończy się moja podróż przez trzy dni słuchania jednej piosenki, która zdaje się być prostym kawałkiem o olewaniu świata, a w rzeczywistości kryje w sobie znacznie więcej. „Mam to w dupie” to dla mnie więcej niż refren, to mantra, która uczy, że życie jest krótkie, a energia, którą rozpraszamy na rzeczy nieistotne, nigdy nie wraca. Przez trzy dni ta prosta melodia zmieniała moje podejście do codziennych drobiazgów, pokazywała, że mogę decydować, komu i czemu pozwalam na wpływ na moje samopoczucie.

To nie jest lenistwo, nie jest bierność – to świadoma decyzja, by nie dawać władzy ludziom, sytuacjom czy opiniom, które nie wnoszą nic pozytywnego do mojego życia. Olewka, którą tak chętnie podkreślają Haratacze, działa jak tarcza ochronna, pozwalająca zachować spokój w świecie pełnym chaosu, dramatów i presji. To instrument samoochrony, który pozwala cieszyć się małymi rzeczami: uśmiechem, słońcem za oknem, dobrą kawą, rozmową z przyjacielem – bez zbędnego zatruwania się cudzymi frustracjami.

Co najważniejsze, piosenka przypomina, że nie musimy reagować na wszystko. Możemy wybrać momenty, w których chcemy zaangażować emocje, a kiedy indziej – po prostu spojrzeć i pomyśleć: „Mam to w dupie”. To nie jest obojętność – to mądrość wynikająca z doświadczenia, z obserwacji świata i własnych granic. To wyraźny komunikat: nie musisz wszystkiego brać do serca, nie musisz każdemu odpowiadać, nie musisz wchodzić w każdą walkę.

Dla mnie osobiście ta piosenka stała się codziennym przypomnieniem, że życie jest krótkie, a nasza energia cenniejsza niż niekończące się dramaty, które serwują nam inni. To manifest wolności – wolności emocjonalnej i mentalnej – który każdy może zastosować w swoim życiu. Po tych trzech dniach z utworem Harataczy czuję się lżejszy, spokojniejszy, bardziej świadomy swoich wyborów i tego, gdzie warto inwestować czas i emocje.

I tak zostaje mi tylko jedna myśl: niech każdy, kto zmaga się z presją, opiniami innych, dramatami codzienności, spróbuje czasem po prostu powiedzieć sobie te magiczne słowa: „Mam to w dupie”. Nie w sensie ignorowania odpowiedzialności, lecz w sensie ochrony swojej przestrzeni psychicznej i własnego spokoju. Bo życie jest za krótkie, by tracić energię na rzeczy, które nie przynoszą radości ani nie budują nas.

Ta piosenka nauczyła mnie, że w chaosie codzienności można odnaleźć prostą prawdę: nie wszystko wymaga naszej reakcji, nie wszystko jest warte emocji. Czasem najlepiej jest odpuścić, zostawić sprawy tam, gdzie są, i iść dalej – z uśmiechem, lekkością i poczuciem wolności, którą daje świadoma olewka.

A więc kończę mój felieton z podniesionym czołem i sercem lżejszym o kilka kilogramów codziennych frustracji. Bo jeśli jest coś, co warto zapamiętać, to fakt, że czasami nie ma nic bardziej uwalniającego niż… powiedzieć sobie w duchu: „Mam to w dupie”. I uwierzcie mi – działa to lepiej niż kawa, lepiej niż medytacja, a na pewno lepiej niż ciągłe zamartwianie się tym, czego nie da się zmienić.

Komentarze

  1. Witaj ciekawy tekst i te zdjęcie ale chodzi o coś innego niż tytuł Twojego tekstu sugeruje. Dla mnie chodzi o zajęcie się swoim życiem, jak trudne to jest jeśli inni stale od nas czegoś chcą. Mam taką koleżankę, która dzwoni i nigdy się nie zapyta co u mnie tylko od razu mówi o swoich problemach, nigdy nie podziękuję i nigdy doceniła, że jej pomagam nie tylko wysłuchując negatywnych spraw ale też dając jej wskazówki jak z tego wyjść, wiem że trzeba pomagać ale czasem czuję się z tym źle... Inna sprawa to której moim zdaniem pasuje Twój tekst to sytuacja gdzie martwimy się na zapas, a przecież przeszłości nikt nie zna i jeszcze jedno martwienie się tym na co nie mamy wpływu - strata energii jednak większość to robi pozdrawiam i dziękuję za komentarz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się z tym utożsamiam, zwłaszcza z tym „zajęciem się własnym życiem” w momencie, kiedy inni potrafią ciągnąć nas w swoje sprawy bez większego zastanowienia. Te relacje jednostronne potrafią naprawdę zmęczyć, bo z jednej strony chcesz być dobrym człowiekiem i wysłuchać, a z drugiej zaczyna brakować przestrzeni na siebie. I to, co piszesz o niewdzięczności albo braku równowagi, chyba dotyka więcej osób niż się głośno przyznaje.

