Są filmy, wobec których bardzo szybko przestajemy rozmawiać o samym filmie. Zaczynamy rozmawiać o tym, co film powinien dla nas znaczyć, jak wielkim wydarzeniem powinien się okazać, jak bardzo powinniśmy być nim zachwyceni i do jakiego miejsca w historii kina należy go dopisać. Właśnie wtedy krytyczne myślenie staje się niewygodne, ponieważ zachwyt zdążył już wyprzedzić seans. „La La Land” jest jednym z tych przypadków. Film Damiena Chazelle’a został niemal natychmiast obudowany ogromnym kapitałem emocjonalnym, estetycznym i prestiżowym. Zanim zdążyliśmy spokojnie zastanowić się nad jego scenariuszem, bohaterami, sposobem prowadzenia narracji czy rzeczywistą oryginalnością, pojawiły się zachwyty, nagrody, porównania do klasyki, słowa o odrodzeniu musicalu i przekonanie, że oto dostaliśmy dzieło wyjątkowe niemal z definicji. W pewnym momencie sam film zaczął funkcjonować trochę jak pomnik własnego sukcesu. Problem z pomnikami polega jednak na tym, że bardzo trudno dostrzec ich pęknięcia, kiedy wszyscy dookoła przekonują nas, że oglądamy marmur bez żadnej skazy. „La La Land” niewątpliwie zasługuje na uwagę. Ma talent, energię, muzykę, aktorów, znakomite rozwiązania inscenizacyjne i finał, który potrafi zostać w głowie znacznie dłużej niż większość współczesnych romansów. Nie mam potrzeby tego negować. Wręcz przeciwnie, właśnie dlatego chcę się temu filmowi przyjrzeć uważniej. Zachwyt nie powinien kończyć rozmowy o dobrym filmie. Dobry film powinien ją dopiero rozpoczynać. Im większy jest jego rozmach, im więcej ambicji w niego wpisano i im bardziej świadomie korzysta z historii kina, tym mniej powodów, by traktować go ulgowo. „La La Land” nie potrzebuje obrony przed krytyką. Potrzebuje krytyki, która potraktuje go poważnie.
Najłatwiej byłoby oczywiście napisać, że to piękny film o miłości i marzeniach, że Emma Stone i Ryan Gosling mają między sobą chemię, że Justin Hurwitz stworzył znakomitą muzykę, a Damien Chazelle przywrócił musicalowi dawny blask. Wszystko to jest prawdą, ale tylko do pewnego momentu. Takie zdania są wygodne, ponieważ zamykają film w zestawie bezpiecznych skojarzeń, które bardzo łatwo zaakceptować. „La La Land” jest kolorowy, więc jest piękny. Jest musicalem, więc jest romantyczny. Ma bohaterów walczących o swoje marzenia, więc musi być inspirujący. Kończy się rozstaniem, więc jest dojrzały. Odwołuje się do klasycznego Hollywood, więc jest świadomą rozmową z tradycją. Zdobył mnóstwo nagród, więc najwyraźniej mamy do czynienia z czymś wielkim. Taki sposób myślenia jest jednak dokładnie tym, przeciwko czemu sam film zdaje się występować. Chazelle pokazuje przecież, że rzeczywistość nie działa według prostych scenariuszy, że pragnienie szczęśliwego zakończenia może być silniejsze od faktów, a nasze przywiązanie do określonych narracji potrafi sprawić, że wolimy piękną wersję wydarzeń od tej prawdziwej. Dlaczego więc mielibyśmy sami popełniać dokładnie ten błąd podczas oceniania jego filmu?
To właśnie tutaj zaczyna się dla mnie najciekawsza część tej historii. „La La Land” jest filmem o marzeniach, ale równocześnie jest filmem o potrzebie wiary w marzenia. To nie jest dokładnie to samo. Marzenie można spełnić, można je utracić, można je zmienić, można też podporządkować mu całe życie i dopiero po latach odkryć, że cena sukcesu była wyższa, niż człowiek chciał przyznać. Chazelle bardzo dobrze rozumie tę różnicę. Mia i Sebastian nie są przecież dwiema idealnymi postaciami z romantycznej bajki, które spotykają się po to, aby wzajemnie doprowadzić się do szczęścia. Oboje mają w sobie egoizm, upór, frustrację i pewną dozę ślepoty na potrzeby drugiego człowieka. Mia chce zostać aktorką, ale przez lata doświadcza przede wszystkim odrzucenia. Sebastian chce ocalić jazz, ale jego miłość do tej muzyki długo miesza się z pogardą wobec wszystkiego, co uznaje za artystycznie gorsze. Oboje są przekonani, że wiedzą, czego chcą. Oboje mają też momenty, w których nie potrafią już odróżnić własnego celu od własnego wyobrażenia o sobie.
Właśnie dlatego ich relacja jest znacznie ciekawsza niż typowy romans, którym mogłaby zostać bardzo łatwo. Gdyby „La La Land” był tylko kolejną historią o dwojgu ludzi, którzy spotykają się w odpowiednim momencie, zakochują, wspierają się, pokonują przeszkody i wspólnie realizują marzenia, prawdopodobnie nie byłoby dziś o czym szczególnie długo dyskutować. Byłby sprawnym musicalem, może nawet bardzo dobrym, ale jego emocjonalny ciężar pozostałby przewidywalny. Tymczasem Chazelle wykonuje ruch znacznie bardziej interesujący. Pozwala swoim bohaterom dojść do sukcesu, ale odbiera im możliwość posiadania wszystkiego naraz. Nie mówi, że miłość była pomyłką. Nie mówi też, że kariera była ważniejsza. Nie próbuje wyznaczyć moralnej hierarchii, według której jedna decyzja jest właściwa, a druga egoistyczna. Pozostawia ich z czymś znacznie bardziej niewygodnym: świadomością, że czasem dwie osoby mogą naprawdę się kochać, mogą być dla siebie ważne, mogą mieć wspólną historię i jednocześnie nie być w stanie zbudować wspólnego życia.
To jest moment, w którym „La La Land” przestaje być po prostu sympatycznym filmem o Hollywood. Staje się opowieścią o konflikcie pomiędzy tym, czego chcemy, a tym, czego nie jesteśmy w stanie mieć jednocześnie. To konflikt znacznie bardziej dorosły niż większość romantycznych historii, ponieważ nie można go rozwiązać prostym gestem. Nie wystarczy wielka deklaracja, nie wystarczy pocałunek, nie wystarczy piosenka. Nie ma tutaj przeszkody, którą można pokonać. Nie ma złoczyńcy, którego można pokonać. Nie ma jednej decyzji, po której wszystko wróci na właściwe miejsce. Jest czas, są konsekwencje, są wybory i jest świadomość, że każda droga wyklucza inne możliwości. Najbardziej bolesne w dorosłym życiu nie jest przecież to, że czasem nie dostajemy tego, czego chcemy. Znacznie trudniejsze okazuje się zaakceptowanie faktu, że możemy dostać dokładnie to, czego chcieliśmy, i mimo wszystko stracić coś równie ważnego.
Chazelle ubiera tę historię w formę, która początkowo wydaje się niemal całkowitym zaprzeczeniem jej sensu. „La La Land” jest ostentacyjnie efektowny. Kolory, kostiumy, samochody, wnętrza, światła, choreografie, muzyka i Los Angeles przedstawione jako wielka scenografia marzeń tworzą rzeczywistość, która chwilami wydaje się bardziej atrakcyjna niż jakiekolwiek prawdziwe życie. To nie jest przypadkowa dekoracyjność. Reżyser doskonale wie, co robi. Korzysta z języka dawnych musicali, przywołuje pamięć klasycznego Hollywood, gra z przyzwyczajeniami widza i świadomie buduje świat, w którym rzeczy niemożliwe mogą wydarzyć się bez konieczności tłumaczenia ich zasad. Bohaterowie tańczą w korku, przenoszą się z ulicy do niemal baśniowej przestrzeni, unoszą się w planetarium, a zwykła rozmowa może płynnie przejść w numer muzyczny. Film nie pyta nas, czy to realistyczne. Pyta raczej, czy jesteśmy gotowi przez chwilę uwierzyć, że realizm nie ma znaczenia.
I właśnie dlatego ten film potrafi tak skutecznie oszukiwać widza. Najpierw daje mu dokładnie to, czego oczekuje od musicalu, a dopiero później pokazuje rachunek wystawiony za tę przyjemność. W tym sensie „La La Land” jest znacznie bardziej przewrotny, niż mogłoby wynikać z jego kolorowej powierzchni. Widz zostaje zachęcony do zanurzenia się w konwencji, do zaakceptowania jej zasad, do uwierzenia, że wszystkie elementy prowadzą do klasycznego finału. Film właściwie podpowiada nam, czego chcemy. Chcemy, żeby Mia i Sebastian byli razem. Chcemy, żeby oboje odnieśli sukces. Chcemy, żeby ich miłość okazała się wystarczająco silna, by pokonać wszystkie przeszkody. Chcemy dostać dokładnie ten rodzaj zakończenia, który kino romantyczne sprzedawało nam przez dziesięciolecia. Potem Chazelle pokazuje alternatywną wersję tego życia i pozwala nam przez kilka chwil zobaczyć, jak wyglądałaby historia, gdyby wszystkie nasze oczekiwania zostały spełnione. Dopiero wtedy odbiera nam tę możliwość.
Finał nie działa więc wyłącznie dlatego, że jest smutny. Smutek sam w sobie nie jest oznaką dojrzałości. Można nakręcić najbardziej ponurą scenę świata i nadal powiedzieć coś banalnego. Siła zakończenia „La La Land” polega na czymś innym: film najpierw buduje w widzu konkretną potrzebę emocjonalną, a później zmusza go do konfrontacji z faktem, że ta potrzeba nie musi być zgodna z rzeczywistością. To bardzo sprytna konstrukcja. Chazelle nie odbiera nam szczęśliwego zakończenia, zanim zdążymy go zapragnąć. Pozwala nam go chcieć. Pozwala wręcz przez cały film wierzyć, że jesteśmy o krok od jego otrzymania. Dopiero później pokazuje, że nasze oczekiwania były częścią mechanizmu, który film od początku kontrolował. Właśnie dlatego końcowe spojrzenia Mii i Sebastiana mają taką siłę. Nie chodzi o prostą rozpacz. Nie chodzi nawet o żal. Jest tam przede wszystkim świadomość, że mogło być inaczej, choć być może wcale nie powinno być inaczej.
To bardzo niekomfortowa myśl. Szczególnie dla kina, które przez dekady przyzwyczaiło nas do przekonania, że wielka miłość powinna zwyciężyć wszystko. „La La Land” podważa tę zasadę bez urządzania z tego wielkiej ideologicznej deklaracji. Nie wygłasza manifestu przeciwko romantycznym historiom. Nie wyśmiewa swoich bohaterów. Nie karze ich za ambicję. Nie sugeruje nawet, że rozstanie było najlepszym możliwym rozwiązaniem. Po prostu pokazuje konsekwencje. To ważna różnica. Film nie mówi: „wybraliście źle”. Mówi raczej: „wybraliście, a każdy wybór coś kosztuje”. W świecie, w którym kultura popularna bardzo często sprzedaje nam przekonanie, że odpowiednio silne uczucie rozwiąże każdą sprzeczność, taka postawa jest zaskakująco trzeźwa.
Nie oznacza to jednak, że cały film jest równie mocny jak jego finał. I tutaj zaczyna się problem, którego nie można przykryć muzyką, kostiumami ani nagrodami. „La La Land” jest dziełem bardzo świadomego reżysera, ale świadomość formy nie zawsze oznacza pełną kontrolę nad materiałem dramaturgicznym. Chazelle ma niezwykłe wyczucie rytmu, potrafi organizować przestrzeń, potrafi prowadzić wzrok widza, wie, kiedy przyspieszyć, kiedy zatrzymać scenę i jak wykorzystać muzykę do budowania emocji. Ma również ogromną łatwość w tworzeniu obrazów, które natychmiast stają się zapamiętywalne. Problem pojawia się wtedy, kiedy od efektownej inscenizacji trzeba przejść do psychologicznej precyzji. Wówczas konstrukcja filmu nie zawsze jest równie solidna jak jego powierzchnia.
Dotyczy to szczególnie Sebastiana. Ryan Gosling doskonale pasuje do ekranowego wizerunku bohatera, którego Chazelle dla niego stworzył. Jest zamknięty, ironiczny, atrakcyjny, trochę zdystansowany, trochę rozdrażniony światem, a jego bohater może funkcjonować przede wszystkim dzięki temu, co aktor wnosi samą obecnością. Tyle że właśnie ta łatwość staje się jedną z największych słabości postaci. Sebastian chwilami wydaje się bardziej zestawem cech niż pełnoprawnym człowiekiem. Wiemy, czego chce, wiemy, czego słucha, wiemy, co go irytuje, wiemy, jak bardzo kocha jazz. Znacznie trudniej powiedzieć, kim właściwie jest poza tymi deklaracjami. Mia ma więcej punktów zaczepienia, więcej szczegółów, więcej własnej historii. W jej przypadku łatwiej uwierzyć, że za ekranową postacią istnieje człowiek. Sebastian częściej przypomina funkcję scenariuszową: ma być artystą, ma reprezentować określony stosunek do tradycji, ma być partnerem Mii, ma przejść przemianę i ma ostatecznie znaleźć swoje miejsce. Wszystko to jest czytelne. Nie zawsze jest jednak równie przekonujące.
