Nigdy ponad stan: prosta zasada, która chroni przed finansowym chaosem

 


 Nie pamiętam już dokładnie, kiedy zaczęliśmy mylić lepsze życie z droższym życiem. Chyba stało się to powoli, niemal niezauważalnie, gdzieś pomiędzy kolejnymi reklamami, zdjęciami z wakacji za granicą, nowymi modelami samochodów i tym dziwnym poczuciem, że jeśli czegoś nie pokazujesz, to być może tego nie masz. Współczesny świat nauczył nas bardzo sprytnej sztuczki. Wmówił nam, że wartość człowieka można odczytać z rzeczy, które stoją pod domem, wiszą w szafie albo pojawiają się na ekranie telefonu. Nie trzeba już mówić, kim jesteś. Wystarczy pokazać, czym jeździsz, gdzie jesz, co kupujesz i ile kosztuje to, czego używasz. Cała reszta, czyli charakter, cierpliwość, odpowiedzialność i sposób, w jaki człowiek zachowuje się wtedy, gdy nikt nie patrzy, stała się jakby mniej atrakcyjna, mniej widoczna, mniej potrzebna.

A jednak jest coś niezwykle przewrotnego w tym całym wyścigu. Im więcej rzeczy próbujemy zdobyć, tym częściej okazuje się, że wcale nie chodziło o rzeczy. Ten nowy samochód, droższy zegarek, większe mieszkanie albo ubranie z rozpoznawalnym logo często nie są tylko przedmiotami. Stają się komunikatem wysyłanym światu. Cichym krzykiem: „udało mi się”, „nie jestem już tam, gdzie byłem”, „zobaczcie, że dałem radę”. Problem zaczyna się wtedy, kiedy człowiek przestaje kupować rzeczy dla siebie, a zaczyna kupować je dla cudzych spojrzeń. Kiedy własna satysfakcja zostaje zastąpiona chwilowym zachwytem obcych ludzi, którzy za kilka sekund przesuną palcem po ekranie i przejdą dalej.

Najbardziej interesujące w ludzkich zachowaniach jest to, że potrafimy doskonale usprawiedliwiać własne decyzje. Potrafimy znaleźć tysiące powodów, dla których akurat ten zakup był konieczny, ta rata była rozsądna, ten wydatek był inwestycją w siebie. Człowiek ma niezwykłą zdolność tworzenia historii, w których zawsze jest bohaterem podejmującym logiczne decyzje. Nawet wtedy, gdy gdzieś głęboko wie, że część tych wyborów wynikała nie z potrzeby, ale z presji. Z porównywania się. Z tego ukrytego ukłucia, które pojawia się, gdy widzimy kogoś, kto ma coś, czego sami jeszcze nie mamy.

Finanse bardzo często nie są tylko matematyką. Są lustrem psychiki. Pokazują nasze lęki, ambicje, kompleksy i pragnienia. Pokazują, czego próbujemy sobie dowieść. Jedna osoba odkłada każdy grosz, bo pamięta czasy, gdy brakowało jej bezpieczeństwa. Druga wydaje wszystko, bo chce wreszcie poczuć, że żyje inaczej niż kiedyś. Ktoś kupuje drogi samochód, bo zawsze marzył o tym od dzieciństwa. Ktoś inny patrzy na ten samochód i widzi tylko niepotrzebny wydatek. Obie osoby mogą mieć rację, bo za pieniędzmi prawie nigdy nie stoją wyłącznie liczby. Za nimi stoją historie.

Najbardziej fascynujące jest to, że człowiek często nie zauważa momentu, w którym komfort zaczyna zamieniać się w ciężar. Początkowo nowa rzecz daje radość. Jest symbolem nagrody, dowodem postępu, małym zwycięstwem nad dawnymi ograniczeniami. Potem jednak pojawia się przyzwyczajenie. To, co kiedyś było luksusem, staje się normalnością. Po czasie nie cieszy już tak samo, ale utrzymanie tego poziomu życia zaczyna wymagać coraz większego wysiłku. Nagle człowiek nie pracuje już tylko po to, żeby spełniać marzenia. Pracuje po to, żeby utrzymać obraz siebie, który stworzył.

