Halloween od dawna przestało być tylko zwykłą zabawą z dynią, przebraniem i kilkoma śmiesznymi dekoracjami wiszącymi w oknach. Stało się czymś znacznie większym, choć może właśnie ten rozrost znaczeń jest najbardziej interesujący. Z pozoru chodzi przecież o kilka godzin przebierania się, śmiechu, makijażu imitującego rany i zabawy w udawanie czegoś, czym człowiek nie jest. A jednak wystarczy powiedzieć, że ktoś nie obchodzi Halloween, aby nagle pojawiły się pytania, podejrzenia, etykiety i próby odgadnięcia, co tak naprawdę kryje się za takim wyborem. Jakby brak zainteresowania jedną konkretną zabawą musiał oznaczać deklarację wojny przeciwko całemu światu, określony światopogląd albo ukrytą niechęć wobec ludzi, którzy bawią się inaczej.
Najbardziej zastanawiające w tym wszystkim nie jest samo Halloween, lecz sposób, w jaki ludzie reagują na cudzą obojętność. W czasach, kiedy każdy wybór coraz częściej traktowany jest jak manifest, zwykłe „nie, to nie dla mnie” zaczyna brzmieć dla wielu osób jak prowokacja. Nie wystarczy już nie lubić konkretnej muzyki, filmu, trendu czy święta. Natychmiast pojawia się potrzeba znalezienia głębszego powodu, ukrytej ideologii, drugiego dna. Jakby człowiek nie miał prawa po prostu czegoś nie czuć, nie rozumieć fenomenu albo zwyczajnie nie mieć ochoty brać udziału w zbiorowej fascynacji.
Właśnie ta presja uczestnictwa wydaje się czasem bardziej interesująca niż samo Halloween. Współczesna kultura bardzo lubi tworzyć rzeczy, które mają być obowiązkowo atrakcyjne. Pojawia się pewien zestaw symboli, obrazów i zachowań, które szybko zaczynają funkcjonować jako znak przynależności. Nie wystarczy już, że coś jest dostępne. Powinno być przeżywane, komentowane, fotografowane i pokazywane innym. Święto, które kiedyś mogło być jedynie lokalną tradycją albo dziecięcą zabawą, w świecie mediów społecznościowych zamienia się w spektakl, w którym każdy ma swoją rolę. Ktoś musi być zachwycony, ktoś oburzony, ktoś musi wyśmiać jednych i drugich. Najtrudniej zostać po prostu człowiekiem, którego to wszystko trochę omija.
Pamiętam, że zawsze dziwiła mnie ta potrzeba robienia z drobnych rzeczy wielkich symboli. Dynia przestaje być dynią. Kostium przestaje być kostiumem. Impreza przestaje być imprezą. Nagle wszystko musi coś oznaczać, reprezentować jakiś kierunek zmian społecznych, opowiadać historię o upadku wartości albo przeciwnie, o rzekomej otwartości i nowoczesności. Tymczasem czasami rzecz jest znacznie prostsza. Czasami coś po prostu nie trafia w czyjąś wrażliwość. Nie dlatego, że ktoś jest lepszy, mądrzejszy albo bardziej świadomy. Po prostu ludzie różnią się tym, co ich bawi, wzrusza i przyciąga.
Może właśnie dlatego Halloween nigdy szczególnie mnie nie przekonywało, że brakuje mi w nim czegoś autentycznego. Widzę w nim przede wszystkim gotowy zestaw obrazów, które zostały wielokrotnie przetworzone przez popkulturę. Duchy, potwory, sztuczna krew, plastikowe czaszki i udawany strach, który ma być bezpieczny, estetyczny i odpowiednio fotogeniczny. Wszystko jest przygotowane tak, aby dobrze wyglądało na zdjęciu, dobrze sprzedało się w sklepie i dobrze pasowało do krótkiego filmu w internecie. Może właśnie ta perfekcyjnie zaplanowana spontaniczność najbardziej odbiera mi w tym wszystkim magię.
Nie oznacza to jednak, że widzę w Halloween coś złego albo że uważam ludzi bawiących się tego dnia za naiwnych. Ten sposób myślenia wydaje mi się równie uproszczony jak bezrefleksyjne zachwycanie się wszystkim, co nowe i popularne. Człowiek może mieć dystans do jakiejś tradycji, a jednocześnie szanować tych, dla których jest ona ważna. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy zwykła różnica gustów zamienia się w walkę plemion. Kiedy ktoś nie przebiera się za wampira, musi być od razu przeciwnikiem zabawy. Kiedy ktoś wycina dynię, musi być symbolem kulturowego upadku. Jakby po drodze zgubiła się najprostsza rzecz, czyli możliwość istnienia obok siebie bez ciągłego oceniania.