Podobny problem dotyczy konstrukcji całej historii. „La La Land” bardzo sprawnie sugeruje przemiany, ale nie zawsze ma cierpliwość, by je rzeczywiście pokazać. Czas płynie, bohaterowie podejmują ważne decyzje, relacja zmienia się, pojawiają się nowe obowiązki, a później film przeskakuje dalej. Widz ma dopowiedzieć sobie znaczną część procesu. Taki zabieg może działać, kiedy niedopowiedzenie jest świadomym środkiem artystycznym, ale czasem sprawia wrażenie, jakby scenariusz po prostu chciał jak najszybciej dotrzeć do kolejnego efektownego punktu. Szczególnie problematyczny pozostaje okres pomiędzy rozpadem związku a finałowym spotkaniem. Wiemy, że minęło kilka lat. Wiemy, że oboje poszli dalej. Wiemy, że osiągnęli swoje cele. Nie dostajemy jednak pełnego ciężaru czasu, który musiał upłynąć, by ich życie naprawdę się zmieniło. Film potrzebuje tej luki, ponieważ finał ma być bardziej doświadczeniem emocjonalnym niż kroniką wydarzeń, ale jednocześnie właśnie ta luka osłabia psychologiczną wiarygodność tego, co później oglądamy.
Nie przeszkadza mi natomiast to, że „La La Land” jest filmem tak bardzo świadomym własnej urody. Problemem nie jest piękno. Problem pojawia się wtedy, kiedy piękno zaczyna pełnić funkcję argumentu. A chwilami właśnie to się tutaj dzieje. Film jest tak starannie wystylizowany, że można przestać pytać, co znajduje się pod powierzchnią. Każdy kostium wydaje się przemyślany. Każde wnętrze wygląda tak, jakby zostało stworzone po to, żeby natychmiast stać się częścią albumu z najlepszymi kadrami filmu. Samochody, kolory, światła, restauracje, kluby, wzgórza Los Angeles, neony i stare kino składają się na rzeczywistość, która jest jednocześnie współczesna i celowo wyjęta z czasu. To niezwykle atrakcyjne, ale również podejrzanie wygodne. „La La Land” pokazuje Los Angeles jako miejsce, w którym nawet frustracja wygląda dobrze. Nawet porażka ma odpowiednie światło. Nawet biedny artysta potrafi wyglądać jak bohater kampanii modowej. To oczywiście część konwencji, lecz warto zauważyć, jak mocno film idealizuje świat, który jednocześnie próbuje przedstawiać jako bezlitosne środowisko walki o sukces.
W tym sensie jego estetyka ma podwójne znaczenie. Z jednej strony jest hołdem dla dawnego Hollywood, z drugiej stanowi współczesny produkt kultury, która doskonale wie, jak sprzedawać nostalgię. „La La Land” tęskni za epoką, której wielu jego widzów nigdy nie znało z własnego doświadczenia. Tęsknota jest więc zapośredniczona przez kino. Nie tęsknimy za prawdziwym Hollywood lat pięćdziesiątych. Tęsknimy za jego wyobrażeniem utrwalonym przez kolejne filmy. Chazelle bierze to wyobrażenie i buduje z niego własny język. To inteligentny zabieg, ale również bardzo bezpieczny. Klasyczne kino zostaje przywołane poprzez to, co w nim najbardziej rozpoznawalne, najbardziej atrakcyjne i najbardziej podatne na współczesną estetyzację. W efekcie film może sprawiać wrażenie odważniejszego, niż rzeczywiście jest.
Nie mam również potrzeby udawać, że każde rozwiązanie muzyczne działa na mnie bez zastrzeżeń. Justin Hurwitz wykonał pracę znakomitą, a jego muzyka jest jednym z najważniejszych powodów, dla których „La La Land” pozostaje tak łatwy do zapamiętania. Motywy wracają, rozwijają się i zyskują nowe znaczenia. Piosenki nie są wyłącznie przerywnikami. Są częścią konstrukcji emocjonalnej. Jednocześnie film celowo rezygnuje z wokalnej perfekcji typowej dla klasycznych musicali. Stone i Gosling nie śpiewają jak gwiazdy Broadwayu i nie mają śpiewać jak gwiazdy Broadwayu. Ich głosy są zwyczajne, czasem kruche, pozbawione demonstracyjnej wirtuozerii. To konsekwentne z ideą filmu, który chce połączyć musicalową sztuczność z codziennym doświadczeniem. Można to uznać za ograniczenie, ale można też dostrzec w tym świadomą decyzję. Najważniejsze jest jednak to, by nie mylić konsekwencji artystycznej z doskonałością. Coś może być celowo zrobione w określony sposób i nadal nie być rozwiązaniem, które każdemu musi się podobać.
Właśnie dlatego nie interesuje mnie spór pomiędzy bezkrytycznym zachwytem a równie bezrefleksyjną niechęcią. Oba stanowiska są zbyt łatwe. „La La Land” nie jest arcydziełem tylko dlatego, że jest piękny, ale nie jest też filmem nieudanym tylko dlatego, że jego scenariusz ma wyraźne słabości. Jest czymś znacznie ciekawszym: filmem, którego największe zalety i największe problemy wynikają z tego samego źródła. Chazelle bardzo mocno wierzy w siłę kina jako widowiska. Potrafi podporządkować historię rytmowi, muzyce, choreografii i obrazowi. Dzięki temu jego film ma energię, której wielu współczesnym produkcjom dramatycznie brakuje. Jednocześnie ta sama wiara w formę sprawia, że czasami można odnieść wrażenie, iż scenariusz zostaje pozostawiony krok za reżyserią. Wszystko działa, dopóki film jest w ruchu. Dopiero kiedy zatrzymać go i zacząć zadawać pytania o motywacje, czas, relacje oraz konsekwencje, pojawiają się miejsca, których nie da się już tak łatwo przykryć kolejną piosenką.
Może właśnie dlatego „La La Land” jest dla mnie filmem bardziej interesującym niż bezbłędnym. Jego niedoskonałości nie niszczą go. Przeciwnie, sprawiają, że można zobaczyć w nim proces twórczy, ambicję młodego reżysera, jego fascynacje, jego mocne strony i jego ograniczenia. Chazelle chciał zrobić film o musicalu, o Hollywood, o jazzie, o ambicji, o miłości, o amerykańskim śnie i o cenie, jaką płaci się za realizację własnych pragnień. Chciał jednocześnie oddać hołd przeszłości i pokazać, że nie da się do niej wrócić. Chciał stworzyć współczesny film, który wygląda jak wspomnienie starego kina. Chciał zachwycić widza, ale również powiedzieć mu coś nieprzyjemnego o jego własnych oczekiwaniach. Skala tych ambicji jest imponująca. Nie wszystkie zostały zrealizowane równie dobrze.
Najbardziej przekonuje mnie jednak to, że pod całym tym estetycznym nadmiarem kryje się pytanie, którego film nie wypowiada wprost, a które po seansie zaczyna pracować w głowie: co właściwie jesteśmy gotowi poświęcić, żeby dostać życie, którego pragniemy? To pytanie brzmi banalnie tylko dopóty, dopóki nie potraktujemy go serio. Wtedy okazuje się znacznie bardziej brutalne. Bo jeśli spełnienie marzeń rzeczywiście wymaga rezygnacji z części życia, to nie wystarczy powiedzieć, że warto walczyć. Trzeba jeszcze zapytać, z czego rezygnujemy, kto ponosi koszt i czy po osiągnięciu celu nadal jesteśmy tym samym człowiekiem, który kiedyś tego celu pragnął. Mia dostaje swoją karierę. Sebastian dostaje swój klub. Oboje dostają więc dokładnie to, czego chcieli. A jednak film nie pozwala nam uwierzyć, że rachunek został wyzerowany.
To właśnie odróżnia „La La Land” od zwykłej historii motywacyjnej. Pod słodką powierzchnią nie ma prostego komunikatu: walcz o swoje marzenia, a wszystko się ułoży. Jest raczej ostrzeżenie, że spełnienie marzenia może być początkiem kolejnego problemu. Sukces nie przywraca czasu. Nie cofa decyzji. Nie odbudowuje relacji. Nie sprawia, że alternatywne życie przestaje istnieć w naszej wyobraźni. Człowiek może osiągnąć wszystko, co sobie zaplanował, i nadal pamiętać osobę, z którą mógł osiągnąć coś zupełnie innego. To nie musi oznaczać porażki. Nie musi też oznaczać triumfu. To po prostu jedna z tych prawd o dorosłości, których kino bardzo często nie chce pokazywać, ponieważ są trudniejsze do sprzedania niż wielkie pojednanie.
Dlatego mam z „La La Land” problem, ale jest to problem wynikający właśnie z tego, że film traktuję poważnie. Nie chcę odbierać mu jego urody, muzyki ani emocjonalnej siły. Nie chcę udawać, że nie działa otwarcie na autostradzie, że nie działa spotkanie Mii i Sebastiana, że nie działa scena koncertu, że nie działa ich wspólne marzenie ani że finał jest pustym formalnym popisem. Działa. Wielokrotnie działa znakomicie. Ale właśnie dlatego nie potrzebuje dodatkowego lukru w postaci automatycznego określania go arcydziełem. Takie etykiety potrafią paradoksalnie zaszkodzić filmowi bardziej niż najostrzejsza recenzja. Gdy wszystko zostaje nazwane genialnym, niczego nie trzeba już analizować. Gdy każde niedociągnięcie zostaje usprawiedliwione intencją reżysera, krytyka przestaje mieć sens. Gdy każdy zachwyt widza zostaje potraktowany jak dowód wielkości dzieła, kino zaczyna przypominać konkurs popularności.
A przecież „La La Land” jest znacznie ciekawszy niż jego własny pomnik. Warto zobaczyć w nim nie tylko piękny musical, ale również film, który momentami nie radzi sobie z ciężarem własnych ambicji. Warto docenić Chazelle’a, ale nie robić z niego geniusza tylko dlatego, że wcześnie osiągnął sukces. Warto zachwycić się Emmą Stone, ale zauważyć, że jej postać została napisana pełniej niż Sebastian. Warto słuchać muzyki Hurwitza, ale nie udawać, że każda decyzja wokalna jest bezdyskusyjnie znakomita. Warto docenić wizualny rozmach, a jednocześnie zapytać, czy chwilami nie jest go po prostu za dużo. Warto wzruszyć się finałem, ale nie przyjmować jego emocjonalnej skuteczności jako automatycznego dowodu doskonałości całego filmu.
Bo najuczciwsze pytanie, jakie można zadać „La La Land”, nie brzmi wcale: „czy to arcydzieło?”. To pytanie jest zbyt łatwe i zbyt mało interesujące. Znacznie ważniejsze jest to, dlaczego film, który opowiada o naszych skłonnościach do idealizowania rzeczywistości, sam tak skutecznie pozwala nam ją idealizować. Dlaczego jego obraz Los Angeles jest tak piękny, skoro jego bohaterowie tak wiele w tym mieście tracą? Dlaczego chcemy, żeby Mia i Sebastian byli razem, skoro przez cały film obserwujemy, jak ich ambicje prowadzą ich w różne strony? Dlaczego finał tak mocno boli, skoro oboje osiągnęli swoje cele? I wreszcie, dlaczego tak łatwo chcemy nazwać ten film wielkim, zanim jeszcze zdążymy zapytać, z czego właściwie ta jego wielkość się składa?
Odpowiedź może być mniej wygodna, niż chcielibyśmy przyznać. „La La Land” działa, ponieważ doskonale rozumie nasze pragnienie ucieczki. Ucieczki w kino, w muzykę, w nostalgię, w piękniejszą wersję własnego życia, w przekonanie, że gdzieś istnieje historia, w której wszystkie elementy w końcu układają się dokładnie tak, jak powinny. Chazelle daje nam tę fantazję z niezwykłą precyzją, a potem pokazuje jej cenę. Najbardziej interesujące jest to, że nie robi tego z pozycji kogoś, kto stoi poza marzeniem. Sam jest nim zafascynowany. Właśnie dlatego film nie jest cyniczny. On wie, że iluzja jest atrakcyjna. Wie również, że czasem człowiek potrzebuje jej bardziej niż prawdy. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy zaczyna wierzyć, że jedno może zastąpić drugie.
„La La Land” pozostawia więc po sobie coś znacznie ciekawszego niż zwykłe poczucie zachwytu albo rozczarowania. Pozostawia lekkie poczucie dyskomfortu. Patrzymy na Miię i Sebastiana i trudno jednoznacznie powiedzieć, kto wygrał. Patrzymy na ich osiągnięcia i nie potrafimy uznać ich za pełne zwycięstwo. Patrzymy na ich rozstanie i nie możemy nazwać go porażką. Patrzymy na film i widzimy dzieło niezwykle piękne, które jednocześnie nie jest wolne od bardzo konkretnych problemów. Być może właśnie ta sprzeczność jest jego najuczciwszą cechą. Nie jest perfekcyjnym musicalem, nie jest też pustą wydmuszką. Jest filmem młodego twórcy, który chciał powiedzieć bardzo dużo i który część z tych rzeczy powiedział znakomicie, a część nieco zbyt łatwo przykrył formą.