To chyba jeden z największych paradoksów współczesnego świata. Ludzie kupują rzeczy, które miały dać im wolność, a potem stają się ich więźniami. Biorą kredyty na wygodniejsze życie, a później oddają spokój za możliwość posiadania tego, co miało ten spokój zapewnić. Zdobywają symbole sukcesu, ale czasem tracą przestrzeń, w której mogli ten sukces naprawdę poczuć. Z zewnątrz wszystko wygląda dobrze. Zdjęcia się zgadzają, liczby się zgadzają, uśmiech też często się zgadza. Tylko gdzieś pomiędzy kolejnymi wydatkami pojawia się pytanie, którego nie zawsze chce się słuchać: czy to jeszcze moje życie, czy już życie zaprojektowane pod oczekiwania innych?

Zasada „nigdy ponad stan” brzmi banalnie. Może nawet trochę staromodnie w świecie, który kocha szybkie efekty i natychmiastowe nagrody. Dzisiaj cierpliwość nie jest szczególnie modna. Nie sprzedaje się tak dobrze jak wizja szybkiego sukcesu. Łatwiej kliknąć w historię kogoś, kto w kilka miesięcy zmienił wszystko, niż zainteresować się człowiekiem, który przez lata spokojnie budował swoją stabilność. Powolny rozwój jest mało widowiskowy. Nie ma efektu „wow”. Nie generuje tylu reakcji. Nie daje tego krótkiego uderzenia emocji, którego tak często szukamy.

A przecież wiele najważniejszych rzeczy w życiu powstaje właśnie w ciszy. Bez fanfar, bez publiczności, bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Człowiek, który potrafi powiedzieć sobie „jeszcze nie teraz”, często prowadzi trudniejszą walkę niż ten, kto po prostu bierze to, czego chce. Bo odmawianie sobie czegoś nie zawsze jest oznaką braku możliwości. Czasami jest świadomym wyborem. Czasami jest próbą zachowania czegoś znacznie cenniejszego niż kolejny przedmiot: poczucia, że to my kontrolujemy swoje decyzje, a nie one kontrolują nas.

Najbardziej uderzające jest to, że społeczeństwo często inaczej ocenia ludzi oszczędnych i ludzi żyjących na pokaz. Ten pierwszy bywa postrzegany jako ktoś, kto sobie odmawia, kto „nie korzysta z życia”, kto przesadnie kalkuluje. Ten drugi często zbiera podziw, nawet jeśli za fasadą kryje się chaos. Potrafimy zachwycać się efektem końcowym, zupełnie ignorując cenę, jaką ktoś za niego płaci. Widzimy samochód, ale nie widzimy stresu. Widzimy dom, ale nie widzimy ciężaru decyzji. Widzimy luksus, ale nie widzimy wszystkich rzeczy, z których ktoś musiał zrezygnować.

Może właśnie dlatego tak trudno znaleźć własną definicję dostatku. Dla jednego człowieka bogactwem będzie możliwość kupienia czegoś bez patrzenia na cenę. Dla drugiego bogactwem będzie spokojny sen bez myślenia o rachunkach. Dla kogoś jeszcze innego największym luksusem będzie czas spędzony z rodziną albo świadomość, że nie musi nikomu niczego udowadniać. Problem polega na tym, że żyjemy w świecie, który bardzo chętnie podsuwa gotowe odpowiedzi. Pokazuje nam, co powinno robić wrażenie. Pokazuje, czego powinniśmy chcieć. Pokazuje, jak wygląda sukces.

A gdzieś pomiędzy tym wszystkim zostaje człowiek ze swoimi cichymi decyzjami, małymi wyborami i własnym tempem. Człowiek, który nie zawsze chce biec szybciej. Który czasem woli mieć mniej, ale spokojniej. Który pamięta, że rzeczy mogą być dodatkiem do życia, ale nigdy nie powinny stać się jego jedynym dowodem. Bo najdziwniejsze w tym całym wyścigu jest to, że na końcu bardzo często nie pytamy siebie, ile udało się posiadać, ale ile udało się naprawdę przeżyć.

