Upał potrafi zmienić sposób, w jaki patrzymy na rzeczy, które przez większość roku pozostają niewidoczne. Kiedy temperatura przekracza kolejne granice, a powietrze stoi ciężko nad miastami, nagle zaczynamy zauważać coś, co zwykle działa gdzieś w tle, cicho i bez pytania o uwagę. Prąd. Ta niewidzialna siła, która uruchamia światło w mieszkaniu, klimatyzację w biurze, lodówkę podczas najgorętszych dni, serwery przechowujące nasze dane i wszystkie te drobne elementy codzienności, których obecności przypominamy sobie najczęściej dopiero wtedy, gdy zaczyna ich brakować. W normalnych warunkach energia elektryczna jest dla większości ludzi czymś oczywistym, niemal tak naturalnym jak powietrze. Wystarczy jednak kilka dni ekstremalnych temperatur, niski poziom rzek i ogromne zapotrzebowanie na chłodzenie, żeby ta pozorna oczywistość zaczęła pękać.
Najbardziej niepokojące w takich momentach nie jest nawet samo pytanie, czy zabraknie prądu. Znacznie bardziej działa wyobraźnia. Człowiek bardzo szybko zaczyna tworzyć własne scenariusze. Co by było, gdyby nagle zgasły światła? Gdyby klimatyzacja przestała działać w środku największego skwaru? Gdyby urządzenia, od których uzależniliśmy swoje życie, przestały reagować? Właśnie wtedy okazuje się, jak bardzo współczesny świat opiera się na czymś, czego prawie nigdy nie widzimy. Na systemie pełnym ogromnych elektrowni, linii przesyłowych, operatorów i ludzi, którzy każdego dnia pilnują, aby miliony urządzeń mogły działać bez najmniejszego zastanowienia.
Fala upałów pokazuje jednak brutalną prawdę o energetyce. Żaden system nie istnieje w oderwaniu od natury. Przez lata przyzwyczailiśmy się myśleć o elektrowniach jak o potężnych maszynach, które wystarczy uruchomić i które będą produkować energię niezależnie od warunków. Tymczasem nawet największe zakłady mają swoje ograniczenia. Potrzebują wody do chłodzenia, odpowiednich parametrów pracy, stabilnych warunków i infrastruktury, która nie zawsze jest odporna na coraz częściej pojawiające się ekstremalne zjawiska pogodowe. Gdy rzeki mają niski poziom, a temperatura wody rośnie, problem przestaje być wyłącznie kwestią techniczną. Staje się przypomnieniem, że energetyka i klimat są ze sobą znacznie mocniej związane, niż wielu osobom chciałoby się przyznać.
Jeszcze kilka lat temu podobne informacje mogłyby brzmieć jak odległy scenariusz. Dziś pojawiają się w środku lata, między prognozami pogody, komunikatami o rekordowych temperaturach i zdjęciami rozgrzanych ulic. Nagle susza nie jest już tylko problemem rolników, a wysoki poziom temperatur nie oznacza wyłącznie dyskomfortu podczas spaceru. Skutki zmian warunków atmosferycznych zaczynają dotykać fundamentów codziennego funkcjonowania państwa. Elektrownia, która musi ograniczyć pracę z powodu problemów z chłodzeniem, staje się symbolem większego napięcia pomiędzy światem, który zbudowaliśmy, a środowiskiem, w którym ten świat musi działać.
W takich chwilach bardzo łatwo wpaść w skrajności. Jedni natychmiast widzą katastrofę i nadchodzący chaos, inni uspokajają, że wszystko jest pod kontrolą i nie ma żadnego powodu do obaw. Prawda, jak zwykle, znajduje się gdzieś pomiędzy tymi emocjami. System energetyczny nie działa na zasadzie prostego przełącznika, który jednego dnia jest bezpieczny, a następnego całkowicie zagrożony. To skomplikowana układanka, w której liczą się rezerwy, możliwości importu energii, różne źródła produkcji i setki decyzji podejmowanych każdego dnia przez ludzi, których nazwisk większość społeczeństwa nigdy nie pozna.