I dlatego nie chcę patrzeć na „La La Land” jak na świętość. Wolę patrzeć na niego jak na film, który nadal ma coś do powiedzenia, ale nie powinien być zwolniony z obowiązku odpowiadania za własne słabości. Największym komplementem, jaki można mu oddać, nie jest bezmyślne „arcydzieło”. Największym komplementem jest gotowość do sporu. Do ponownego seansu. Do zakwestionowania własnego pierwszego zachwytu. Do przyznania, że można jednocześnie kochać jego muzykę i mieć zastrzeżenia do scenariusza, podziwiać Emmę Stone i uważać Sebastiana za postać niedostatecznie pogłębioną, zachwycać się choreografią i dostrzegać, że wizualny przepych chwilami próbuje nadrobić dramaturgiczne braki. Takie sprzeczności nie odbierają filmowi wartości. To właśnie one czynią go wartym rozmowy.
Ostatecznie „La La Land” nie jest dla mnie historią o tym, że należy bezwarunkowo kochać marzycieli. Jest historią o tym, że marzenia mają swoją cenę, a człowiek nie zawsze jest gotowy zapłacić ją od razu. Jest opowieścią o miłości, która była prawdziwa, choć nie okazała się wieczna. Jest opowieścią o sukcesie, który nie wymazuje straty. Jest również filmem o kinie, które potrafi stworzyć tak przekonującą iluzję, że przez chwilę chcemy w nią uwierzyć bardziej niż we własne doświadczenie. I może właśnie dlatego jego finał jest tak ważny. Nie dlatego, że jest smutny. Nie dlatego, że jest piękny. Dlatego, że w jednej chwili pokazuje różnicę pomiędzy życiem, które wydarzyło się naprawdę, a życiem, które mogło się wydarzyć w filmie. To różnica, którą znamy wszyscy, nawet jeśli na co dzień staramy się o niej nie myśleć.
W tym miejscu zaczyna się prawdziwa rozmowa o „La La Land”. Nie o nagrodach, nie o rekordach, nie o tym, czy Damien Chazelle zasłużył już na status wielkiego reżysera, nie o tym, czy Emma Stone wygląda olśniewająco w kolejnej sukience i nie o tym, czy ktoś powinien bezkrytycznie zakochać się w jego muzyce. Chodzi o coś znacznie bardziej niewygodnego. O to, jak łatwo dajemy się przekonać obrazowi własnych pragnień. O to, jak bardzo potrzebujemy historii, w których miłość, ambicja i sukces mogą istnieć obok siebie bez żadnych strat. O to, jak bardzo kino nauczyło nas oczekiwać, że każde poświęcenie zostanie wynagrodzone, każda miłość ocalona, a każdy marzyciel w końcu dostanie swoją scenę triumfu. „La La Land” najpierw obiecuje nam tę wersję świata, a potem spokojnie ją odbiera. I właśnie wtedy, kiedy kończy się muzyka, gasną światła, a bohaterowie zostają po przeciwnych stronach swojego spełnionego życia, zaczyna być jasne, że ten film nigdy nie był tak naprawdę opowieścią o tym, jak zdobyć wszystko. Był opowieścią o tym, czego nie da się zdobyć jednocześnie. I o tym, że czasami najbardziej bolesne nie jest to, że przegraliśmy, lecz świadomość, że wygraliśmy dokładnie to, o co walczyliśmy, a mimo wszystko musieliśmy coś po drodze zostawić.
Najbardziej interesujące w relacji Mii i Sebastiana nie jest wcale to, że się w sobie zakochują, lecz sposób, w jaki każde z nich stopniowo zaczyna traktować drugą osobę jako część własnego wyobrażenia o sobie. To mechanizm znacznie bardziej skomplikowany niż zwykłe zauroczenie. Człowiek rzadko przywiązuje się wyłącznie do konkretnej osoby. Często przywiązuje się również do tego, kim przy niej się staje, jak wygląda własne życie w jej obecności, jaką wersję siebie można dzięki niej zobaczyć. Mia i Sebastian spotykają się w momencie, kiedy oboje są jeszcze niespełnieni, a przez to szczególnie podatni na tworzenie wyobrażeń. Nie mają stabilnej pozycji, nie mają pewności, że ich wysiłki przyniosą rezultat, nie wiedzą nawet, czy za kilka lat nadal będą chcieli tego samego. W takiej sytuacji druga osoba bardzo łatwo zaczyna pełnić funkcję lustra. Sebastian widzi w Mii kogoś, kto rozumie jego ambicję, nawet jeśli nie zawsze rozumie jego fascynację jazzem. Mia widzi w Sebastianie człowieka, który traktuje jej aktorskie marzenia poważnie, podczas gdy kolejne castingi uczą ją czegoś dokładnie przeciwnego. Ich więź powstaje więc nie tylko z atrakcyjności, humoru czy wzajemnego zainteresowania. Powstaje również z rozpoznania własnej samotności w drugim człowieku. To bardzo ludzki mechanizm. Łatwo pomylić poczucie bycia zrozumianym z przekonaniem, że spotkało się osobę przeznaczoną właśnie dla nas. Granica pomiędzy jednym a drugim jest cienka, szczególnie wtedy, kiedy obie strony potrzebują potwierdzenia, że ich życie ma jakiś sens.
Mia potrzebuje tego potwierdzenia szczególnie mocno. Jej kolejne przesłuchania są przecież czymś więcej niż serią zawodowych niepowodzeń. Każde odrzucenie podważa jej wyobrażenie o samej sobie. Aktorstwo nie jest dla niej zwykłym zawodem, który można po kilku latach porzucić i zastąpić czymś innym. Stało się elementem tożsamości. Kiedy człowiek zwiąże własną wartość z jednym celem, każda przeszkoda zaczyna wyglądać jak osobista ocena. Nie dostała roli, więc może nie jest wystarczająco dobra. Nikt nie oddzwonił, więc może nie ma talentu. Ktoś przerwał jej podczas przesłuchania, więc może jej obecność nie jest dla nikogo interesująca. W takim świecie bardzo łatwo dojść do punktu, w którym zwykłe zawodowe niepowodzenie zaczyna boleć jak odrzucenie całego człowieka. „La La Land” dobrze rozumie ten proces, ponieważ nie pokazuje kariery Mii jako eleganckiej drogi od marzenia do sukcesu. Pokazuje upokorzenia, oczekiwanie, brak zainteresowania, konieczność ciągłego wystawiania siebie na ocenę obcych ludzi. Hollywood nie jest tutaj miejscem, w którym talent automatycznie zostaje zauważony. Jest mechanizmem selekcji, w którym talent stanowi tylko jeden z elementów, a reszta zależy od okoliczności, gustu, przypadku, wyglądu, właściwego momentu i decyzji ludzi, których bohaterka często nawet nie zna.
To właśnie przypadek jest jednym z najbardziej brutalnych elementów tej historii. Lubimy myśleć o sukcesie jako o konsekwencji ciężkiej pracy, ponieważ taka wersja świata jest psychologicznie wygodniejsza. Pozwala wierzyć, że istnieje sprawiedliwy związek pomiędzy wysiłkiem a rezultatem. „La La Land” nie pozwala jednak utrzymać tej wiary w całkowicie nienaruszonym stanie. Mia pracuje, próbuje, przegrywa, zaczyna od nowa, a mimo wszystko przez długi czas nic się nie zmienia. Sebastian również posiada talent i determinację, ale jego droga nie jest prostą konsekwencją tych cech. Żeby osiągnąć własny cel, musi wejść w środowisko, którego wcześniej nie chciał zaakceptować. Musi grać muzykę, której nie uważa za wystarczająco wartościową. Musi podporządkować się logice rynku, choć wcześniej gardził wszystkim, co tę logikę reprezentuje. Paradoks polega na tym, że aby ocalić swoją wizję, musi częściowo zdradzić zasady, które wcześniej uważał za nienaruszalne.
To jeden z najbardziej interesujących konfliktów Sebastiana, choć film mógłby go wykorzystać znacznie głębiej. Jego stosunek do jazzu jest bowiem nie tylko kwestią gustu muzycznego. To sposób definiowania własnej wartości. Sebastian potrzebuje przekonania, że jego muzyka jest czymś wyjątkowym, ponieważ dzięki temu sam może uważać się za człowieka wyjątkowego. Kiedy mówi o jazzie, bardzo często mówi również o sobie. Obrona tradycji staje się obroną własnego obrazu artysty. Problem w tym, że sztuka, którą chce ocalić, nie może być jednocześnie zamkniętym muzeum. Keith próbuje uświadomić mu rzecz dla Sebastiana niewygodną: muzyka żyje właśnie dlatego, że ktoś wcześniej odważył się ją zmienić. Każdy wielki tradycjonalista jest w pewnym sensie spadkobiercą wcześniejszego buntownika. Sebastian chce być strażnikiem dziedzictwa, ale nie zauważa, że jego własne wyobrażenie o tym dziedzictwie jest już interpretacją. Nie istnieje czysta, nietknięta tradycja, którą można po prostu przechować pod szkłem.
W tym miejscu film dotyka czegoś szerszego niż jazz. Ludzie bardzo często tworzą własne definicje autentyczności, a później zaczynają bronić ich tak, jakby były prawami natury. Artysta uważa, że jeżeli zacznie robić coś bardziej komercyjnego, zdradzi siebie. Człowiek ambitny uważa, że kompromis oznacza porażkę. Osoba zakochana przekonuje siebie, że prawdziwe uczucie powinno przetrwać każdą próbę. Ktoś, kto przez lata walczył o określone życie, zaczyna traktować zmianę planów jak przyznanie się do błędu. Wszystkie te mechanizmy mają wspólny fundament: człowiek potrzebuje spójnej opowieści o sobie. Nie lubimy myśli, że nasze decyzje bywają przypadkowe, sprzeczne albo podejmowane pod wpływem emocji, których w danym momencie nie rozumiemy. Znacznie łatwiej uwierzyć, że zawsze byliśmy właśnie tacy, jacy jesteśmy teraz. Sebastian przez długi czas nie potrafi zaakceptować, że jego wizja jazzu może się zmienić. Mia z kolei musi zmierzyć się z pytaniem, czy marzenie, któremu poświęciła tyle czasu, nadal jest marzeniem, czy może stało się już obowiązkiem wobec dawnej siebie.
Ich związek rozwija się dokładnie na tej granicy pomiędzy potrzebą bliskości a potrzebą zachowania własnej tożsamości. Na początku wydaje się, że uczucie rozwiązuje ten konflikt. Oboje zaczynają wierzyć, że znaleźli człowieka, który nie będzie wymagał od nich rezygnacji z własnych ambicji. To szczególnie kusząca wizja. Najbardziej pożądany partner nie jest przecież wyłącznie kimś, kogo kochamy. Jest także kimś, przy kim możemy pozostać sobą. Problem zaczyna się wtedy, kiedy „pozostanie sobą” wymaga coraz większej nieobecności wobec drugiej osoby. Wówczas pojawia się konflikt, którego nie da się rozstrzygnąć jednym zdaniem. Czy poświęcenie dla związku oznacza dojrzałość, czy utratę siebie? Czy wybór własnej kariery jest egoizmem, czy uczciwością? Czy oczekiwanie, że druga osoba z czegoś zrezygnuje, jest dowodem miłości, czy próbą podporządkowania jej własnym potrzebom?
„La La Land” nie daje tutaj wygodnej odpowiedzi i dobrze, że tego nie robi. Mia nie jest egoistką tylko dlatego, że chce zostać aktorką. Sebastian nie jest egoistą tylko dlatego, że chce stworzyć klub. Jednocześnie ich ambicje mają realne konsekwencje dla związku. To właśnie jest najtrudniejsze do zaakceptowania: można mieć rację i jednocześnie kogoś zranić. Można nie zrobić niczego złego w sensie moralnym, a mimo to przyczynić się do rozpadu czegoś ważnego. W rzeczywistych relacjach bardzo rzadko istnieje moment, w którym jedna strona staje się jednoznacznie winna, a druga niewinna. Znacznie częściej dochodzi do powolnego przesunięcia akcentów. Jedno z partnerów zaczyna pracować więcej. Drugie zaczyna czekać. Później role się zmieniają. Pojawiają się niewypowiedziane pretensje. Każda strona pamięta przede wszystkim własne poświęcenia, znacznie słabiej pamiętając te, których dokonała druga osoba. Z czasem nawet dobre intencje zaczynają być interpretowane jako dowody braku zainteresowania.
To właśnie napięcie jest znacznie bardziej interesujące niż sam romantyczny początek ich relacji. Początkowo wszystko jest łatwe, ponieważ oboje funkcjonują jeszcze w sferze możliwości. Nie muszą podejmować ostatecznych decyzji. Mogą rozmawiać o przyszłości, ponieważ przyszłość nie ma jeszcze konkretnych kosztów. Każde marzenie jest wtedy piękne, ponieważ nie zostało skonfrontowane z kalendarzem, rachunkami, zmęczeniem, zobowiązaniami i koniecznością dokonywania wyborów. Dopiero kiedy marzenia zaczynają się realizować, pojawia się problem. Paradoksalnie sukces może być dla związku trudniejszym doświadczeniem niż porażka. Kiedy oboje są niespełnieni, mają wspólnego przeciwnika. Kiedy jedno zaczyna odnosić sukces, a drugie pozostaje w miejscu, pojawia się asymetria. Sukces przestaje być wspólnym marzeniem i staje się doświadczeniem jednej osoby, którego druga musi się nauczyć.