I może właśnie dlatego tak trudno oprzeć się pokusie życia ponad stan. Nie dlatego, że ludzie są nierozsądni albo słabi. Bardziej dlatego, że każdy z nas nosi w sobie jakieś niezaspokojone pragnienie. Potrzebę uznania, bezpieczeństwa, zmiany, udowodnienia sobie czegoś. Czasem kupujemy nie przedmiot, ale emocję, której szukamy. Chwilę dumy. Chwilę spokoju. Chwilę poczucia, że jesteśmy już kimś innym niż kiedyś.

A później zostaje wieczór, cisza mieszkania, wyłączony ekran i ten krótki moment, kiedy człowiek zostaje sam ze swoimi wyborami, bez komentarzy, bez reakcji, bez cudzych opinii. Wtedy wszystkie symbole sukcesu trochę tracą swój blask, a na powierzchnię wychodzi coś znacznie bardziej osobistego, czego nie da się kupić ani pokazać. Coś, co pozostaje gdzieś pomiędzy tym, czego chcieliśmy, a tym, czego naprawdę potrzebowaliśmy.



 Największy paradoks pieniędzy polega chyba na tym, że człowiek całe życie próbuje zdobyć coś, co często miało być tylko środkiem, a po drodze zaczyna traktować to jak cel sam w sobie. Pieniądze miały dawać wybór, a czasem zaczynają narzucać kierunek. Miały zdejmować ciężar z głowy, a potrafią stworzyć zupełnie nowe ciężary, których wcześniej nawet nie było. Zamiast martwić się o brak, człowiek zaczyna martwić się o utrzymanie poziomu, który sam sobie ustawił. Zamiast bać się, że czegoś nie ma, zaczyna bać się, że coś straci. I ta zmiana jest tak subtelna, że często trudno zauważyć moment, w którym spokojne budowanie życia zamienia się w nieustanną ochronę własnego wizerunku.

Ludzie bardzo często nie kupują rzeczy. Kupują opowieści o sobie. To chyba jedna z najbardziej ludzkich cech, a jednocześnie jedna z najbardziej zdradliwych. Przedmiot sam w sobie jest tylko przedmiotem. Samochód jest kawałkiem metalu, ubranie jest materiałem, telefon jest urządzeniem, mieszkanie jest przestrzenią zamkniętą ścianami. Dopiero człowiek nadaje temu znaczenie. Tworzy z tych rzeczy symbole, przypisuje im emocje, buduje wokół nich własną historię. Nowe auto nie jest już tylko autem. Staje się dowodem, że ktoś wyszedł z trudnego okresu. Drogie ubranie nie jest tylko ubraniem. Staje się próbą zakomunikowania światu, że ktoś jest ważny. Większy dom nie jest tylko większym domem. Czasem jest odpowiedzią na lata poczucia, że było się kimś niewystarczającym.

I właśnie tutaj zaczyna się najbardziej skomplikowana część ludzkiej psychiki, bo często nawet sami przed sobą nie przyznajemy, dlaczego naprawdę czegoś chcemy. Łatwiej powiedzieć, że samochód jest wygodniejszy, zegarek bardziej elegancki, mieszkanie bardziej funkcjonalne. Łatwiej stworzyć racjonalne argumenty niż spojrzeć głębiej i zobaczyć tę małą, ukrytą potrzebę, która czasem siedzi pod wszystkim. Potrzebę bycia zauważonym. Potrzebę poczucia, że przeszliśmy pewną drogę. Potrzebę pokazania sobie i innym, że nie jesteśmy już osobą, którą kiedyś byliśmy.