Najbardziej męczące jest chyba to, że współczesny człowiek coraz częściej nie potrafi przyjąć neutralności. Wszystko musi mieć stronę, znak, kolor i deklarację. Nawet brak zainteresowania zostaje odczytany jako stanowisko. Cisza staje się komunikatem. Obojętność staje się poglądem. Zwykłe wzruszenie ramionami zaczyna być traktowane jak ukryta wiadomość, którą trzeba rozszyfrować.
A przecież czasami człowiek naprawdę po prostu patrzy na coś i myśli: nie czuję tego. Bez wielkiej filozofii, bez wojny wartości, bez potrzeby przekonywania innych. Tak samo jak ktoś może godzinami czekać na premierę kolejnego horroru, ktoś inny może w tym samym czasie spokojnie przejść obok sklepowej witryny pełnej plastikowych pająków i nawet na chwilę się nie zatrzymać. Jedna osoba znajdzie w tym zabawę, druga sztuczność. Jedna poczuje klimat, druga zobaczy dekorację z masowej produkcji.
Może największym paradoksem Halloween jest właśnie to, że święto oparte na udawaniu potworów stało się kolejnym miejscem, gdzie ludzie pokazują swoje prawdziwe podziały. Zamiast bawić się strachem, zaczynamy bać się siebie nawzajem i tego, że ktoś może mieć inne zdanie. Zamiast śmiać się z wymyślonych stworów, tworzymy własne demony w postaci ocen, podejrzeń i uproszczeń. W świecie, gdzie każdy szczegół potrafi zostać zamieniony w deklarację, coraz trudniej zachować prawo do zwykłego „to nie moje”.
I może właśnie dlatego najbardziej interesujące nie jest samo Halloween, lecz ta dziwna potrzeba, aby każdy człowiek gdzieś przypisać. Do jakiejś grupy, strony, przekonania. Jakby samotne stanie obok całego tego zamieszania było czymś podejrzanym. Jakby człowiek nie mógł już po prostu przejść obok świecącej dyni, uśmiechnąć się albo nie uśmiechnąć i pójść dalej swoją drogą, zostawiając za sobą cały ten kolorowy, głośny i trochę sztuczny świat.
Najbardziej interesujące w całym tym zjawisku jest chyba to, że Halloween dawno przestało być rozmową o samej zabawie. Stało się lustrem, w którym ludzie zaczęli oglądać nie tyle dynie, przebrania i sztuczne pajęczyny, ile samych siebie. Każda strona widzi w tym zupełnie inny obraz. Jedni widzą niewinną rozrywkę, chwilę oderwania od codzienności, możliwość wcielenia się w kogoś innego, choćby na kilka godzin. Inni dostrzegają pustą imitację, kolejny produkt kultury masowej, który przychodzi z zewnątrz, zostaje przetworzony przez reklamy, galerie handlowe i internet, a potem sprzedany ludziom jako coś, czego rzekomo potrzebują. Pomiędzy tymi dwoma spojrzeniami ginie jednak coś najprostszego, czyli zwykła ludzka różnorodność.
Czasami mam wrażenie, że współczesny świat nie daje już ludziom prawa do obojętności. Wszystko musi być przeżywane intensywnie. Wszystko musi mieć swoją historię, swoją ideologię, swoją grupę zwolenników i przeciwników. Nawet niewinne wydarzenie potrafi zostać wciągnięte w wielką machinę sporów, w której nikt już nie rozmawia o rzeczy samej, tylko o tym, co ta rzecz rzekomo symbolizuje. Halloween przestaje być zabawą, a zaczyna być znakiem. Jedni przypisują mu nowoczesność i otwartość, inni widzą zagrożenie dla tradycji. Jedni chcą pokazać, że są wolni od przesądów, drudzy chcą udowodnić, że bronią wartości. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim zostaje człowiek, który po prostu nie ma ochoty przebierać się za postać z horroru.