Właśnie dlatego przemiana Sebastiana jest tak ważna. Podejmując pracę z zespołem Keitha, zdobywa stabilność i pieniądze, ale równocześnie oddala się od Mii. Formalnie robi coś, co ma przybliżyć ich do wspólnej przyszłości. W praktyce tworzy dystans. To jeden z tych paradoksów, których życie jest pełne. Człowiek może podejmować decyzje z myślą o ukochanej osobie, a jednocześnie coraz bardziej się od niej oddalać. Może pracować po to, żeby zbudować lepsze życie, a później odkryć, że przez tę pracę nie ma już czasu na samo życie. Może chcieć zapewnić komuś bezpieczeństwo, nie zauważając, że ta osoba zaczęła potrzebować przede wszystkim obecności. Intencja i skutek potrafią rozjechać się całkowicie, a żadna ze stron nie musi przy tym kłamać.
Sebastian zresztą nie kłamie, kiedy przekonuje siebie, że wszystko robi dla przyszłości. Prawdopodobnie naprawdę w to wierzy. Właśnie dlatego jego konflikt z Mią nie działa jak banalna historia o mężczyźnie, który wybiera karierę zamiast kobiety. Bardziej przypomina historię człowieka, który przez długi czas nie zauważa, że jego własne marzenie zaczęło przejmować kontrolę nad życiem. Klub jazzowy miał być symbolem wolności. Tymczasem zanim jeszcze powstaje, już wymaga od niego podporządkowania kolejnych obszarów codzienności. Mia znajduje się w podobnej sytuacji. Aktorstwo miało być spełnieniem jej osobowości, ale przez długi czas staje się źródłem upokorzeń, zwątpienia i konieczności ciągłego udowadniania swojej wartości. Oboje są więc niewolnikami czegoś, co miało ich wyzwolić.
Ten paradoks nie jest wcale szczególnie filmowy. Można go znaleźć w życiu ludzi, którzy przez lata budują karierę, a później odkrywają, że nie wiedzą już, co zrobić z wolnym czasem. Można go znaleźć u tych, którzy tak długo walczą o niezależność, że zaczynają bać się bliskości. Można go znaleźć w związkach, które rozpadają się nie dlatego, że uczucie wygasło, ale dlatego, że każda ze stron zaczęła prowadzić osobne życie. Najbardziej zdradliwe kryzysy nie pojawiają się przecież zawsze wtedy, kiedy przestajemy kogoś kochać. Czasem pojawiają się wtedy, kiedy nadal kochamy, ale nasze życie przestaje mieścić tę miłość w dotychczasowej formie.
Dlatego spotkanie po latach ma tak duże znaczenie. Nie dlatego, że pokazuje wielką, niespełnioną miłość w najbardziej klasycznym znaczeniu. Znacznie bardziej interesujące jest to, że oboje mogą w tym momencie zobaczyć własną przeszłość bez konieczności jej naprawiania. To sytuacja, która w rzeczywistości zdarza się częściej, niż chcielibyśmy przyznać. Dawni partnerzy potrafią po wielu latach spotkać się przypadkiem i nagle odkryć, że osoba, która kiedyś zajmowała ogromną część ich życia, stała się kimś obcym, a jednocześnie dziwnie znajomym. Pamięć zachowuje pewne gesty, sposób mówienia, spojrzenie, śmiech, drobne przyzwyczajenia. Ciało rozpoznaje obecność człowieka szybciej niż rozum zdąży ją zinterpretować. Nie oznacza to jednak, że uczucie wraca w takim samym kształcie. Czas nie jest przechowalnią emocji. Zmienia ich znaczenie.
Właśnie tutaj pojawia się jeden z najbardziej przewrotnych mechanizmów filmu: powrót nie prowadzi do powrotu. Spotkanie Mii i Sebastiana nie otwiera drzwi do przeszłości. Przeciwnie, pokazuje, że przeszłość już się wydarzyła. Można ją wspominać, można ją idealizować, można nawet wyobrażać sobie inną wersję własnego życia, ale nie można do niej wejść ponownie. Człowiek ma niezwykłą zdolność do tworzenia alternatywnych biografii. Wystarczy przypadkowe spotkanie z dawnym partnerem, zdjęcie sprzed lat, miejsce, w którym kiedyś bywaliśmy, albo piosenka usłyszana po długim czasie, żeby umysł zaczął konstruować pytania, na które nie istnieje odpowiedź. Co by było, gdybym wtedy został? Co by było, gdybym nie wyjechała? Co by było, gdybym wybrał inaczej? Co by było, gdybyśmy jeszcze raz spróbowali?
Takie pytania są fascynujące właśnie dlatego, że nie można ich rozstrzygnąć. Alternatywna wersja życia zawsze ma przewagę nad rzeczywistością: nie musi płacić rachunku za własne konsekwencje. W wyobrażonej historii Mia i Sebastian mogą być razem, mogą wspierać swoje kariery, mogą mieć dom, rodzinę, klub, role filmowe i wszystko, czego zabrakło w rzeczywistym przebiegu wydarzeń. Umysł potrafi zbudować taką wersję w kilka sekund. Nie pokazuje jednak zmęczenia, kłótni, rutyny, rozczarowań ani tych wszystkich drobnych kompromisów, które w prawdziwym związku pojawiłyby się niemal natychmiast. Alternatywne życie jest zawsze podejrzanie gładkie, ponieważ tworzymy je już po poznaniu skutków rzeczywistego życia. Wiemy, czego zabrakło, więc dopisujemy to do wersji wyobrażonej. Nie wiemy natomiast, co w tej wersji mogłoby pójść źle.
Finał „La La Land” jest mocny właśnie dlatego, że świadomie wykorzystuje tę słabość ludzkiego umysłu. Pokazuje życie Mii i Sebastiana tak, jak moglibyśmy je sobie wyobrazić, gdyby wszystkie brakujące elementy zostały dopisane. Przez chwilę film daje im wszystko. Wspólną karierę, wspólną przestrzeń, wspólne spełnienie, rodzinę, codzienność, która wygląda tak, jak powinna wyglądać codzienność bohaterów romantycznego musicalu. To jednak nie jest rzeczywistość. To wizualizacja możliwości. Jej doskonałość jest podejrzana, ponieważ jest produktem wyobraźni. W tym sensie scena nie mówi nam, że Mia i Sebastian powinni byli być razem. Nie mówi nawet, że byliby wtedy szczęśliwsi. Pokazuje tylko, że ludzka wyobraźnia zawsze potrafi stworzyć świat, w którym podjęta kiedyś decyzja wygląda jak błąd.
Najbardziej interesujące jest to, że oboje nie reagują na siebie gniewem. Nie ma wielkiej awantury, nie ma wyrzutu, który rozwiązałby wszystkie emocjonalne napięcia. Pozostaje spojrzenie. Jest w nim rozpoznanie wspólnej historii i jednocześnie akceptacja jej końca. To bardzo trudny stan emocjonalny, ponieważ człowiek chciałby zazwyczaj zamknąć przeszłość w sposób jednoznaczny. Łatwiej powiedzieć sobie, że ktoś był zły, że związek był pomyłką, że rozstanie było konieczne, że druga osoba nie była odpowiednia. Taki mechanizm pozwala uporządkować wspomnienia. Znacznie trudniej zaakceptować sytuację, w której ktoś był naprawdę ważny, związek był naprawdę dobry, uczucie było prawdziwe, a mimo to wspólna przyszłość nie powstała. Tego nie da się łatwo zamknąć jednym osądem.
Właśnie dlatego powroty bywają bardziej skomplikowane niż rozstania. Rozstanie ma swój konkretny moment, nawet jeśli emocjonalnie ciągnie się miesiącami czy latami. Powrót natomiast otwiera możliwość, która może nigdy nie zostać wykorzystana. Człowiek zaczyna zastanawiać się nie nad tym, co się wydarzyło, lecz nad tym, co mogłoby się wydarzyć. To przestrzeń pełna samooszukiwania. Pamięć nie jest obiektywnym archiwum. Z czasem wybiera sceny, które pasują do aktualnego obrazu własnej przeszłości. Dobre chwile zostają wygładzone, złe zaczynają wydawać się mniej istotne, a konflikty, które kiedyś były nie do zniesienia, mogą po latach wyglądać jak drobne nieporozumienia. Człowiek nie wspomina przeszłości takiej, jaka była. Wspomina ją taką, jakiej potrzebuje w danym momencie.
Mia i Sebastian również mają możliwość takiego zniekształcenia. Ich wspólny temat muzyczny działa jak skrót do całego okresu życia, ale skrót nie zawiera wszystkiego. Nie zawiera zmęczenia, nieporozumień, samotności ani wszystkich tych momentów, kiedy jedno z nich czuło, że drugie go nie rozumie. Muzyka przechowuje emocję, nie pełną dokumentację wydarzeń. Dlatego jej powrót jest tak skuteczny. Kilka dźwięków potrafi uruchomić całe doświadczenie, ale doświadczenie to jest już filtrowane przez czas. Właśnie w tym tkwi paradoks pamięci: im dalej jesteśmy od wydarzenia, tym mniej szczegółów pamiętamy, ale czasem tym silniejsze wydaje się samo uczucie.
Nie bez powodu film tak mocno wiąże miłość z muzyką. Muzyka nie wymaga logicznego porządku. Potrafi wrócić nagle, bez zapowiedzi, uruchomić skojarzenie, którego nie zamawialiśmy, i przenieść człowieka do momentu, którego dawno już nie ma. W tym sensie finał „La La Land” jest nie tylko opowieścią o dwojgu dawnych kochankach. Jest także opowieścią o tym, jak pamięć potrafi zachować emocjonalny ślad relacji długo po tym, jak sama relacja przestaje istnieć. To nie musi być dowód na to, że miłość trwa wiecznie. Czasem oznacza po prostu, że pewne osoby stają się częścią naszej biografii w sposób, którego później nie można już całkowicie usunąć.
Najbardziej brutalne jest jednak to, że osiągnięcie własnego celu nie daje Mii ani Sebastianowi możliwości cofnięcia czasu. Oboje dostali to, czego chcieli, ale sukces nie ma właściwości terapeutycznej, której tak często oczekujemy od sukcesu. Nie leczy wszystkich dawnych ran. Nie przywraca ludzi. Nie sprawia, że wcześniejsze wybory przestają mieć znaczenie. Człowiek może osiągnąć zawodową stabilność, uznanie, pieniądze czy społeczną pozycję, a jednocześnie wciąż nosić w sobie świadomość jakiegoś utraconego wariantu życia. Nie oznacza to niewdzięczności wobec teraźniejszości. Można być zadowolonym z tego, co się ma, i jednocześnie żałować tego, czego się nie ma. Te dwa uczucia nie wykluczają się, choć bardzo często próbujemy je rozdzielić, jakby psychika potrzebowała jednej oficjalnej wersji wydarzeń.
To jedna z najbardziej dojrzałych rzeczy, jakie „La La Land” ma do zaoferowania. Szczęście nie zostaje przedstawione jako stan całkowity. Spełnienie nie oznacza braku strat. Miłość nie musi kończyć się wspólnym życiem, żeby była prawdziwa. Rozstanie nie musi oznaczać, że związek był pomyłką. Sukces nie musi być dowodem, że wszystkie wcześniejsze decyzje były słuszne. Człowiek może jednocześnie kochać swoje obecne życie i mieć w sobie cień pytania o życie alternatywne. Nie ma tutaj sprzeczności, choć na pierwszy rzut oka właśnie tak się wydaje.
W tym miejscu ujawnia się również pewna słabość współczesnego myślenia o relacjach. Bardzo lubimy historie, które pozwalają jednoznacznie nazwać ludzi dobrymi albo złymi partnerami. Ktoś „walczył o związek”, ktoś „wybrał karierę”, ktoś „nie był gotowy na miłość”, ktoś „bał się zaangażowania”. Takie etykiety dają pozorne poczucie porządku. Tymczasem prawdziwe relacje są znacznie mniej przejrzyste. Ludzie potrafią kochać i zawodzić jednocześnie. Potrafią być obecni w jednym okresie życia i nieobecni w innym. Potrafią obiecywać coś szczerze, a później nie być w stanie tej obietnicy spełnić. Potrafią zmienić się bez złej intencji. Czasami dwie osoby nie rozchodzą się dlatego, że jedna z nich przestała się starać. Rozchodzą się dlatego, że każda z nich zaczęła starać się o coś innego.
„La La Land” jest pod tym względem ciekawszy niż jego romantyczna powierzchnia. Film nie potrzebuje wielkiej zdrady ani spektakularnej katastrofy, żeby doprowadzić związek do końca. Wystarcza różnica kierunków. To szczególnie mocno działa dlatego, że Mia i Sebastian przez większość czasu nadal mają wobec siebie dobre intencje. Nie przestają być dla siebie ważni. Nie zamieniają się nagle w obcych ludzi. Po prostu ich indywidualne trajektorie zaczynają się rozchodzić. Jeden sukces prowadzi do kolejnego zobowiązania, następna szansa wymaga kolejnego poświęcenia, kolejny krok zawodowy zabiera następny fragment wspólnego czasu. W pewnym momencie nie ma już jednego wspólnego projektu życia, są dwa projekty prowadzone obok siebie.