Nie ma w tym nic dziwnego. Człowiek od zawsze opowiadał swoją historię poprzez rzeczy, które posiadał. Dawniej były to inne symbole, inne formy prestiżu, inne sposoby pokazywania pozycji. Dzisiaj świat tylko zmienił narzędzia. Zamiast rozmów przy stole mamy zdjęcia w internecie. Zamiast sąsiada widzącego nowy samochód mamy setki osób obserwujących krótką publikację. Zamiast jednej opinii pojawiają się dziesiątki reakcji. Problem nie polega nawet na samym pokazywaniu czegokolwiek. Problem zaczyna się wtedy, kiedy człowiek zaczyna żyć tak, aby zasłużyć na reakcję innych, a nie po to, żeby samemu czuć się dobrze ze swoim życiem.

Współczesny świat jest wyjątkowo skuteczny w podsycaniu tego mechanizmu. Każdego dnia ktoś pokazuje nam fragment swojego życia, który wygląda lepiej niż nasze. Nowy samochód, egzotyczna podróż, idealne mieszkanie, perfekcyjny wygląd, sukces zawodowy. Oczywiście wiemy, że to tylko fragment rzeczywistości. Wiemy, że ludzie pokazują najlepsze momenty, a chowają trudniejsze strony. A mimo tego coś w środku reaguje. Pojawia się porównanie. Ciche, prawie niezauważalne. To uczucie, że może robimy za mało, że może jesteśmy za wolni, że może powinniśmy mieć więcej.

Najbardziej niebezpieczne nie są wielkie decyzje podejmowane pod wpływem emocji. Najbardziej niebezpieczne są małe kompromisy, które wyglądają niewinnie. Jeden zakup, który przecież „niczego nie zmienia”. Jedna rata, która „spokojnie się zmieści”. Jedna zachcianka, która przecież „należy się po tylu latach pracy”. Każda osobno wydaje się logiczna. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy tych małych decyzji robi się kilkadziesiąt i nagle człowiek orientuje się, że jego przyszłość została po kawałku wymieniona na teraźniejsze przyjemności.

To niezwykłe, jak bardzo ludzie potrafią przyzwyczaić się do nowych poziomów życia. Rzeczy, o których kiedyś marzyli, po pewnym czasie stają się zwyczajne. Pierwszy wyjazd za granicę był wydarzeniem. Kolejny był przyjemnością. Dziesiąty stał się czymś oczywistym. Pierwszy droższy samochód był spełnieniem marzenia. Po kilku latach pojawia się myśl o jeszcze lepszym modelu. Człowiek szybko przesuwa granicę tego, co uważa za normalne. To, co kiedyś wydawało się luksusem, nagle staje się standardem, którego trzeba bronić.

I tutaj pojawia się kolejna sprzeczność. Wielu ludzi marzy o wolności finansowej, ale jednocześnie buduje życie, które wymaga coraz większego finansowania. Marzą o spokoju, ale wybierają zobowiązania, które odbierają im spokój. Chcą mieć więcej czasu, ale zwiększają swoje potrzeby do poziomu, który wymaga jeszcze większego zaangażowania. To nie zawsze wynika z braku rozsądku. Czasem wynika z tego, że człowiek po prostu próbuje nadążyć za światem, który cały czas podnosi poprzeczkę.

Najdziwniejsze jest to, że często najbardziej wartościowe rzeczy w życiu nie robią żadnego wrażenia na zewnątrz. Spokojna noc bez stresu. Możliwość powiedzenia „nie” bez strachu. Chwila spędzona z bliskimi bez patrzenia na zegarek. Świadomość, że nie trzeba nikomu niczego udowadniać. To są rzeczy trudne do pokazania. Nie mają połysku, nie mieszczą się w krótkim filmiku, nie wywołują natychmiastowego zachwytu. A jednak często właśnie one decydują o tym, czy człowiek naprawdę czuje się dobrze.

Można mieć bardzo dużo i jednocześnie cały czas czuć brak. Można mieć niewiele i czuć ogromną wdzięczność. Ta sprzeczność od dawna towarzyszy ludziom. Nie chodzi wyłącznie o pieniądze. Chodzi o sposób, w jaki człowiek patrzy na siebie. Jeśli poczucie własnej wartości zależy od tego, co posiada, zawsze znajdzie się coś, czego będzie brakować. Zawsze będzie ktoś bogatszy, szybszy, bardziej widoczny. Zawsze pojawi się kolejny poziom, kolejny cel, kolejny symbol, który ma przynieść tę jedną rzecz, której tak naprawdę szukamy.