Może właśnie dlatego tak trudno czasem przyznać, że nie każda decyzja jest wynikiem wielkiej analizy świata. Nie każdy wybór jest deklaracją. Nie każdy brak zainteresowania jest buntem. Ludzie mają dziwną potrzebę doszukiwania się ukrytych powodów, ponieważ prostota często wydaje się zbyt mało satysfakcjonująca. Łatwiej uwierzyć, że ktoś nie lubi Halloween, bo prowadzi jakąś ideologiczną walkę, niż przyjąć banalną możliwość, że komuś zwyczajnie nie podoba się estetyka tego święta. Że nie przemawia do niego klimat sztucznego strachu, plastikowych dekoracji i udawanego mroku.
W tym wszystkim jest pewien paradoks. Halloween ma być przecież zabawą związaną z oswajaniem lęku. Ludzie przebierają się za rzeczy, które normalnie budziłyby niepokój. Śmieją się z potworów, duchów i śmierci, zamieniając coś przerażającego w element rozrywki. A jednak wokół samego święta powstało tyle prawdziwych emocji, konfliktów i napięć, że momentami wydaje się, jakby największym strachem nie były już wymyślone zjawy, lecz możliwość zaakceptowania, że ktoś obok może myśleć inaczej.
Ludzie bardzo często nie walczą tak naprawdę o przedmiot sporu. Walczą o własny obraz siebie. Kiedy ktoś krytykuje Halloween, osoba, która je lubi, może odebrać to jako atak na swoją wolność albo sposób życia. Kiedy ktoś zachwyca się tym świętem, przeciwnik może poczuć, że ktoś lekceważy rzeczy, które dla niego mają znaczenie. Wtedy zwykła różnica gustów zaczyna dotykać czegoś głębszego. Pojawia się poczucie zagrożenia, potrzeba obrony własnej grupy, własnych symboli, własnej wizji świata.
To fascynujące, jak łatwo człowiek przywiązuje emocje do rzeczy, które same w sobie są przecież neutralne. Przedmiot, zwyczaj, obrazek, piosenka czy święto zaczynają nosić na sobie całe historie, których często nawet nie wybieraliśmy świadomie. Dynia z wyciętą twarzą nie jest już tylko dynią. Staje się symbolem zmian kulturowych, wpływu innych krajów, dzieciństwa, komercji albo wolności. Wszystko zależy od tego, kto patrzy i jakie doświadczenia przynosi ze sobą.
Może dlatego tak trudno znaleźć w tej rozmowie spokój. Każdy patrzy przez własne okno i jest przekonany, że widzi cały krajobraz. Ktoś pamięta dziecięcą radość z przebierania się, ktoś inny pamięta poczucie sztuczności i wymuszonej zabawy. Ktoś widzi okazję do śmiechu, ktoś widzi kolejny przykład tego, jak kultura konsumpcyjna tworzy potrzeby, których wcześniej nie było. Każdy ma swoją historię, a mimo to ludzie często próbują przekonać innych, że ich historia jest jedyną prawdziwą.
Najdziwniejsze jest to, że wiele osób deklaruje zmęczenie podziałami, a jednocześnie nieustannie szuka nowych powodów, aby się dzielić. Potrzebujemy przeciwnika, ponieważ konflikt daje poczucie znaczenia. Łatwiej poczuć, że bronimy czegoś ważnego, kiedy po drugiej stronie stoi ktoś, kto rzekomo tego nie rozumie. Spokojne przyznanie: „mnie to bawi, ciebie nie, i oboje możemy żyć dalej” wydaje się czasem zbyt proste, zbyt zwyczajne, zbyt mało emocjonujące.
Być może właśnie dlatego Halloween tak dobrze pasuje do współczesności. Jest kolorowe, medialne, łatwe do pokazania, łatwe do skomentowania i łatwe do wykorzystania jako symbol. W świecie, w którym coraz więcej rzeczy dzieje się przez ekran, nawet zwykła dekoracja w oknie może stać się częścią większej opowieści. Ludzie nie tylko coś robią. Ludzie pokazują, że coś robią. Przebranie staje się zdjęciem. Zdjęcie staje się komunikatem. Komunikat staje się elementem tożsamości.
A przecież za tym wszystkim nadal pozostaje zwykły człowiek. Ktoś, kto po pracy wraca zmęczony do domu, ktoś, kto lubi albo nie lubi konkretnych rzeczy, ktoś, kto czasami chce się bawić, a czasami chce mieć święty spokój. Człowiek, który nie zawsze potrzebuje wielkiego znaczenia za każdym wyborem. Czasami decyzja jest tylko decyzją. Czasami brak udziału nie oznacza sprzeciwu. Czasami obecność nie oznacza poparcia dla całej ideologii stojącej rzekomo za danym zjawiskiem.