To właśnie może być najbardziej realistyczny aspekt całej historii. Rozpad związku często nie przypomina eksplozji. Bardziej przypomina proces, którego uczestnicy długo nie zauważają. Pojedyncze decyzje wydają się niewinne. Jeden wyjazd. Jeden projekt. Jedna trasa koncertowa. Jedna próba. Jeden casting. Jeden wieczór spędzony osobno. Nic z tego samo w sobie nie musi oznaczać końca. Dopiero po czasie można zobaczyć, że z tych drobnych elementów powstała nowa rzeczywistość, w której wspólność została zastąpiona równoległością. Najtrudniejsze do zaakceptowania jest wtedy to, że nie istnieje jeden moment, który można wskazać jako przyczynę. Nie ma konkretnego dnia, w którym wszystko się skończyło. Jest seria małych przesunięć.
Dlatego tak ważne jest również to, że „La La Land” nie próbuje rozliczyć Mii ani Sebastiana. Ich rozstanie nie zostaje przedstawione jako kara za ambicję. Nie ma komunikatu, że powinni byli bardziej się postarać. Film nie mówi, że prawdziwa miłość wymaga rezygnacji z własnych celów. Byłoby to zresztą zbyt proste i psychologicznie nieuczciwe. Trudno uznać za zdrową relację, w której jedna osoba ma zrezygnować z własnej tożsamości tylko po to, żeby druga mogła realizować swoją. Jednocześnie trudno też udawać, że wszystkie wybory są pozbawione kosztów. Właśnie ta nierozstrzygalność nadaje historii ciężar. Każde rozwiązanie byłoby w jakimś sensie niesprawiedliwe.
Można sobie wyobrazić inną wersję filmu, w której Mia porzuca aktorstwo, a Sebastian rezygnuje z trasy i otwiera klub wcześniej. Można też wyobrazić sobie odwrotną sytuację, w której jedno z nich całkowicie podporządkowuje się drugiemu. Tylko że żadna z tych wersji nie daje gwarancji szczęścia. Człowiek, który rezygnuje z ważnego dla siebie celu, może po latach zacząć obwiniać partnera za własne niespełnienie, nawet jeśli decyzję podjął dobrowolnie. Człowiek, który wybiera karierę, może z kolei osiągnąć wszystko i odkryć, że sukces nie zastąpi bliskości. Nie ma rozwiązania bez kosztu. Jest tylko koszt, który w danym momencie jesteśmy gotowi zaakceptować.
Właśnie dlatego tak mocno wybrzmiewa pytanie o to, czy można mieć wszystko. Odpowiedź filmu wydaje się negatywna, ale nie jest to odpowiedź całkowicie ponura. Problem polega raczej na tym, że samo pojęcie „wszystkiego” jest iluzją. W każdym momencie życia wybieramy jedną wersję rzeczywistości spośród wielu możliwych. Jeżeli zostajemy w jednym mieście, nie dowiemy się, co wydarzyłoby się w innym. Jeżeli wybieramy jedną osobę, nie poznamy życia z kimś innym. Jeżeli wybieramy karierę, nie będziemy wiedzieć, jak wyglądałoby życie, gdybyśmy zdecydowali się na coś spokojniejszego. Człowiek nie może przeżyć wszystkich wariantów własnej biografii, ale jego wyobraźnia bez przerwy produkuje ich symulacje. Stąd bierze się znaczna część naszego niezadowolenia. Nie porównujemy przecież wyłącznie własnego życia z życiem innych. Porównujemy je również z życiem, którego nigdy nie mieliśmy.
„La La Land” bardzo świadomie korzysta z tego mechanizmu. Alternatywne zakończenie jest właściwie wizualizacją tego, co dzieje się w głowie człowieka, który po latach wraca do ważnej relacji. Zamiast faktów pojawia się możliwość. Zamiast pamięci pojawia się rekonstrukcja. Zamiast pytania „co się wydarzyło?” pojawia się pytanie „co mogło się wydarzyć?”. To dwa zupełnie różne sposoby myślenia. Pierwszy prowadzi do historii. Drugi do mitu.
A człowiek kocha mity o własnym życiu. Szczególnie te, które tłumaczą dawne decyzje. Potrzebujemy czasem wierzyć, że rozstanie miało sens, że sukces był wart ceny, że osoba, którą straciliśmy, była „tą jedyną”, albo przeciwnie, że nigdy naprawdę do siebie nie pasowaliśmy. Wszystkie te narracje mogą być próbami odzyskania kontroli nad czymś, czego kontrolować już nie można. Przeszłość jest zamknięta, ale jej znaczenie pozostaje ruchome. Możemy ją interpretować na nowo przez całe życie. To dlatego ludzie po wielu latach potrafią opowiadać tę samą historię zupełnie inaczej niż wcześniej. Nie zawsze dlatego, że kłamią. Po prostu zmienili się oni sami, więc zmieniło się również miejsce, z którego patrzą.
Mia i Sebastian w finale są już innymi ludźmi niż wtedy, kiedy się poznali. Nie wiemy wszystkiego o tych pięciu latach, które film pozostawia poza kadrem, i właśnie ten brak informacji jest jednocześnie jego siłą i słabością. Siłą, ponieważ pozostawia przestrzeń dla wyobraźni. Słabością, ponieważ psychologiczna przemiana zostaje w pewnym stopniu założona zamiast pokazana. Widz ma uwierzyć, że czas zrobił swoje. Ma przyjąć, że oboje dorośli do swoich obecnych ról. Ma zaakceptować, że ich życie potoczyło się dalej. Film potrzebuje tej luki, aby zachować koncentrację na emocjonalnym finale, ale jako opowieść o ludziach płaci za to cenę. Niektóre najważniejsze przemiany wydarzyły się poza ekranem.
To zresztą charakterystyczne dla Chazelle’a. Jego filmy mają niezwykłą zdolność kondensowania emocji w scenach, które są intensywne formalnie. Potrafi sprawić, że widz ma poczucie uczestniczenia w czymś ogromnym nawet wtedy, kiedy fabularnie wydarza się niewiele. Rytm, muzyka, montaż, światło i ruch przejmują część obowiązków scenariusza. To jego ogromna siła, ale jednocześnie ryzyko. Kiedy forma jest tak atrakcyjna, łatwo zapomnieć, że nie wszystkie pytania dramaturgiczne zostały rozstrzygnięte. „La La Land” chwilami korzysta z tego bardzo skutecznie. Widz jest tak zajęty przeżywaniem filmu, że nie ma czasu zatrzymać się i zapytać, czy wszystko zostało wystarczająco przekonująco uzasadnione.
Najbardziej charakterystyczne jest to, że Chazelle potrafi wykorzystać nasze przyzwyczajenia przeciwko nam. Znamy język musicalu. Wiemy, że przypadkowe spotkanie prowadzi do romansu. Wiemy, że piosenka pojawi się w momencie emocjonalnego przełomu. Wiemy, że bohaterowie będą musieli pokonać przeszkody. Wiemy, że wielki finał powinien przynieść spełnienie. Reżyser korzysta z tych oczekiwań, ponieważ bez nich jego późniejsze odwrócenie nie miałoby takiej siły. Nie wystarczy powiedzieć widzowi, że bajka była iluzją. Trzeba najpierw pozwolić mu w tę bajkę uwierzyć.
To dlatego początkowa część filmu może wydawać się wręcz przesadnie naiwna. Ta naiwność jest potrzebna. Bez niej finał straciłby kontrast. Problem polega jednak na tym, że cienka granica pomiędzy świadomą naiwnością a rzeczywistą naiwnością jest czasem bardzo trudna do uchwycenia. Nie każda uproszczona scena jest automatycznie ironią. Nie każdy schemat jest automatycznie komentarzem do schematu. Nie każdy niedostatek psychologiczny musi być świadomym pozostawieniem przestrzeni interpretacyjnej. Krytyczne spojrzenie powinno zachować tutaj ostrożność, ponieważ bardzo łatwo zacząć dopisywać reżyserowi intencje, które są wygodne dla naszej interpretacji. To kolejny paradoks odbioru filmu: im bardziej chcemy uznać dzieło za genialne, tym łatwiej zaczynamy tłumaczyć jego słabości jako ukryte zalety.
„La La Land” aż prosi się o taki mechanizm obronny. Jeśli Sebastian jest słabo napisany, można powiedzieć, że jego niedookreślenie jest celowe. Jeśli pewne przemiany nie są wystarczająco pokazane, można uznać, że film pozostawia je widzowi. Jeśli wizualny przepych dominuje nad fabułą, można stwierdzić, że właśnie o to chodziło. Jeśli wokale są niedoskonałe, można uznać je za świadomy wybór realistycznego stylu. Czasem te argumenty są przekonujące. Czasem nie. Najuczciwsze podejście wymaga zgody na możliwość, że reżyser mógł mieć dobrą intencję, a efekt nie zawsze osiągnął jej poziom.
To zresztą dotyczy nie tylko kina. Ludzie również bardzo często tłumaczą własne zachowania intencjami, podczas gdy inni oceniają je po skutkach. „Nie chciałem cię zranić” może być szczere i jednocześnie nie zmieniać faktu, że ktoś został zraniony. „Robiłem to dla nas” może być prawdą i jednocześnie nie odpowiadać na pytanie, dlaczego druga osoba czuła się samotna. „Potrzebowałam czasu” może opisywać rzeczywisty stan emocjonalny, ale dla drugiej strony oznaczać miesiące niepewności. Intencje są częścią prawdy, ale nie są całą prawdą. „La La Land” jest interesujący właśnie dlatego, że jego bohaterowie nie muszą być źli, żeby doprowadzić do czegoś bolesnego.
W tym sensie ich historia jest znacznie bardziej gorzka niż klasyczny romans, ale nie dlatego, że miłość przegrywa. Miłość nie uczestniczy tutaj w żadnym konkursie. Nie można powiedzieć, że kariera pokonała uczucie, ponieważ takie stwierdzenie upraszcza problem. Kariera i miłość nie są przecież dwiema drużynami stojącymi po przeciwnych stronach boiska. To dwa sposoby organizowania życia, które czasami można pogodzić, a czasami nie. Kiedy nie da się ich pogodzić, niekoniecznie oznacza to, że jedna wartość jest ważniejsza od drugiej. Czasem oznacza po prostu, że człowiek znalazł się w sytuacji, w której jego możliwości są ograniczone.
I może właśnie ograniczenie jest jednym z najważniejszych tematów tego filmu. Marzenia opowiadają nam o nieskończonych możliwościach, życie przypomina o ich granicach. Wyobraźnia mówi: możesz być kimkolwiek. Czas odpowiada: nie możesz być wszystkimi wersjami siebie naraz. Możesz wybrać miłość, możesz wybrać karierę, możesz próbować połączyć jedno z drugim, ale każda decyzja zamyka pewne drzwi. Człowiek nie cierpi wyłącznie z powodu utraconych rzeczy. Czasem cierpi również z powodu świadomości, że nigdy nie dowie się, co znajdowało się za drzwiami, których nie otworzył.
Dlatego nostalgia Mii i Sebastiana nie jest zwykłą tęsknotą za sobą nawzajem. To również tęsknota za wersją siebie, która istniała tylko w ich wspólnym życiu. Być może właśnie to jest najtrudniejsze do zaakceptowania po niektórych relacjach. Nie tęskni się wyłącznie za człowiekiem. Tęskni się za tym, kim było się przy nim. Za pewnym sposobem patrzenia na świat, za rytuałami, rozmowami, drobnymi żartami, planami, których później już nikt nie kontynuował. Kiedy relacja się kończy, znika nie tylko druga osoba. Znika również pewna wersja codzienności i pewna wersja własnej tożsamości. Można później stworzyć nową, czasem znacznie lepszą, ale ta wcześniejsza nie wraca.
Właśnie dlatego spotkanie po latach może być tak intensywne, nawet jeśli trwa bardzo krótko. W jednej chwili obecność drugiej osoby przywraca fragment dawnego życia. Nie przywraca go naprawdę, ale na moment pozwala sobie przypomnieć, jak się wtedy myślało, czego się chciało, czego się bało i jak wyglądała przyszłość, zanim została podzielona przez konkretne decyzje. Taki powrót jest kuszący, ale także niebezpieczny, ponieważ łatwo pomylić intensywność wspomnienia z aktualnością uczucia. To, że coś było kiedyś ogromne, nie oznacza, że nadal ma takie samo miejsce w obecnym życiu.
„La La Land” nie próbuje tej różnicy rozstrzygnąć. I właśnie dlatego finał nie powinien być odczytywany jako prosta sugestia, że Mia i Sebastian nadal się kochają i żałują rozstania. Być może tak jest. Być może czują przede wszystkim wdzięczność. Być może wspominają coś, co było ważne, ale należy już do zamkniętego etapu. Być może przez chwilę oboje widzą siebie w innej wersji życia, a później wracają do swoich rzeczywistych ról. Film nie daje nam dostępu do ich wnętrza w sposób całkowity. Zostawia spojrzenie, gest i muzykę. Resztę musi dopowiedzieć widz, ale każde dopowiedzenie jest już również projekcją własnych doświadczeń.