      Usuń
  2. Zacznę od tego, że piosenki, o której piszesz... nie znam. A co do olewania? Jakiś czas temu nauczyłam się, że z pewnymi sprawami, rzeczami w ten właśnie sposób należy postępować. I nie chodzi to o jakieś złośliwości, pokazaniu komuś czegoś, ale jest szereg spraw, które tak naprawdę są nieistotnymi, to duperele, na które szkoda tracić czasu, życia, energii, zdrowia. Jasna sprawa, że, jak osoba w gorącej wodzie kompana czasem, kiedy coś mnie wkurzy mam ochotę na "odegranie się", ale po pewnym czasie (kilka, kilkanaście minut lub odrobina dłużej) przechodzi mi i po prostu nie chce mi się. Właśnie dlatego, że to coś naprawdę w gruncie rzeczy nieistotne. Oczywiscie, są w moim życiu pewne sprawy, które, jak tylko będę miała okazję na "zapłatę" z mojej strony zrobię to, ale mówimy o "innym kalibrze".
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam podobne podejście coraz częściej, ale przyznam, że nie zawsze to „olewanie” przychodzi tak łatwo i od razu — czasem emocje jednak robią swoje zanim człowiek zdąży je wyciszyć. I chyba właśnie tu jest haczyk: co dla jednej osoby jest „duperelem”, dla innej potrafi być czymś, co zostaje w głowie na długo. Pozdrawiam.

      Usuń
  3. Witaj Andrzeju
    Czasem to właśnie obojętność staje się formą obrony przed nadmiarem oczekiwań. Czasem trzeba się zastanowić nad tym tym, gdzie kończy się troska o innych, a zaczyna troska o samego siebie.
    Pozdrawiam letnim powiewem wiatru

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brzmi to bardzo spokojnie i dojrzale, ale mam wrażenie, że ta „obojętność” czasem potrafi się cienką linią zamienić w zwykłe odcięcie się od ludzi, nawet tych, którzy może nie zawsze umieją dobrze komunikować swoje potrzeby. I nie wiem, czy zawsze da się tak jasno wyznaczyć granicę między dbaniem o siebie a zamykaniem się na innych.

      Usuń
  4. Znam tę piosenkę i jest w niej przekaz, który bardzo mi pasuje.
    Byłam spowiednikiem, kołem ratunkowym, zbierałam troski wszystkich dookoła, przejmowałam się, chciałam naprawiać świat i tylko dla siebie brakowało czasu, siły i energii.
    Wreszcie nadeszło opamiętanie i chociaż trudno jest się nagle zmienić, to przynajmniej nabrałam dystansu i odpuściłam to wszystko, na co nie mam wpływu. Teraz jest mi dobrze!
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam wrażenie, że wielu z nas przez jakiś czas wpada w rolę „ratownika” dla wszystkich dookoła i dopiero później przychodzi zmęczenie tym wszystkim. Tylko zastanawiam się, czy to naprawdę da się tak po prostu „odpuścić” bez żadnych wyrzutów sumienia? Bo u mnie to działa falami – raz luz, a raz znowu wracam do starych nawyków. Pozdrawiam

      Usuń
    2. Doskonale Ciebie rozumiem, bo też długo się uczyłam i zbierałam "plony" swojej dobroczynności. Zarzekałam się, że już nigdy więcej i nie dotrzymywałam postanowienia. I tak aż do czasu, kiedy dostałam solidnego kopniaka, który zabolał tak mocno, że zmieniłam się totalnie.
      Nie ukrywam, że mam czasami zrywy, ale już umiem je w sobie wyhamować:)

      Usuń
    3. Chyba wielu z nas musi się sparzyć kilka razy, zanim nauczy się stawiać granice i nie brać wszystkiego na siebie. Paradoksalnie czasem ten najmocniejszy cios daje najlepszą lekcję, choć wolałoby się jej nigdy nie dostać.