A czasem człowiek nie szuka rzeczy. Szuka potwierdzenia. Potwierdzenia, że jest wystarczający. Że jego wysiłek miał sens. Że wszystkie trudne momenty nie poszły na marne. Że ktoś w końcu zauważy drogę, którą przeszedł. I być może właśnie dlatego pieniądze mają tak ogromną władzę nad ludzkimi emocjami. Bo nigdy nie są tylko pieniędzmi. Są wspomnieniami, ambicjami, lękami i marzeniami zamkniętymi w jednej liczbie.

Najtrudniejsze decyzje nie dotyczą często tego, co można kupić, ale tego, z czego człowiek jest gotów zrezygnować. Każdy wybór ma swoją niewidoczną cenę. Czasami płaci się pieniędzmi. Czasami czasem. Czasami spokojem. Czasami własnym poczuciem bezpieczeństwa. Tylko że te ukryte koszty nie pojawiają się od razu. Przychodzą później, często wtedy, gdy pierwsza ekscytacja już minie, gdy nowość przestaje działać, gdy rzecz, która miała coś zmienić, staje się kolejnym elementem codzienności.

Może właśnie dlatego tak wiele osób wraca myślami do prostszych czasów. Nie dlatego, że były idealne. Nie dlatego, że brakowało w nich problemów. Bardziej dlatego, że wtedy granica między tym, czego człowiek chciał, a czego naprawdę potrzebował, była czasem wyraźniejsza. Dzisiaj te dwie rzeczy często mieszają się ze sobą tak mocno, że trudno je rozdzielić.

Gdzieś pomiędzy pragnieniem większego życia a potrzebą spokojnego życia każdy człowiek tworzy własną historię. Jedni biegną szybciej, inni wolniej. Jedni chcą zdobywać coraz więcej, inni szukają miejsca, w którym mogą po prostu zostać. Nie ma jednej drogi, jednego rytmu, jednego sposobu mierzenia sukcesu. Pozostaje tylko ta dziwna, cicha rozmowa człowieka z samym sobą, która zaczyna się wtedy, gdy znikają wszystkie zewnętrzne symbole, a zostaje tylko pytanie, czy to, za czym tak długo goniliśmy, rzeczywiście było tym, czego przez cały czas szukaliśmy.



 Najtrudniejsze w całym tym wyścigu nie jest chyba samo zdobywanie. Zdobywanie ma w sobie coś prostego, niemal pierwotnego. Jest cel, jest droga, jest wysiłek, jest moment, w którym można spojrzeć za siebie i powiedzieć, że coś zostało osiągnięte. Znacznie bardziej skomplikowane staje się to, co dzieje się później, kiedy człowiek już ma to, o czym kiedyś marzył, ale wcale nie czuje tej wielkiej zmiany, której się spodziewał. Pojawia się dziwna pustka, której nie da się łatwo nazwać, bo przecież wszystko powinno się zgadzać. Liczby się zgadzają, rzeczy się zgadzają, obraz z zewnątrz wygląda dobrze, a mimo tego gdzieś pod powierzchnią pozostaje ciche wrażenie, że coś nadal jest niepełne.

Może dlatego tak często ludzie przesuwają granicę. Nie dlatego, że są wiecznie nienasyceni, ale dlatego, że próbują odnaleźć ten jeden moment, w którym w końcu poczują, że wystarczy. Tylko że to uczucie bardzo często ucieka. Jest jak horyzont, który wygląda na bliski, kiedy człowiek idzie w jego stronę, ale z każdym kolejnym krokiem oddala się dokładnie o tyle samo. Jeszcze jeden zakup. Jeszcze jeden awans. Jeszcze jeden cel. Jeszcze jeden dowód, że człowiek jest dalej niż kiedyś. A potem znowu pojawia się kolejna granica, kolejna potrzeba, kolejny punkt, który wydaje się tym właściwym.