To może być zresztą najważniejszy powód, dla którego różni ludzie reagują na ten film tak skrajnie. „La La Land” nie trafia do wszystkich w ten sam sposób, ponieważ jego finał działa jak ekran projekcyjny. Ktoś widzi w nim piękną historię o utraconej miłości. Ktoś inny dostrzega opowieść o dojrzałości. Jeszcze ktoś inny widzi romantyczną manipulację emocjami. Jedna osoba będzie zachwycona, druga zirytowana, trzecia wzruszona, a czwarta pozostanie obojętna. Każda z tych reakcji może być częściowo prawdziwa, ponieważ film jest skonstruowany tak, aby uruchamiać osobiste doświadczenia. Nie dlatego, że opowiada historię wyjątkowo skomplikowaną. Właśnie przeciwnie. Historia jest prosta. Skomplikowane są emocje, które można do niej przyłożyć.
I tutaj wraca kwestia największej siły oraz największej słabości Chazelle’a. Reżyser bardzo dobrze rozumie, że kino nie zawsze musi opowiadać skomplikowaną historię, aby uruchomić skomplikowane emocje. Potrafi znaleźć prosty konflikt i nadać mu formę, która działa niemal natychmiast. Jednocześnie istnieje ryzyko, że emocjonalna skuteczność zacznie zastępować psychologiczną głębię. Widz może poczuć bardzo dużo, choć bohaterowie niekoniecznie zostali opisani równie szczegółowo. To różnica istotna, ponieważ silne przeżycie podczas seansu nie jest automatycznie dowodem na głębię scenariusza.
„La La Land” jest więc filmem, który warto oglądać podwójnie. Raz jako widz, który pozwala się uwieść jego formie, muzyce, historii i atmosferze. Drugi raz jako ktoś, kto próbuje zobaczyć, co zostało pod tą konstrukcją. Dopiero wtedy widać, jak wiele rzeczy jest tutaj jednocześnie prawdziwych i skonstruowanych. Miłość jest prawdziwa, ale podporządkowana gatunkowi. Ból jest prawdziwy, ale starannie zaaranżowany. Los Angeles jest prawdziwym miastem, ale na ekranie staje się niemal całkowicie przefiltrowanym wyobrażeniem. Jazz istnieje naprawdę, ale w filmie staje się również symbolem konfliktu pomiędzy tradycją a zmianą. Marzenia są realne, ale ich realizacja zostaje przedstawiona w sposób, który sam jest częścią hollywoodzkiej fantazji.
Nie ma w tym koniecznie sprzeczności. Kino zawsze jest konstrukcją. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy konstrukcja udaje rzeczywistość bez pozostawienia śladu własnej sztuczności. „La La Land” jest pod tym względem znacznie bardziej uczciwy niż wiele innych filmów, ponieważ jego sztuczność jest jawna. On nie próbuje przekonać nas, że świat wygląda tak naprawdę. Przez większość czasu wręcz przypomina nam, że oglądamy musical. Ta świadomość pozwala mu później wykonać najważniejszy ruch: pokazać, że sztuczność może być przyjemna, ale nie może zastąpić życia.
Właśnie dlatego jego najpiękniejsze sceny mają w sobie pewien rodzaj niepokoju. Widz wie, że ogląda świat, w którym ludzie mogą nagle zacząć tańczyć, ale jednocześnie wie, że ta rzeczywistość ma termin ważności. Wie, że film musi kiedyś wrócić na ziemię. Wie, że Mia i Sebastian nie mogą bez końca pozostawać zawieszeni w tej samej romantycznej fantazji. Wie, że ich marzenia będą wymagały konkretnych decyzji. Im dłużej trwa musicalowa iluzja, tym większe staje się oczekiwanie na jej pęknięcie.
To pęknięcie nie jest jednak końcem magii. Jest jej konsekwencją. „La La Land” nie mówi, że marzenia są bezwartościowe. Nie mówi, że miłość jest iluzją. Nie mówi, że sukces nie ma znaczenia. Pokazuje jedynie, że żadna z tych rzeczy nie ma mocy unieważniania pozostałych. Można spełnić marzenie i stracić coś innego. Można kochać i odejść. Można odnieść sukces i czuć brak. Można wspominać bez chęci powrotu. Można żałować bez przekonania, że decyzja była błędem. Człowiek jest wystarczająco skomplikowany, żeby wszystkie te stany istniały jednocześnie.
I chyba właśnie dlatego historia Mii i Sebastiana zostaje w pamięci dłużej niż większość efektownych romansów. Nie dlatego, że jest najbardziej niezwykła. Wręcz przeciwnie, jej siła bierze się z rozpoznawalności. Każdy człowiek nosi w sobie jakieś „co by było, gdyby”. Czasem dotyczy ono osoby, czasem miejsca, pracy, przyjaźni, decyzji podjętej zbyt wcześnie albo odłożonej zbyt długo. Niektóre z tych alternatywnych historii są absurdalne, inne prawdopodobne, jeszcze inne tak kuszące, że przez moment zaczynamy traktować je jak równoległą rzeczywistość. Nie mamy jednak możliwości sprawdzenia żadnej z nich. Pozostają hipotezami, a hipoteza ma tę przewagę nad faktem, że nie można jej ostatecznie obalić.
W tym sensie „La La Land” jest filmem o ludzkiej potrzebie dopisywania zakończeń. Nie tylko filmowych. Własnych. Dopisujemy je do rozstań, do porażek, do sukcesów, do przypadkowych spotkań, do ludzi, których już nie ma w naszym życiu. Czasem robimy to po to, żeby sobie coś wyjaśnić. Czasem po to, żeby usprawiedliwić decyzję. Czasem dlatego, że rzeczywistość jest zbyt niejednoznaczna i trudno zaakceptować, że pewne historie nie mają satysfakcjonującego finału. Chazelle daje nam więc dokładnie to, czego człowiek potrzebuje: na kilka minut możliwość zobaczenia alternatywnego zakończenia. Potem jednak zostawia nas z rzeczywistym.
I może właśnie tutaj znajduje się prawdziwy ciężar tego filmu. Nie w pytaniu, czy Mia i Sebastian powinni byli zostać razem, lecz w świadomości, że ich życie potoczyło się dalej bez tej odpowiedzi. Oboje musieli żyć z własnymi decyzjami, zanim po latach zobaczyli siebie ponownie. Nie wiadomo, czy przez wszystkie te lata myśleli o sobie równie intensywnie. Nie wiadomo, czy ich spotkanie było dla obojga równie ważne. Nie wiadomo, czy alternatywna historia pojawiła się w ich głowach po raz pierwszy właśnie wtedy, czy może istniała tam od dawna. I dobrze, że film nie próbuje tego dopowiedzieć. Jednoznaczność odebrałaby tej historii część jej wiarygodności.
Pozostaje więc coś znacznie bardziej ludzkiego niż klasyczny happy end: świadomość, że pewne osoby mogą mieć ogromne znaczenie, nawet jeśli nie zostają z nami na zawsze. Że wspólna historia nie musi prowadzić do wspólnej przyszłości. Że można być czyimś ważnym rozdziałem, nie będąc ostatnim rozdziałem jego życia. Że powrót może polegać wyłącznie na jednym spojrzeniu i na tym, że przez kilka sekund obie strony przypominają sobie, kim kiedyś dla siebie były. Bez deklaracji. Bez próby naprawienia przeszłości. Bez udawania, że nic się nie wydarzyło.
Właśnie w tym miejscu „La La Land” okazuje się znacznie mniej słodki, niż sugerują jego kolory, piosenki i romantyczna otoczka. Pod powierzchnią znajduje się opowieść o ograniczeniach, których nie można pokonać samą siłą uczucia. Znajduje się tam również coś bardziej niewygodnego: świadomość, że człowiek nie zawsze jest ofiarą własnego życia. Czasem sam wybiera drogę, która prowadzi do straty, ponieważ w danym momencie nie potrafi albo nie chce wybrać inaczej. Nie oznacza to winy. Oznacza odpowiedzialność za własną biografię, ale bez prostego mechanizmu nagrody i kary.
Mia i Sebastian nie są więc bohaterami, którym życie odebrało szczęście. Są ludźmi, którzy dokonali wyborów i otrzymali ich konsekwencje. To różnica ogromna. W pierwszej wersji pozostaje tylko żal do świata. W drugiej pojawia się coś znacznie bardziej złożonego: świadomość, że własne życie składa się również z drzwi, których samemu się nie otworzyło. I że czasem dopiero po wielu latach można zobaczyć, jak wiele różnych historii mogło wydarzyć się zamiast tej jednej.
„La La Land” nie pozwala jednak stwierdzić, że alternatywna historia byłaby lepsza. I właśnie to jest jego największą uczciwością. Możemy ją sobie wyobrazić jako piękniejszą, ale nie możemy jej zweryfikować. Możemy żałować rozstania, ale nie możemy wiedzieć, czy wspólne życie rzeczywiście przyniosłoby więcej szczęścia. Możemy patrzeć na sukces Mii i Sebastiana i zastanawiać się, czy cena nie była zbyt wysoka, ale nie mamy dostępu do życia, którego nie wybrali. Widzimy tylko jedno. Drugie istnieje wyłącznie jako możliwość.
To wystarczy, żeby film przestał być prostą historią miłosną, a stał się opowieścią o jednym z najbardziej uporczywych ludzkich mechanizmów: potrzebie przekonania siebie, że gdzieś istnieje wersja życia, w której wszystko układa się lepiej. Być może właśnie dlatego tak łatwo zakochać się w „La La Land”. Film daje nam nie tylko historię Mii i Sebastiana. Daje nam własne pytania. Każdy może w pewnym momencie zobaczyć w ich spojrzeniu własną dawną decyzję, własną utraconą możliwość, własnego człowieka, którego kiedyś znał znacznie bliżej niż dzisiaj. I wtedy przestaje być ważne, czy Chazelle rzeczywiście stworzył arcydzieło. Znacznie ważniejsze staje się to, że stworzył film, który potrafi uruchomić w widzu pamięć o rzeczach, których nie da się już sprawdzić.
To właśnie jest siła jego zakończenia, ale też jego pułapka. Film jest tak skuteczny w wywoływaniu emocji, że bardzo łatwo przypisać mu większą głębię, niż rzeczywiście znajduje się w jego scenariuszu. Widz dopisuje własne doświadczenia, własne straty i własne „co by było, gdyby”, a później może pomylić intensywność własnej reakcji z pełnią dzieła. Tymczasem te dwie rzeczy nie zawsze są tym samym. Czasami film dotyka nas głęboko, ponieważ trafia na coś, co już od dawna nosimy w sobie. To również jest wartość kina, ale nie należy jej automatycznie utożsamiać z perfekcją artystyczną.
Dlatego „La La Land” zasługuje zarówno na zachwyt, jak i na podejrzliwość. Zachwyt jest uzasadniony, bo formalnie film posiada energię, której trudno odmówić. Podejrzliwość również jest potrzebna, ponieważ forma potrafi tutaj działać jak zasłona. Pod nią znajduje się historia wystarczająco dobra, aby utrzymać emocjonalny ciężar filmu, ale nie zawsze wystarczająco rozbudowana, aby uzasadnić wszystkie zachwyty, które narosły wokół dzieła. To nie jest zarzut dyskwalifikujący. Jest raczej próbą przywrócenia właściwych proporcji.
Bo może właśnie z proporcjami mamy największy problem, kiedy oglądamy kino tak mocno osadzone w micie własnej wielkości. Kiedy film zostanie nazwany klasykiem, każde jego potknięcie zaczyna być interpretowane jako świadomy zabieg. Kiedy reżyser zostanie uznany za geniusza, każda jego decyzja nabiera dodatkowej wartości tylko dlatego, że wyszła spod jego ręki. Kiedy aktor staje się symbolem pewnego rodzaju ekranowej atrakcyjności, łatwo przestać pytać, czy konkretna rola rzeczywiście wykorzystuje jego możliwości. Kiedy publiczność chce kochać film, zaczyna bronić go przed wszystkim, co mogłoby ten zachwyt skomplikować.
„La La Land” nie potrzebuje takiej ochrony. Jego największa wartość polega właśnie na tym, że można zdjąć z niego warstwę kultu, pozostawić sam film i nadal znaleźć tam rzeczy naprawdę warte rozmowy. Można dostrzec świetną Emmę Stone, znakomitą muzykę, przemyślaną grę z konwencją, kapitalny finał i bardzo świadome wykorzystanie musicalowej formy, a jednocześnie zobaczyć uproszczenia, nierówność bohaterów, dramaturgiczne skróty i nadmiar estetyczny. Jedno nie kasuje drugiego. Przeciwnie, dopiero razem tworzą uczciwy obraz tego filmu.
A uczciwy obraz jest znacznie ciekawszy niż pomnik. Pomnik niczego już nie potrzebuje. Nie musi się zmieniać, nie musi odpowiadać na pytania, nie musi znosić krytyki. Film natomiast powinien żyć w kolejnych odbiorach, także tych niewygodnych. „La La Land” nadal żyje właśnie dlatego, że nie kończy się wraz z napisami. Zostawia po sobie spór o miłość, ambicję, sukces, cenę wyborów i o samą naturę filmowej iluzji. Pozwala przez dwie godziny wierzyć w świat, w którym można zatańczyć na środku ulicy, a potem przypomina, że kiedy muzyka cichnie, człowiek nadal musi wrócić do własnego życia. I właśnie ta różnica pomiędzy fantazją a rzeczywistością jest miejscem, w którym ten film staje się najbardziej ludzki, najbardziej niewygodny i zarazem najbardziej podatny na krytykę.