Najbardziej interesujące jest jednak to, jak szybko zmienia się nasze podejście do energii, kiedy pojawia się zagrożenie. Na co dzień niewiele osób zastanawia się, skąd dokładnie bierze się prąd w gniazdku. Rzadko myślimy o tym, jakie elektrownie pracują w danym momencie, jakie są koszty utrzymania systemu i jak wiele elementów musi zadziałać jednocześnie, aby zwykłe naciśnięcie włącznika było możliwe. Dopiero kryzys, nawet potencjalny, odsłania tę niewidzialną konstrukcję. Nagle za prostym światłem w pokoju pojawia się cała historia technologii, gospodarki, polityki i decyzji podejmowanych przez lata.
Jest w tym pewna ironia. Przez dekady budowaliśmy świat, który miał dawać nam poczucie pełnej kontroli. Tworzyliśmy coraz bardziej zaawansowane technologie, coraz większe systemy i coraz bardziej skomplikowane sieci zależności. A potem przychodzi fala gorąca i przypomina, że wystarczy kilka nietypowych warunków, aby nawet najbardziej rozbudowane mechanizmy musiały dostosować się do rzeczywistości. Nie oznacza to bezradności, ale pokazuje granice pewności, którą tak chętnie sobie tworzymy.
Szczególnie mocno wybrzmiewa tutaj pytanie o przyszłość. Czy obecne problemy są tylko chwilowym wyzwaniem związanym z wyjątkowo trudnym sezonem, czy raczej zapowiedzią świata, w którym podobne sytuacje będą pojawiać się częściej? Czy system energetyczny tworzony przez dziesięciolecia dla innych warunków pogodowych będzie w stanie sprostać nowej rzeczywistości? I czy potrafimy patrzeć na energię nie tylko przez pryzmat rachunków, cen i politycznych sporów, ale jako na jeden z najważniejszych filarów bezpieczeństwa państwa?
Bo kiedy temperatura rośnie, a elektrownie zaczynają odczuwać skutki suszy, nagle okazuje się, że energia nie jest tylko technicznym zagadnieniem ukrytym gdzieś za ścianami zakładów przemysłowych. Jest częścią naszego codziennego życia, naszej wygody, naszego poczucia stabilności. Każdy chłodny pokój podczas upału, każdy działający komputer, każda zapalona wieczorem lampa opiera się na systemie, który musi wytrzymać presję coraz trudniejszych warunków. A gdzieś poza naszym wzrokiem trwa nieustanne balansowanie między zapotrzebowaniem, możliwościami produkcji i tym, czego wymaga od nas zmieniający się świat.
Największy paradoks całej tej sytuacji polega na tym, że większość ludzi zaczyna interesować się energetyką dopiero wtedy, gdy pojawia się możliwość, że coś może przestać działać. Przez lata prąd był jednym z tych elementów rzeczywistości, które traktujemy jak coś absolutnie pewnego. Wystarczy przekręcić klucz w mieszkaniu, nacisnąć przycisk, podłączyć urządzenie i wszystko dzieje się niemal automatycznie. Nie zastanawiamy się nad drogą, jaką musi przejść energia, zanim trafi do naszych domów. Nie myślimy o temperaturze wody chłodzącej elektrownie, o stanie rzek, o rezerwach systemu, o decyzjach operatorów podejmowanych pod presją czasu. Cały ten ogromny mechanizm pozostaje ukryty gdzieś za kulisami codzienności, dopóki nie pojawi się sygnał ostrzegawczy.
To bardzo ludzka cecha. Doceniamy rzeczy najczęściej dopiero wtedy, kiedy pojawia się ryzyko ich utraty. Tak samo jest z bezpieczeństwem, stabilnością, zdrowiem czy spokojem. Dopóki wszystko działa, wydaje się naturalne. Dopiero kiedy pojawia się zagrożenie, nagle zaczynamy dostrzegać, jak wiele zależy od elementów, których wcześniej nawet nie zauważaliśmy. W przypadku energii ta zależność jest wyjątkowo wyraźna, bo współczesne życie zostało zbudowane na założeniu ciągłości. Przyzwyczailiśmy się do świata, w którym światło zapala się zawsze, internet działa bez przerwy, urządzenia są gotowe do pracy, a infrastruktura odpowiada na nasze potrzeby bez żadnego pytania.