Największa ironia polega chyba na tym, że święto stworzone wokół udawania pozwala zobaczyć coś bardzo prawdziwego. Pokazuje, jak bardzo ludzie potrzebują przynależności, jak bardzo boją się stać obok grupy, jak szybko szukają znaków rozpoznawczych i jak łatwo zamieniają drobne różnice w większe konflikty. Za maskami potworów często kryją się zwykłe ludzkie emocje: potrzeba akceptacji, potrzeba bycia zauważonym, potrzeba poczucia, że stoi się po właściwej stronie.
Może dlatego cała ta dyskusja nigdy tak naprawdę nie była tylko o Halloween. Dynie, przebrania i dekoracje są jedynie powierzchnią. Pod spodem znajduje się coś znacznie starszego i bardziej ludzkiego. Ta nieustanna potrzeba określania, kim jesteśmy poprzez to, co wybieramy, oraz kim jesteśmy poprzez to, czego odmawiamy. I gdzieś pomiędzy śmiechem dzieci przebranych za duchy a poważnymi rozmowami dorosłych o kulturze, tradycji i zmianach społecznych zostaje ta dziwna przestrzeń, w której człowiek próbuje odnaleźć własne miejsce, choć czasami sam nie jest pewien, czy naprawdę szuka odpowiedzi, czy tylko potwierdzenia tego, co już dawno postanowił czuć.
Czasami zastanawiam się, czy w całym tym zamieszaniu wokół Halloween najwięcej nie mówi się przypadkiem o samych ludziach, a najmniej o samym święcie. O tym, jak bardzo potrzebujemy przypisywać znaczenie rzeczom, które jeszcze chwilę wcześniej były tylko dekoracją, zabawą albo chwilowym kaprysem. Jak bardzo chcemy, żeby każdy gest coś oznaczał, każda decyzja miała swoje uzasadnienie, a każdy wybór wpisywał się w większą historię o tym, kim jesteśmy. Nawet zwykłe przejście obok sklepowej półki pełnej plastikowych czaszek potrafi zostać zamienione w pytanie o wartości, kulturę i kierunek, w którym zmierza świat.
Może najbardziej zmęczony w tym wszystkim jest nie człowiek, który nie lubi Halloween, ani ten, który czeka na nie cały rok. Najbardziej zmęczony jest chyba ten, kto nie chce należeć do żadnego obozu. Kto nie chce być ani obrońcą tradycji, ani ambasadorem nowoczesności. Kto nie chce podpisywać deklaracji pod czymś tak prostym jak przebranie, dekoracja czy wieczór spędzony w konkretny sposób. Taka postawa wydaje się dziś niemal podejrzana, bo świat przyzwyczaił się do jasnych odpowiedzi, wyraźnych stanowisk i szybkich ocen.
Trudno czasem przyznać, że człowiek może być pełen sprzeczności. Można lubić zabawę, ale nie lubić całej otoczki. Można szanować czyjąś radość, samemu nie znajdując w niej nic dla siebie. Można nie czuć żadnej potrzeby krytykowania czegoś, co po prostu nie jest własnym wyborem. Ta zwykła przestrzeń pomiędzy zachwytem a potępieniem coraz bardziej się kurczy, jakby brak skrajnej emocji był czymś niewystarczającym.
A przecież życie w większości składa się właśnie z takich rzeczy, które nie wymagają wielkich deklaracji. Z małych upodobań, osobistych przyzwyczajeń, dziwnych sympatii i równie dziwnych niechęci. Nie każdy film musi być arcydziełem albo katastrofą. Nie każda piosenka musi być symbolem pokolenia. Nie każda tradycja musi być albo ratowana, albo odrzucana. Czasami coś istnieje po prostu dlatego, że jedni ludzie znajdują w tym radość, a inni przechodzą obok bez większego zainteresowania.
Może właśnie tego najbardziej brakuje we współczesnej rozmowie. Zwyczajnej zgody na to, że inni ludzie mogą mieć własne odczucia, których nie trzeba natychmiast analizować, poprawiać ani tłumaczyć. Że ktoś może spojrzeć na dynię z wyciętym uśmiechem i zobaczyć w niej fajną zabawę, a ktoś inny zobaczy tylko kolorowy przedmiot z masowej produkcji. Obie osoby patrzą na tę samą rzecz, ale nie patrzą przez te same doświadczenia.