Najbardziej zostaje jednak nie to, że Mia i Sebastian się rozstali, lecz to, że po wszystkim nie zachowują się jak ludzie, którzy muszą sobie nawzajem odebrać znaczenie, żeby móc dalej żyć. To wydaje się zaskakująco prawdziwe, bo prawdziwe rozstania rzadko mają tę czystość, którą lubi kino. Nie zawsze pojawia się wielka zdrada, jednoznaczna krzywda albo moment, po którym można powiedzieć, że wszystko stało się jasne. Czasem związek kończy się dlatego, że dwoje ludzi coraz bardziej rozmija się ze sobą, chociaż jeszcze przez długi czas pozostaje między nimi przywiązanie. Czasem najtrudniejsze nie jest przestać kochać, tylko zaakceptować fakt, że sama miłość nie daje już wspólnej przyszłości. W przypadku Mii i Sebastiana szczególnie mocno widać tę sprzeczność, ponieważ ich uczucie od początku było związane z ambicją, a ambicja nie jest wartością neutralną. Potrafi dawać człowiekowi poczucie sensu, ale potrafi również sprawić, że wszystko, co nie prowadzi bezpośrednio do celu, zaczyna wyglądać jak przeszkoda. Nawet bliska osoba może z czasem zostać odebrana nie jako ktoś, z kim chce się być, lecz jako ktoś, wobec kogo trzeba podejmować kolejne decyzje. To bardzo niewygodny moment w relacji, bo uczucie zaczyna wtedy konkurować z projektem własnego życia. Mia chce zostać aktorką nie dlatego, że ktoś obiecał jej, że będzie szczęśliwa. Sebastian chce mieć klub nie dlatego, że wie, dokąd go to zaprowadzi. Oboje chcą po prostu sprawdzić, czy ich wyobrażenie o sobie samych ma jakiekolwiek pokrycie w rzeczywistości. To pragnienie jest tak silne, że chwilami trudno odróżnić ambicję od potrzeby udowodnienia czegoś światu, a może przede wszystkim samemu sobie. Właśnie dlatego ich relacja staje się coraz bardziej krucha. Każde z nich chce być kochane, ale żadne nie chce zrezygnować z prawa do własnej historii. W pewnym momencie te dwie potrzeby przestają się mieścić w jednym planie.
Najciekawsze jest to, że film nie próbuje zrobić z tego moralnego konfliktu. Nie mówi, że Mia wybrała karierę zamiast miłości i dlatego powinna cierpieć. Nie mówi też, że Sebastian popełnił błąd, bo powinien był odłożyć swoje ambicje i zostać przy niej. Takie rozstrzygnięcie byłoby zresztą bardzo wygodne, ale również bardzo banalne. La La Land jest ciekawszy wtedy, kiedy odmawia widzowi wygodnej oceny. W świecie tego filmu nie ma prostego sposobu na policzenie, ile kosztowała ich każda decyzja. Sukces Mii nie jest nagrodą za porzucenie Sebastiana. Klub Sebastiana nie jest odszkodowaniem za utraconą Mię. Ich późniejsze życie nie zostaje przedstawione jako kara ani jako zwycięstwo. Wszystko jest bardziej skomplikowane, ponieważ ludzie nie otrzymują od życia równoważników za utracone rzeczy. Żaden sukces nie zwraca człowiekowi konkretnej osoby. Żadna miłość nie gwarantuje spełnienia wszystkich pozostałych pragnień. Czasami jedno życie po prostu wyklucza inne, choć w momencie podejmowania decyzji nie da się jeszcze zobaczyć pełnej ceny.
W tym sensie szczególnie interesujący jest sposób, w jaki film traktuje pamięć. Pamięć nie jest tutaj archiwum wydarzeń, lecz czymś znacznie bardziej wybiórczym i podejrzanym. Nie przechowuje wszystkiego. Zachowuje to, co z jakiegoś powodu nadal ma znaczenie, a resztę powoli usuwa. Po kilku latach człowiek może doskonale pamiętać czyjś śmiech, sposób patrzenia, jedno miejsce albo konkretną rozmowę, a jednocześnie niemal całkowicie zapomnieć, jak wiele razy w tej samej relacji czuł złość, bezradność albo rozczarowanie. To nie jest kłamstwo pamięci. To jej natura. Przeszłość z czasem przestaje być dokładnym zapisem i zaczyna przypominać osobistą interpretację. Mia nie spotyka już Sebastiana takiego, jakim był podczas ich związku. Spotyka człowieka, który istnieje również w jej wspomnieniach. Sebastian podobnie nie widzi wyłącznie dawnej Mii. Widzi także dziewczynę, którą pamięta jako osobę walczącą o coś, co dla niej było wtedy prawie nieosiągalne. W tym spotkaniu pojawiają się więc dwie rzeczywistości naraz. Jest ta aktualna, w której oboje mają własne życie, oraz ta prywatna, przechowywana gdzieś w pamięci, gdzie przez chwilę nadal są młodzi, zakochani i przekonani, że wszystko dopiero się zaczyna.
To właśnie czyni finał tak niekomfortowym. Gdyby spotkali się jako ludzie rozgoryczeni, można byłoby łatwo uznać, że rozstanie było konieczne. Gdyby natomiast wrócili do siebie, film dałby widzowi klasyczne rozwiązanie. Tymczasem Chazelle wybiera coś znacznie mniej satysfakcjonującego. Pozwala im spojrzeć na siebie z pewną czułością, ale nie daje im kolejnej szansy. Nie dlatego, że druga szansa byłaby niemożliwa, tylko dlatego, że nie jest już potrzebna jako element tej historii. Ich życie potoczyło się dalej. Mają nowe role, nowe obowiązki, nowe relacje i nowe miejsca. Powrót do przeszłości nie musi oznaczać powrotu do człowieka. Czasami przeszłość pojawia się tylko na chwilę, żeby przypomnieć o czymś, co kiedyś było ważne, a potem znów znika.
Ta scena ma jeszcze jeden szczegół, który trudno zignorować. Mia i Sebastian nie są już ludźmi, którzy muszą coś sobie udowodnić. Wcześniej każde z nich chciało od drugiego potwierdzenia, że ich marzenia mają sens. Później nie potrzebują już takiego potwierdzenia. Mia osiągnęła pozycję, o której marzyła. Sebastian stworzył miejsce, które było dla niego symbolem własnej niezależności. Ich dawne konflikty straciły więc część swojej siły. To, co kiedyś było przedmiotem kłótni, zostało rozstrzygnięte przez czas. Nie oznacza to, że którekolwiek z nich miało rację. Oznacza tylko, że życie poszło dalej bez pytania ich o zgodę. I może właśnie wtedy pojawia się najbardziej niebezpieczny rodzaj nostalgii, ponieważ człowiek zaczyna patrzeć na dawne problemy z perspektywy kogoś, kto już nie musi ich rozwiązywać. Łatwo wtedy myśleć, że wszystko mogło wyglądać inaczej. Łatwo wyobrażać sobie siebie z przeszłości jako kogoś bardziej dojrzałego, bardziej cierpliwego, bardziej odważnego. Tyle że człowiek z przeszłości nie miał wiedzy, którą ma człowiek dzisiejszy. Podejmował decyzje w warunkach, których nie da się odtworzyć. Dopiero później pojawia się pokusa oceniania własnych wyborów tak, jakby w chwili ich podejmowania znany był dalszy ciąg.
La La Land bardzo świadomie wykorzystuje tę pokusę. Widz również dostaje możliwość spojrzenia w alternatywne życie Mii i Sebastiana. Przez kilka minut można zobaczyć wszystko, czego zabrakło w rzeczywistości. Wspólne mieszkanie, wspólne sukcesy, kolejne etapy związku, dziecko, rozwój kariery, klub, muzykę. To niemal bezczelnie skuteczny zabieg, ponieważ kino dokładnie wie, czego potrzebuje widz, który przez dwie godziny obserwował ich relację. Najpierw daje mu możliwość uwierzenia w romantyczny finał, później odbiera go, a następnie pozwala zobaczyć jego idealną wersję. To trochę emocjonalne oszustwo, ale bardzo inteligentne. Film wykorzystuje naszą potrzebę domknięcia historii przeciwko nam samym. Przez chwilę można poczuć ulgę, że gdzieś, w jakiejś wersji tej opowieści, wszystko jednak się udało. Dopiero po chwili dociera, że oglądamy coś, czego nie było. Nie alternatywną rzeczywistość w sensie dosłownym, tylko wyobrażenie o niej. Nie wiemy przecież, czy wspólne życie Mii i Sebastiana rzeczywiście wyglądałoby tak dobrze. Nie wiemy, czy po kilku latach nie zaczęliby odtwarzać tych samych konfliktów w innych okolicznościach. Nie wiemy, czy Sebastian nie znienawidziłby własnego klubu, czy Mia nie zmęczyłaby się karierą, czy ich ambicje nie zaczęłyby ponownie wchodzić sobie w drogę. Film nie musi tego pokazywać, ponieważ fantazja z definicji nie podlega próbie codzienności. Jest doskonała właśnie dlatego, że nie trzeba w niej żyć.
To jeden z tych momentów, kiedy La La Land przestaje być wyłącznie historią o dwojgu ludzi i zaczyna mówić o bardzo ludzkiej skłonności do idealizowania możliwości. Człowiek często tęskni nie za tym, co naprawdę utracił, ale za tym, czym utracona rzecz mogła się stać. Różnica jest ogromna. Tęsknota za realnym związkiem musi uwzględniać jego wszystkie trudne fragmenty. Tęsknota za możliwością może być pozbawiona takich ograniczeń. Nie ma kłótni, których nie pamiętamy. Nie ma zmęczenia, którego nie znamy. Nie ma nudnych poniedziałków, rachunków, rozczarowań, różnic charakterów, zmieniających się potrzeb. Pozostaje czysta konstrukcja wyobraźni. Dlatego alternatywne życie może wydawać się bardziej atrakcyjne od prawdziwego, choć nigdy nie zostało poddane temu samemu ciężarowi.
Właśnie tutaj film staje się niemal brutalny w swojej prostocie. Mia i Sebastian mogli być razem. Mogli też nie być. Mogli być szczęśliwi. Mogli również zniszczyć się nawzajem. Mogli osiągnąć wszystko wspólnie albo jedno z nich mogłoby po latach czuć, że zrezygnowało z siebie dla drugiego. Każda z tych wersji jest możliwa, ale tylko jedna wydarzyła się naprawdę. I nawet tej prawdziwej nie da się opisać jednym słowem. Nie była ani sukcesem, ani porażką. Była życiem dwóch ludzi, którzy w pewnym momencie chcieli różnych rzeczy i musieli ponieść konsekwencje własnych wyborów. Brzmi to banalnie, dopóki nie przypomni się sobie, jak trudno zaakceptować taką banalność we własnym życiu. Znacznie łatwiej szukać winnego. Łatwiej powiedzieć, że ktoś odszedł za wcześnie, że ktoś nie walczył wystarczająco mocno, że ktoś wybrał karierę, pieniądze, ambicję albo dumę. Takie oceny porządkują rzeczywistość, ale jednocześnie ją spłaszczają. Relacje są bardziej chaotyczne. Człowiek potrafi w jednym tygodniu walczyć o związek, a w kolejnym marzyć o samotności. Potrafi tęsknić za kimś, kogo jeszcze niedawno miał dość. Potrafi odrzucić osobę, której później będzie brakowało. Potrafi być przekonany o słuszności własnej decyzji, a po kilku latach spojrzeć na nią z zupełnie innej perspektywy. Nie ma w tym koniecznie hipokryzji. Jest zmienność człowieka, jego niezdolność do przewidzenia samego siebie.
Dlatego tak interesujące jest, że La La Land nie pokazuje Mii ani Sebastiana jako ludzi, którzy po prostu dojrzeli i zrozumieli swoje błędy. To byłoby zbyt wygodne. Nie wiemy, czy naprawdę czegoś się nauczyli. Nie wiemy, czy dzisiaj podjęliby inne decyzje. Być może nie. Być może po przeżyciu wszystkiego ponownie wybraliby dokładnie te same drogi. Być może właśnie dlatego ich spojrzenie jest tak spokojne. Nie muszą już niczego naprawiać. Przeszłość została przeżyta i nie da się jej ponownie otworzyć. Pozostaje tylko to krótkie rozpoznanie, że osoba stojąca po drugiej stronie kiedyś była jednym z najważniejszych ludzi w ich życiu.
W takim spojrzeniu jest coś bardziej dorosłego niż w wielu filmowych deklaracjach miłosnych. Nie ma wielkich słów, bo wielkie słowa nie są już potrzebne. Nie ma próby odzyskania dawnego świata. Jest tylko moment, w którym oboje jakby sprawdzają, czy druga osoba nadal istnieje tak, jak została zapamiętana. I istnieje, ale już inaczej. To chyba jedna z najbardziej bolesnych rzeczy w pamięci o dawnych relacjach. Człowiek może tęsknić za kimś, kto fizycznie nadal żyje, nadal chodzi po ulicach, pracuje, rozmawia z ludźmi, śmieje się, ma własne problemy i własne życie, a jednak osoba, za którą się tęskni, już nie istnieje dokładnie w tej formie. Była związana z określonym czasem, z określoną wersją nas samych. Powrót do niej jest niemożliwy, nawet gdyby spotkanie nastąpiło następnego dnia. Czas zmienia kontekst. Zmienia znaczenie gestów. Zmienia hierarchię rzeczy ważnych.