Najbardziej interesujące jest to, że człowiek potrafi tę gonitwę nazwać na wiele sposobów. Ambicją. Rozwojem. Dążeniem do lepszego życia. Czasami rzeczywiście tym jest. Czasami jednak pod tymi wszystkimi pięknymi słowami ukrywa się zwykły strach. Strach przed powrotem do miejsca, z którego kiedyś udało się wydostać. Strach przed tym, że ktoś zobaczy słabość. Strach przed poczuciem, że mimo tylu wysiłków nadal nie jest się wystarczająco dobrym. Pieniądze stają się wtedy nie tylko narzędziem wygody, ale także pancerzem. Czymś, co ma chronić przed dawnymi kompleksami, wspomnieniami i poczuciem niepewności.

Tylko że żaden pancerz nie pozostaje całkowicie niewidoczny. Z czasem zaczyna ważyć. Początkowo daje poczucie siły, później wymaga ciągłego noszenia. Człowiek zaczyna pilnować nie tylko tego, co posiada, ale też tego, jak jest postrzegany. Zaczyna dbać o obraz, który stworzył. Czasami bardziej niż o własne samopoczucie. Bo przecież trudno przyznać przed innymi, że coś, co miało być spełnieniem marzeń, stało się źródłem presji. Trudno powiedzieć głośno, że sukces z zewnątrz nie zawsze wygląda tak samo od środka.

Właśnie dlatego tak wiele ludzkich historii pozostaje niewidocznych. Widzimy efekt, ale nie widzimy napięcia, które mu towarzyszyło. Widzimy kogoś, kto „wszystko osiągnął”, ale nie widzimy wieczorów, podczas których ta osoba zastanawiała się, czy jeszcze nad wszystkim panuje. Widzimy rzeczy, ale nie widzimy emocji, które za nimi stoją. A przecież za każdą decyzją finansową często kryje się jakaś osobista opowieść. Czasem jest tam duma. Czasem potrzeba udowodnienia czegoś. Czasem próba wynagrodzenia sobie lat, w których czegoś brakowało.

Być może największa pułapka polega na tym, że człowiek bardzo łatwo zaczyna mierzyć swoje życie cudzą miarą. Patrzy na innych i zapomina, że każdy ma zupełnie inny punkt startu, inne doświadczenia, inne lęki i inne marzenia. Ktoś kupuje luksusowy samochód i dla jednej osoby będzie to symbol sukcesu, dla innej niepotrzebny ciężar. Ktoś mieszka skromnie i czuje wolność, ktoś inny będzie czuł, że ciągle czegoś mu brakuje. Te same rzeczy mogą mieć zupełnie inne znaczenie dla różnych ludzi.

Może właśnie dlatego tak trudno znaleźć granicę między rozsądnym korzystaniem z życia a próbą zagłuszenia czegoś głębszego. Bo człowiek potrafi bardzo przekonująco tłumaczyć sam sobie własne decyzje. Potrafi zamienić impuls w plan, zachciankę w konieczność, potrzebę akceptacji w „inwestycję w siebie”. Umysł jest niezwykle sprawnym narratorem. Buduje historie, w których wszystko ma sens. Dopiero czasami, w tych spokojniejszych momentach, kiedy nie ma już czym się zajmować, pojawia się niepokojące pytanie, którego nie da się tak łatwo zagłuszyć kolejnym zakupem.

Najdziwniejsze jest to, że ludzie często nie boją się samego braku pieniędzy. Bardziej boją się powrotu do wersji siebie, którą zostawili za sobą. Boją się ponownie poczuć niewystarczający komfort, dawną bezradność, ograniczenia, których kiedyś doświadczyli. Dlatego czasami wydają nie tylko po to, żeby mieć. Wydają po to, żeby zapomnieć. Żeby udowodnić sobie, że tamten etap już się skończył. Że są już kimś innym.

A jednak przeszłość ma dziwną właściwość. Nie znika tylko dlatego, że zmienia się otoczenie. Można mieszkać w większym domu i nadal nosić w sobie dawne lęki. Można zarabiać więcej i nadal szukać potwierdzenia swojej wartości. Można mieć wszystko, czego kiedyś brakowało, a mimo tego czasem tęsknić za prostotą, której nie da się kupić.