Problem zaczyna się wtedy, gdy rzeczywistość przypomina nam, że ten komfort nie jest czymś danym raz na zawsze. Fala upałów, susza i ograniczenia pracy części elektrowni pokazują, że nawet ogromne instalacje przemysłowe mają swoje granice. Nie chodzi tylko o samą produkcję energii. Chodzi o całą sieć zależności, która musi działać jednocześnie. Elektrownia potrzebuje odpowiednich warunków, system potrzebuje równowagi, odbiorcy potrzebują stabilności. Każdy element wpływa na kolejny, a drobne zakłócenie w jednym miejscu może wymagać reakcji w wielu innych.
Właśnie dlatego energetyka jest tak ciekawym i jednocześnie trudnym tematem. Z jednej strony mamy liczby, megawaty, rezerwy i techniczne procedury. Z drugiej strony mamy ludzkie emocje. Strach przed blackoutem nie wynika wyłącznie z samego faktu, że może zabraknąć prądu. Wynika z poczucia utraty kontroli. Człowiek bardzo źle znosi sytuacje, w których coś fundamentalnego dla jego życia zależy od mechanizmów, których nie rozumie i na które nie ma bezpośredniego wpływu. Wystarczy informacja o problemach kilku elektrowni, aby wyobraźnia zaczęła pracować szybciej niż fakty.
To również pokazuje, jak bardzo żyjemy w świecie opartym na wygodzie. Przez lata rozwój technologiczny sprawił, że wiele rzeczy stało się niewidzialnych. Nie musimy wiedzieć, jak działa sieć energetyczna, podobnie jak nie musimy znać zasad działania wszystkich urządzeń, których używamy każdego dnia. Systemy zostały zaprojektowane tak, aby były dla nas proste. Dostajemy efekt, a nie widzimy procesu. Dostajemy światło, ale nie widzimy elektrowni. Dostajemy chłodne mieszkanie, ale nie widzimy całego zaplecza, które umożliwia pracę klimatyzacji.
Być może właśnie dlatego ekstremalne sytuacje tak mocno uderzają w społeczną świadomość. Nagle niewidoczna infrastruktura staje się czymś realnym. Pojawiają się pytania, które wcześniej wydawały się odległe. Czy system jest wystarczająco odporny? Czy przygotowaliśmy się na zmieniające się warunki? Czy przez lata nie zakładaliśmy zbyt optymistycznie, że natura zawsze będzie działać według dawnych schematów?
Wokół takich tematów bardzo szybko pojawiają się emocje polityczne. Energetyka od dawna nie jest już wyłącznie dziedziną techniczną. Stała się miejscem sporów o gospodarkę, środowisko, niezależność państwa i kierunek rozwoju. Każdy problem może zostać natychmiast wykorzystany jako argument w większej dyskusji. Jedni będą mówić o zaniedbaniach, inni o przesadnych obawach. Jedni zobaczą dowód konieczności zmian, inni potwierdzenie, że obecny model wciąż działa. W tym całym hałasie łatwo zgubić najważniejszy element, czyli zwykłą ludzką potrzebę bezpieczeństwa.
Bo przeciętny odbiorca energii nie myśli kategoriami rynku mocy czy bilansu systemu. Myśli o tym, czy wieczorem będzie miał światło. Czy lodówka będzie działać. Czy starsza osoba mieszkająca sama poradzi sobie podczas największego upału. Czy firma będzie mogła normalnie funkcjonować. Wielkie procesy gospodarcze ostatecznie zawsze sprowadzają się do prostych doświadczeń konkretnych ludzi. Techniczne decyzje podejmowane daleko od codziennego życia mają swoje konsekwencje w zwykłych mieszkaniach, biurach i domach.
Jest też pewna sprzeczność w naszym podejściu do energii. Chcemy jej coraz więcej, ale jednocześnie rzadko chcemy widzieć cenę, jaką trzeba zapłacić za utrzymanie całego systemu. Oczekujemy niezawodności, niskich kosztów i stabilności, ale często zapominamy, że za tym wszystkim musi stać infrastruktura budowana latami. Każda elektrownia, każda modernizacja sieci, każde nowe źródło energii jest efektem decyzji podejmowanych wcześniej, czasem wiele dekad temu. Dzisiejsze problemy są często odbiciem wyborów, które zostały wykonane w przeszłości.