Może właśnie dlatego tak trudno powiedzieć, czy Mia i Sebastian naprawdę chcieliby się do siebie wrócić. Prawdopodobnie pytanie jest źle postawione. Być może nie chodzi już o nich jako parę. Być może chodzi o chwilę, w której oboje przypominają sobie, kim byli, kiedy jeszcze nie znali zakończenia własnej historii. To bardzo specyficzne doświadczenie. Spotkanie dawnej miłości może przypominać spotkanie z własną młodością, nawet jeśli młodość nie była szczególnie szczęśliwa. Nagle wracają ambicje, kompleksy, zachowania, których dawno już się pozbyliśmy. Wraca również pewien rodzaj niewiedzy, który z czasem znika. Młody człowiek nie wie, ile rzeczy się skończy. Dlatego potrafi wierzyć, że wszystko jest jeszcze możliwe. Później możliwości nadal istnieją, ale przestają być nieskończone. Pojawiają się zobowiązania, przyzwyczajenia, cudze życia, które splatają się z naszym. Każda kolejna decyzja ma większy ciężar, bo nie dotyczy już wyłącznie jednej osoby.
W tej perspektywie tytuł filmu nabiera jeszcze innego znaczenia. La La Land przez większość czasu udaje krainę, w której marzenia mogą stać się rzeczywistością tylko dlatego, że człowiek wystarczająco mocno w nie wierzy. To bardzo hollywoodzkie założenie i Chazelle świadomie się nim bawi. Bohaterowie poruszają się po świecie, który jest piękniejszy od codzienności, ale równocześnie boleśnie przypomina, że pod powierzchnią tej stylizacji znajduje się zwykłe życie. Audycje castingowe są pełne odrzuceń. Pieniądze nie pojawiają się wtedy, kiedy są potrzebne. Praca nie zawsze odpowiada ambicjom. Sukces wymaga czasu, przypadku i gotowości do znoszenia upokorzeń. Miłość nie potrafi zatrzymać tych procesów. Musicalowa forma próbuje przez chwilę wmówić widzowi, że rzeczywistość może być podporządkowana rytmowi piosenki, ale finał odbiera tę iluzję. Zostaje coś znacznie bardziej zwyczajnego i przez to bardziej bolesnego.
Nie jestem też pewien, czy ten film byłby równie mocny, gdyby nie był tak piękny. To zarazem jego siła i jego największa pułapka. Chazelle czasami wykorzystuje estetykę jako argument. Kolor, światło, kostiumy, choreografia, muzyka i kompozycja kadrów potrafią stworzyć poczucie znaczenia tam, gdzie scenariusz nie zawsze jest równie głęboki. Można mieć z tym problem. Można uznać, że zachwyt nad formą chwilami przykrywa uproszczenia bohaterów, zwłaszcza Sebastiana, którego postać nie zawsze otrzymuje tyle psychologicznej przestrzeni, ile sugeruje jego centralna pozycja. Można też zauważyć, że film momentami jest zbyt świadomy własnego uroku. Jakby wiedział, że wystarczy odpowiednie światło, kilka nut i właściwe spojrzenie Emmy Stone, żeby widz wybaczył mu więcej, niż wybaczyłby innemu filmowi. I być może właśnie tak działa kino. Nie zawsze przekonuje nas argumentami. Czasem przekonuje nas doświadczeniem, które zostawia w ciele po seansie. Można jednocześnie widzieć jego niedoskonałości i nadal wracać do konkretnych scen. Można krytykować konstrukcję Sebastiana, a mimo to pamiętać jego spojrzenie w klubie. Można uważać, że niektóre dialogi są zbyt proste, a jednocześnie nie móc wyrzucić z głowy finałowego spotkania. To nie jest sprzeczność, którą trzeba rozwiązywać. Dobre kino często właśnie z takich sprzeczności się składa.
Dlatego po latach La La Land interesuje mnie mniej jako historia o spełnianiu marzeń, a bardziej jako historia o tym, co człowiek robi z własnym życiem po spełnieniu marzeń. Sam moment sukcesu jest przecież tylko początkiem kolejnego etapu. Mia dostaje to, czego chciała, ale film nie pokazuje jej późniejszego życia jako triumfalnego zakończenia. Sebastian również otrzymuje własną przestrzeń, ale jego sukces nie jest przedstawiony jak rekompensata za samotność. Oboje dochodzą do miejsc, które kiedyś wydawały im się odległe, a mimo to ich drogi już się nie przecinają. W tym nie ma tragedii w klasycznym sensie. Jest coś znacznie bardziej zwyczajnego. Jest świadomość, że życie może się udać i jednocześnie nie wyglądać dokładnie tak, jak człowiek kiedyś sobie wyobrażał.
To chyba właśnie dlatego ich ostatnie spojrzenie nie potrzebuje dalszego ciągu. Każda kolejna scena mogłaby tylko odebrać temu momentowi jego niepewność. Gdyby Mia podeszła do Sebastiana, mielibyśmy inną historię. Gdyby Sebastian powiedział jej, że nadal ją kocha, mielibyśmy kolejną deklarację. Gdyby wrócili do siebie, cała ta dwuznaczność zostałaby natychmiast zamieniona w rozwiązanie. Tymczasem nic takiego się nie wydarza. Zostaje sekunda zawahania, rozpoznanie, delikatny uśmiech i odejście. Nie wiadomo nawet, czy uśmiech oznacza szczęście, smutek, wdzięczność, żal czy wszystko jednocześnie. Może właśnie dlatego jest tak ludzki. Emocje rzadko występują pojedynczo. Człowiek może cieszyć się czyimś sukcesem i jednocześnie odczuwać ukłucie własnej straty. Może być dumny z tego, jak potoczyło się życie drugiej osoby, i jednocześnie pamiętać, że kiedyś miał z nią zupełnie inne plany. Może nie chcieć powrotu, a jednak przez chwilę wyobrazić sobie, jak taki powrót mógłby wyglądać.
Po seansie zostaje więc nie tyle odpowiedź, ile pewne napięcie, którego nie da się już całkowicie usunąć. Wspólna historia Mii i Sebastiana jest zakończona, ale nie zostaje unieważniona. Ich miłość nie trwa w sensie związku, ale trwa jako część ich biografii. Ich marzenia nie zniszczyły ich całkowicie, ale też nie pozwoliły im pozostać razem. Ich sukcesy nie okazały się pustką, ale nie wypełniły miejsca po utraconej bliskości. Każda z tych rzeczy może być prawdziwa jednocześnie. I właśnie w tej niezgodności kryje się coś, co trudno wygładzić efektownym komentarzem. Życie nie zawsze daje się sprowadzić do jednej historii. Czasami kilka historii biegnie równolegle w głowie człowieka i żadna nie ma prawa całkowicie wyprzeć pozostałych.
Może dlatego najbardziej zostaje ten krótki moment, kiedy muzyka już prawie się kończy, a oni jeszcze przez chwilę patrzą na siebie. Nie wiadomo, czy bardziej widzą siebie z przeszłości, czy ludzi, którymi stali się później. Nie wiadomo, czy przez ich głowy przechodzi wspólne mieszkanie, pierwsza rozmowa, kłótnia, marzenie, którego wtedy jeszcze nie potrafili nazwać, czy po prostu świadomość, że gdzieś pomiędzy wszystkimi wyborami wydarzyło się coś ważnego. Potem każde z nich wraca do własnego świata. Bez deklaracji, bez obietnicy, bez potrzeby dopisywania kolejnego rozdziału. A jednak trudno uwierzyć, że po takim spotkaniu wszystko pozostaje dokładnie takie samo. Może przez kilka minut. Może przez jedną noc. Może tylko do momentu, kiedy światło w klubie gaśnie i zostaje już wyłącznie zwyczajność, która następnego dnia będzie wyglądała dokładnie tak jak wcześniej. Tego film nie pokazuje. I dobrze, bo właśnie tam, poza kadrem, zaczyna się ta część historii, której nie da się już napisać za nich.





Nie wiem, czy wypada się do tego przyznać, ale naprawdę nie widziałam tego filmu. Od dawna jest na liście do obejrzenia, ale nigdy nie było ku temu okazji - wiem dziwne tłumaczenie, ale zbliża się jesień, więcej czasu będziemy spędzać w domach, więc nadrobię zaległości.
OdpowiedzUsuńNatomiast odniosę się do muzyki - jako miłośniczka muzyki filmowej - i w związku z tym RMF Classic, ze względu na ścieżkę dźwiękową, zaczęłam zupełnie inaczej odbierać współczesną kinematografię - doceniając jej idealne dobranie do okoliczności (jej – muzyki), do akcji i sytuacji w danej scenie, albo i nie... Bo czasami też bywa różnie.
Na koniec odniosę się jeszcze do marzeń i efektu "po". Czytam wiele książek, które mają mnie przybliżyć do celu, sprawić, by było bogate w realizację zaplanowanych marzeń i w wielu książkach pojawia się właśnie pytanie - gdy osiągnie się cel / marzenie / sukces - "co teraz?", bo jak się okazuje, nic tak nie cieszy, jak dążenie do tego celu i gonienie przysłowiowej marchewki. Sama mam kilka dużych celów i czasami mam taką refleksję: "co, jeśli?" Nie, "co, jeśli się nie uda", ale właśnie "co, jeśli zdobędę ten cel?".
Jak zawsze ciekawie piszesz, mogłabym się jeszcze odnieść do kilku treści, ale myślę, że pozostańmy na tym zakończeniu. Gdy film obejrzę, wrócę i chętnie przeczytam raz jeszcze Twoje spostrzeżenia.
Pozdrawiam!
Nie ma się do czego przyznawać, każdy film może sobie trochę poczekać. Za to bardzo trafiła do mnie Twoja uwaga o muzyce filmowej, bo rzeczywiście potrafi całkowicie zmienić odbiór sceny — czasem nawet bardziej, niż sam dialog. A pytanie „co, jeśli się uda?” jest chyba dużo ciekawsze i trudniejsze niż to, co robimy, kiedy coś nam nie wychodzi. Sam nieraz się nad tym zastanawiam, bo łatwo całe życie być skupionym na dojściu do celu, a później nagle okazuje się, że trzeba nauczyć się żyć z tym, że już się go osiągnęło. Koniecznie wróć po obejrzeniu filmu — ciekaw jestem, czy odbierzesz go wtedy podobnie jak ja.
UsuńAleż rozpisana na szczegóły recenzja! Ten film musiał zrobić na Tobie ogromne wrażenie i dlatego zasłużył na taką analizę i rekomendację.
OdpowiedzUsuńNa pewno nie widziałam, ale wiem, że są filmy, które zostają w pamięci na lata.
Każdy z oglądających ma własną ocenę i to akurat jest bardzo pozytywne.
Dobrego tygodnia!
Chyba właśnie tak jest z filmami, które naprawdę do nas trafiają — człowiek zaczyna zwracać uwagę na szczegóły, których przy zwykłym seansie pewnie nawet by nie zauważył. 🙂 „La La Land” zdecydowanie został mi w pamięci, choć rozumiem, że nie każdemu musi po drodze z takim filmem. I masz rację, własna ocena jest tu najważniejsza, bo czasem produkcja zachwycana przez innych na nas nie zrobi żadnego wrażenia. Dobrego tygodnia również!
UsuńNie oglądałam tego filmu, ale nie trudno było mi go zobrazować, czytając Ciebie. Opowiedziałeś o nim, jak o życiu. Dziękuję
OdpowiedzUsuńI właśnie o to mi chodziło, kiedy pisałem o tym filmie — żeby nie opowiedzieć tylko, co się w nim wydarzyło, ale spróbować uchwycić emocje, które za tym wszystkim stoją „La La Land” ma tę zaletę, że pod pozornie prostą historią można znaleźć sporo rzeczy, które znamy z własnego życia. Cieszę się, że udało mi się to przekazać. A jeśli kiedyś zdecydujesz się go obejrzeć, tym bardziej jestem ciekaw, czy zobaczysz w nim to samo.
Usuń„La La Land” zostawił mnie kiedyś z dość niewygodną myślą: można spełnić marzenia i wcale nie dostać w pakiecie szczęśliwego zakończenia. Ba, czasem życie mówi: proszę bardzo, oto wszystko, czego chciałaś - rachunek za chwilę przyniesiemy. ;) Film zostaje w głowie, gdyż nie pyta, czy warto marzyć, tylko ile jesteśmy gotowi za te marzenia zapłacić. A zakończenie… piękne i paskudne jednocześnie.
OdpowiedzUsuńWłaśnie dlatego to zakończenie tak dobrze zapada w pamięć. Nie ma tam prostego podziału na wygranych i przegranych, bo oboje dostają coś, o czym wcześniej marzyli, a jednocześnie coś po drodze tracą. I chyba najbardziej trafia do mnie to, że film nie próbuje nam powiedzieć, czy podjęli dobre decyzje. Każdy musi odpowiedzieć sobie na to sam. A ten „rachunek” za marzenia — świetnie to ujęłaś.
Usuń