Może dlatego niektóre osoby, które z zewnątrz wydają się najbardziej spełnione, wcale nie wyglądają na najbardziej spokojne. Bo spokój nie zawsze przychodzi razem z kolejnym osiągnięciem. Czasami przychodzi dopiero wtedy, gdy człowiek przestaje bez końca negocjować swoją wartość ze światem. Tylko że to jest proces cichy, niewidoczny i pozbawiony efektów, które można pokazać innym.

Nie da się zrobić zdjęcia spokojowi. Nie da się wrzucić do internetu chwili, w której człowiek po prostu czuje, że niczego nie musi udowadniać. Nie da się kupić poczucia, że jest się dokładnie tam, gdzie powinno się być. A mimo to całe życie próbujemy znaleźć właśnie takie rzeczy, tylko często szukamy ich w miejscach, które nigdy nie były stworzone, żeby je dawać.

Może gdzieś pomiędzy potrzebą posiadania a potrzebą wolności każdy człowiek próbuje odnaleźć własną równowagę. Jedni wybierają drogę szybszą, pełną ryzyka i wielkich celów. Inni wolniejszą, bardziej ostrożną, opartą na cierpliwym budowaniu. Jedni patrzą na życie jak na wyścig, inni jak na długą podróż. Każdy niesie swoje powody, których nikt z zewnątrz nie widzi.

A później przychodzi zwykły dzień. Taki bez wielkich wydarzeń. Bez nowych zakupów, bez kolejnych sukcesów, bez potrzeby robienia wrażenia. Dzień, w którym człowiek zostaje sam ze swoim światem, ze swoimi decyzjami i z tym dziwnym uczuciem, że nie wszystkie najważniejsze rzeczy można policzyć. Gdzieś pomiędzy tym, co udało się zdobyć, a tym, czego nadal się szuka, pozostaje ta cicha przestrzeń, w której nie ma już publiczności, nie ma porównań i nie ma żadnej roli do odegrania. Jest tylko człowiek i wszystko to, czego nie da się kupić.

Komentarze

  1. "Współczesny świat nauczył nas bardzo sprytnej sztuczki. Wmówił nam, że wartość człowieka można odczytać z rzeczy, które stoją pod domem, wiszą w szafie albo pojawiają się na ekranie telefonu. Nie trzeba już mówić, kim jesteś. Wystarczy pokazać, czym jeździsz, gdzie jesz, co kupujesz i ile kosztuje to, czego używasz." - pozwolę sobie zauważyć, że to nie jest wymysł współczesnego świata. Zjawisko znane jest od dawna, o czym świadczą wymowne słowa bohatera z Wesela" Wyspiańskiego:
    "Zdobędę se pański dwór,
    wywlekę se złoty wór;
    złoty wór wysypie
    ludziskom przed ślipie:
    nakupie se pawich piór!"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, to chyba bardziej stara ludzka skłonność niż znak naszych czasów. Dzisiaj po prostu łatwiej ją zauważyć, bo media społecznościowe wystawiają wszystko na pokaz i jeszcze bardziej ją wzmacniają. Cytat z „Wesela” świetnie pokazuje, że potrzeba imponowania innym istniała od dawna. Ciekawe tylko, czy dziś naprawdę robimy to częściej, czy po prostu wszystko jest bardziej widoczne?

      Usuń
    2. A dziś, a dziś Pawie Pióra nie świadczą o statusie, jak w komentarzu wyżej, ale działają te same mechanizmy, tylko rzeczy wyglądają inaczej. Według mnie, tzw. święty spokój, to najwyższy status, bo mówi o człowieku więcej, niż wszystkie "dobra" materialne. Nie każdego stać na taki luksus.

      Usuń
    3. Z wiekiem coraz bardziej dochodzę do wniosku, że święty spokój naprawdę staje się dobrem, którego nie da się po prostu kupić. Z drugiej strony czasem mam wrażenie, że niektórzy mylą go z wycofaniem się z życia, a to przecież nie to samo.