Upały pokazują również inną rzecz. Przyzwyczailiśmy się do myślenia o kryzysach jako o nagłych wydarzeniach, które pojawiają się niespodziewanie i szybko mijają. Tymczasem wiele współczesnych wyzwań działa inaczej. Nie zawsze pojawia się jeden dramatyczny moment. Czasami zmiana zachodzi powoli, przez serię mniejszych sygnałów, które pojedynczo wydają się niegroźne. Niższy poziom wody, wyższa temperatura, większe zużycie energii, większa presja na infrastrukturę. Każdy element osobno może wyglądać jak drobiazg, ale razem tworzą obraz znacznie bardziej skomplikowany.
Najtrudniejsze w takich sytuacjach jest znalezienie równowagi między spokojem a czujnością. Społeczeństwo nie może funkcjonować w ciągłym strachu przed awarią, bo taki sposób myślenia prowadziłby do paraliżu. Z drugiej strony całkowita pewność, że system zawsze sobie poradzi, również może być złudna. Historia wielokrotnie pokazywała, że najbardziej niebezpieczne bywają momenty, kiedy ludzie przestają dostrzegać ryzyko tylko dlatego, że przez długi czas nic złego się nie wydarzyło.
Dlatego każda fala upałów staje się czymś więcej niż tylko problemem pogodowym. Jest sprawdzianem dla infrastruktury, ale także dla naszego sposobu myślenia o świecie. Pokazuje, jak bardzo jesteśmy zależni od skomplikowanych systemów i jak niewiele wiemy o ich codziennej pracy. Przypomina, że bezpieczeństwo nie jest czymś, co pojawia się samo z siebie, ale efektem tysięcy decyzji, działań i przygotowań wykonywanych często poza naszym wzrokiem.
A jednak mimo wszystkich analiz, komunikatów i zapewnień pozostaje w tym wszystkim pewne napięcie. Bo człowiek zawsze będzie zadawał sobie pytanie, co stanie się wtedy, gdy kolejny raz pojawią się warunki trudniejsze niż te, które znamy. Czy obecne zabezpieczenia wystarczą? Czy system zdąży dostosować się do nowych wyzwań? Czy kolejne gorące lata będą tylko kolejnymi trudnymi sezonami, czy może sygnałem większej zmiany, której skutki dopiero zaczynamy zauważać? Odpowiedzi nie pojawiają się wraz ze wzrostem temperatury na termometrach. Pojawiają się gdzieś pomiędzy decyzjami podejmowanymi dziś a konsekwencjami, które przyjdą później.
Gdy temperatura zaczyna opadać, a kolejne komunikaty przestają wywoływać natychmiastowe napięcie, łatwo wrócić do codziennego przekonania, że wszystko działa tak, jak powinno. Światło zapala się po naciśnięciu przełącznika, lodówka cicho pracuje w kuchni, klimatyzacja albo wentylator przynoszą chwilową ulgę, a gniazdka w naszych domach pozostają niemal niewidocznym elementem rzeczywistości. Prąd jest jednym z tych fundamentów, których obecność zauważamy najczęściej dopiero wtedy, gdy pojawia się choćby cień zagrożenia. Dopóki wszystko działa, pozostaje anonimowy. Kiedy zaczyna brakować pewności, nagle okazuje się, jak bardzo całe nasze codzienne funkcjonowanie opiera się na czymś, czego zwykle nawet nie dostrzegamy.
Najbardziej interesujące w takich momentach nie są jednak same liczby, gigawaty, poziomy wód czy techniczne parametry bloków energetycznych. Najwięcej mówią reakcje ludzi. Wystarczy kilka informacji o ograniczeniach pracy elektrowni, kilka nagłówków o możliwym kryzysie, kilka zdań o suszy i wysokich temperaturach, aby w społeczeństwie pojawiło się charakterystyczne napięcie. To nie zawsze jest strach przed samym brakiem energii. Często jest to coś głębszego: nagłe zderzenie z faktem, że system, który wydawał się niewzruszony, również ma swoje granice. Człowiek bardzo łatwo przyzwyczaja się do wygody. Trudniej zaakceptować myśl, że nawet najbardziej rozbudowana infrastruktura może znaleźć się w sytuacji wymagającej ostrożności, kompromisów i ciągłego reagowania.