      Usuń
  5. It is very important to know when to let go of things we cannot control and that ultimately don't matter. A lot of things seem more important than they are. Life is filled with different events, worries and obligations that don't matter much at the end of the day. Letting go is a skill. It is not laziness. It is about the ability to think critically, to discriminate between what is right and wrong, about wisdom of living in the moments, about the skill to know what is important and what not.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I completely agree with what you wrote. Letting go of things we cannot control is not weakness or laziness—it’s clarity. Most of the stress people carry comes from giving too much importance to things that won’t matter in the long run. The ability to distinguish what truly matters and what doesn’t is a form of wisdom.

      Being present and not overloading the mind with unnecessary worries is what helps us live more peacefully and intentionally. It’s really about choosing where to place your energy—and not wasting it on what you can’t change.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Kurier nie dostarcza paczek

   Są takie momenty, w których człowiek zaczyna się zastanawiać, czy cała ta nowoczesna wygoda nie jest jednak trochę grubą obietnicą bez pokrycia, sprzedawaną nam w pięknym opakowaniu „dostawy w 24 godziny”, „śledzenia przesyłki w czasie rzeczywistym” i „pełnej transparentności logistyki”, która w teorii ma zdejmować z nas ciężar czekania, a w praktyce coraz częściej tylko go multiplikuje. Bo coś dziwnego dzieje się w tym pozornie prostym mechanizmie: zamawiasz paczkę, widzisz ją na mapie, niemal czujesz jej ruch w systemie, a potem nagle wszystko się zatrzymuje, jakby ktoś w połowie zdania wyrwał kartkę z książki i uznał, że dalszy ciąg nie jest już twój. I właśnie w tym zawieszeniu zaczyna się prawdziwa historia współczesnej logistyki, tej niewidzialnej infrastruktury codzienności, która miała być jak krwiobieg nowoczesnego świata, a coraz częściej przypomina system nerwowy przeciążony do granic możliwości, reagujący z opóźnieniem, czasem wcale, czasem w sposób zupełnie nie...

Zabójcze buty

   Zaczęło się zupełnie niewinnie. Jedna wiadomość, jakich dziennie dostajemy dziesiątki. Link wysłany przez znajomą, bez większego wprowadzenia, tylko krótki komentarz: „Zobacz to… czy to jest jeszcze moda, czy już broń?”. Kliknąłem. I przez chwilę miałem wrażenie, że patrzę na coś, co istnieje gdzieś na granicy żartu, prowokacji i absurdu. Bo jak inaczej nazwać buty na osiemnastocentymetrowym obcasie, z ostrym, niemal agresywnym noskiem i paskiem, który bardziej przypomina zabezpieczenie niż element stylizacji? „Zabójcze buty” to określenie, które pojawiło się w tej rozmowie pół żartem, pół serio. Tylko że im dłużej się im przyglądałem, tym mniej było w tym żartu. Żyjemy w czasach, w których moda przestała być tylko ubraniem. Stała się komunikatem. Deklaracją. Manifestem. I o ile przez lata przyzwyczailiśmy się do tego, że potrafi być niewygodna, ekstrawagancka, czasem nawet absurdalna, to jednak gdzieś po drodze przekroczyliśmy granicę, o której rzadko mówimy wprost. Granic...

Auto bez prawa jazdy

    „Samochód bez prawa jazdy” – takie hasło potrafi brzmieć kusząco, zwłaszcza gdy pojawia się przy małym autku z tablicą rejestracyjną przypominającą tę od motoroweru. W internecie bez większego problemu można znaleźć ogłoszenia o sprzedaży mikrosamochodów określanych jako auta „bez prawa jazdy” albo wręcz „na dowód osobisty”. Dla osoby, która nie zna szczegółowo przepisów, wszystko może się tutaj zgadzać: niewielkie gabaryty, prędkość ograniczona do 45 km/h, mały silnik i wygląd, który bardziej przypomina motorower niż klasyczny samochód. Skoro więc istnieją pojazdy, którymi można poruszać się bez prawa jazdy, gdzie właściwie przebiega granica? Problem w tym, że przepisy nie klasyfikują pojazdu wyłącznie na podstawie jego wyglądu czy maksymalnej prędkości. To, co dla kupującego może wyglądać jak „samochód na dowód”, w świetle prawa może być zupełnie inną kategorią pojazdu, do której prowadzenia wymagane są konkretne uprawnienia. I właśnie tutaj łatwo wpaść w pułapkę atrakcy...