      Usuń
  2. No niestety dużo ludzi żyje ponad stan, a z czasem się okazuje, że te wszystkie materialne rzeczy, które są wartościowe, wcale szczęścia nie dają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam podobne odczucia. Czasem wygląda to tak, jakby łatwiej było kupić kolejną rzecz niż zastanowić się, czego naprawdę nam brakuje. Z drugiej strony nie demonizowałbym też pieniędzy, bo potrafią dać spokój i poczucie bezpieczeństwa, a to też jest ważne, jednak nigdy ponad stan.

      Usuń

  3. "Finanse bardzo często nie są tylko matematyką. Są lustrem psychiki". Masz rację. Pieniądze to emocje i emocje rządzą. Jeden kupuje pod wpływem chwili aby poczuć ulgę lub radość, inny powtarza wzorce z domu nawet gdy są złe, a jeszcze inni poprawiają sobie poczucie własnej wartości i płacą za status, silą się by imponować innym. Żyjemy w czasach wielkiego konsumpcjonizmu, w czasach w których człowiek stał się narzędziem w systemie, a nie celem samym w sobie. Liczy się to, co przynosi szybki efekt, a nie to, jakim jesteś człowiekiem. Wartość jednostki mierzy się jej statusem materialnym i tym, co posiada, a nie jej wiedzą i charakterem. Czytając Twoje spostrzeżenia zastanawiałam się czemu tak się dzieje, dlaczego staliśmy się tak podatni. I tak sobie myślę, że ta dostrzegana coraz powszechniej "marność ludzka" wynika z tego, że człowiek przestał być wartością nadrzędną ...nie wychowujemy już ludzi w duchu, że to ich wiedza, morale, wierność zasadom, honor, duma, bycie człowiekiem przez duże "C" są najważniejsze. To efekt kryzysu współczesnego humanizmu i wychowania wyjaławia ludzi. Współczesny świat często stawia na użyteczność, zysk, technologię i natychmiastowy sukces, spychając głęboką refleksję moralną oraz wewnętrzną prawość człowieka na dalszy plan...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, że pieniądze bardzo często pokazują nasze emocje i podejście do życia, a nie tylko stan konta. Mam jednak wrażenie, że problem nie leży w samych pieniądzach czy rzeczach, tylko w tym, że czasem pozwalamy im zastąpić poczucie własnej wartości. Z drugiej strony świat zawsze miał swoje hierarchie i symbole statusu, tylko dziś są one bardziej widoczne przez internet.

      Usuń
  4. Tak myślę /choć wolałabym się mylić / ze obecnie człowiek bardziej jest ceniony za to co ma a nie za to kim jest...
    No ale chyba zawsze tak było...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam czasem takie wrażenie, chociaż nie wiem, czy to naprawdę się nasiliło, czy po prostu przez media społecznościowe bardziej to widać. Mam jednak nadzieję, że w bliższych relacjach nadal liczy się charakter, a nie stan konta czy marka samochodu. Z drugiej strony historia pokazuje, że ludzie od dawna oceniali innych po statusie, więc może zmieniły się tylko symbole.

      Usuń
  5. Do tego wyścigu, w gromadzeniu dóbr materialnym i porównywaniu się bardzo przyczynia się grupa odniesienia na przykład koledzy ze szkoły średniej, którzy pomimo upływu lat trzymają się razem; przyjaciółki ze szkolnej ławy, jednej zaczęło się nagle lepiej wieść, a druga chcąc jej dorównać robi wszystko, żeby mieć to co ona.
    To czasem nie sam stan posiadania, ale fakt przynależności do grupy, o której zwykły śmiertelnik nawet nie może pomarzyć, a co za tym idzie przywileje, choćby takie- mnie wolno więcej niż innym, plasuje takiego człowieka wyżej, pozwala łamać prawo, bez ponoszenia odpowiedzialności.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Zabójcze buty

Mam dość sąsiadki, jak jedna osoba zamieniła moje życie w piekło

Kurier nie dostarcza paczek