Człowiek bardzo często zapomina, że jego własny sposób odczuwania świata nie jest uniwersalnym językiem. To, co dla jednej osoby jest magiczne, dla drugiej może być zupełnie puste. To, co dla jednej osoby jest piękną tradycją, dla innej może być tylko kolejnym elementem kulturowego hałasu. Problem zaczyna się wtedy, kiedy próbujemy zmusić innych, żeby czuli dokładnie to samo co my. Wtedy nawet niewinna zabawa staje się polem walki o rację.
Być może właśnie dlatego Halloween tak dobrze pokazuje pewien szerszy mechanizm. Ludzie nie zawsze spierają się o rzeczy, które naprawdę mają znaczenie. Czasami spierają się o symbole, ponieważ symbole są łatwiejsze do uchwycenia niż skomplikowana rzeczywistość. Łatwiej kłócić się o dynię niż o samotność, która sprawia, że ktoś szuka okazji do wspólnej zabawy. Łatwiej ocenić przebranie niż zastanowić się, dlaczego ludzie tak bardzo potrzebują na chwilę uciec od własnej codzienności.
Może za całym tym kolorowym chaosem jest coś bardzo ludzkiego. Potrzeba oderwania się od zwyczajności, potrzeba śmiechu z rzeczy, które normalnie budzą lęk, potrzeba stworzenia choć na chwilę innego świata. Nawet jeśli ten świat jest trochę sztuczny, trochę przesadzony i trochę plastikowy. Człowiek od zawsze tworzył rytuały, symbole i historie, które pozwalały mu oswoić rzeczy trudne do oswojenia. Różnica polega tylko na tym, że dziś wiele z tych rytuałów przechodzi przez filtry reklam, mediów społecznościowych i wielkich marek.
Może właśnie dlatego tak trudno jednoznacznie powiedzieć, czym Halloween naprawdę jest. Dla jednych będzie pustym produktem kultury masowej, dla innych chwilą dziecięcej radości, dla jeszcze innych okazją do spotkania z ludźmi, których dawno nie widzieli. Każda z tych wersji istnieje jednocześnie. Żadna nie musi całkowicie wymazać pozostałych.
Najdziwniejsze jest chyba to, że ludzie często najbardziej boją się nie tego, co inne, ale tego, czego nie potrafią łatwo sklasyfikować. Człowiek, który nie zachwyca się czymś, ale też tego nie atakuje, wymyka się prostym kategoriom. Nie daje się łatwo przypisać. Nie wiadomo, czy jest po jednej stronie, czy po drugiej. A świat, który coraz częściej działa poprzez podziały, nie lubi takich miejsc pośrednich.
Może dlatego czasami największym aktem niezależności nie jest głośny sprzeciw, lecz spokojne pozostanie przy własnym odczuciu bez potrzeby przekonywania kogokolwiek. Bez udowadniania, że ma się rację. Bez potrzeby wygrywania dyskusji, która być może od początku nie była warta wygrania. Po prostu z własnym spojrzeniem, które nie musi być sztandarem ani manifestem.
Bo gdzieś pomiędzy krzyczącymi nagłówkami, internetowymi kłótniami i kolejnymi falami oburzenia nadal pozostają zwykli ludzie. Tacy, którzy jednego dnia przebiorą się za coś dziwnego i będą się śmiać do późnej nocy, oraz tacy, którzy tego samego wieczoru usiądą spokojnie przy herbacie i nawet nie pomyślą o całym tym zamieszaniu. Jedni i drudzy istnieją obok siebie, choć coraz częściej wydaje się, jakby świat próbował ich ustawić po przeciwnych stronach.
A gdzieś pomiędzy tym wszystkim zostaje ta cicha chwila, kiedy gasną światła witryn, znikają dekoracje, plastikowe pająki wracają do pudeł, a cały ten głośny spór na moment przestaje mieć znaczenie. Zostaje człowiek ze swoimi własnymi myślami, własnymi wspomnieniami i tym dziwnym poczuciem, że nie wszystkie rzeczy muszą zostać nazwane, ocenione i rozstrzygnięte. Niektóre po prostu przemijają, zostawiając po sobie jedynie krótkie wrażenie, którego nie da się do końca wyjaśnić.

Komentarze
Prześlij komentarz