Przez lata energia elektryczna była traktowana niemal jak coś oczywistego, jak element tła, którego nie trzeba analizować. Współczesne życie zostało zbudowane wokół stałej dostępności. Pracujemy dzięki urządzeniom, odpoczywamy dzięki technologiom, komunikujemy się przez sieci, przechowujemy informacje w systemach zależnych od ciągłego zasilania. Paradoks polega na tym, że im bardziej jesteśmy uzależnieni od energii, tym mniej widzimy jej skomplikowaną drogę. Za prostym gestem włączenia światła kryje się ogromna machina decyzji, inwestycji, przewidywania ryzyka i codziennego pilnowania równowagi, której zwykły użytkownik nie ma powodu zauważać.
Fala upałów obnaża właśnie tę niewidoczną stronę rzeczywistości. Pokazuje, że problem nie zawsze pojawia się tam, gdzie ludzie się go spodziewają. Wiele osób myśli o energetyce głównie przez pryzmat produkcji, tego, czy wystarczy elektrowni i paliwa. Tymczasem czasami największym wyzwaniem nie jest samo wytworzenie energii, ale utrzymanie całego skomplikowanego układu w warunkach, które stają się coraz bardziej wymagające. Woda, temperatura, infrastruktura, zużycie, pogoda i ludzkie decyzje zaczynają tworzyć jeden wielki mechanizm, w którym każdy element ma znaczenie.
Najbardziej niepokojące jest to, że ekstremalne zjawiska przestają być odbierane jako wyjątki. Jeszcze niedawno długotrwała fala upałów wydawała się czymś niezwykłym, wydarzeniem, które zdarza się raz na jakiś czas i pozostawia po sobie wspomnienie trudnych dni. Dzisiaj coraz częściej pojawia się poczucie, że takie sytuacje mogą powracać, a systemy stworzone dla innych warunków muszą zmierzyć się z nową rzeczywistością. Nie chodzi wyłącznie o energetykę. Chodzi o sposób myślenia o bezpieczeństwie, stabilności i przekonaniu, że pewne rzeczy po prostu będą działać bez względu na okoliczności.
Ciekawy jest również paradoks współczesnych społeczeństw. Z jednej strony oczekujemy niezawodności, natychmiastowego działania i pełnej dostępności usług. Z drugiej strony często nie chcemy widzieć kosztów utrzymania tej niezawodności. Każdy chce mieć pewność, że energia będzie dostępna w najgorętszy dzień roku, ale rozmowa o przebudowie systemu energetycznego, inwestycjach czy zmianach technologicznych szybko staje się znacznie bardziej skomplikowana. Wygoda jest prosta. Budowanie bezpieczeństwa już takie nie jest.
W takich chwilach wraca również pytanie o nasze własne przyzwyczajenia. Człowiek bardzo łatwo tworzy sobie poczucie kontroli nad światem, który w rzeczywistości pozostaje znacznie bardziej nieprzewidywalny. Wystarczy kilka lat spokojnego funkcjonowania, aby uznać pewien poziom komfortu za coś naturalnego, niemal należnego. Dopiero zakłócenie tego porządku przypomina, że za każdą codzienną pewnością stoją ludzie, decyzje i systemy, które muszą nieustannie mierzyć się z presją.
Energetyka w czasie upałów staje się więc czymś więcej niż technicznym problemem. Staje się lustrem, w którym odbijają się nasze oczekiwania, lęki i sprzeczności. Chcemy nowoczesnego świata, ale nie zawsze chcemy patrzeć na jego kruchość. Chcemy bezpieczeństwa, ale często dostrzegamy jego znaczenie dopiero wtedy, gdy pojawia się ryzyko jego utraty. Chcemy mieć wpływ na przyszłość, ale jednocześnie przyzwyczailiśmy się do życia w przekonaniu, że najważniejsze mechanizmy będą działać gdzieś poza naszym wzrokiem.
Może właśnie dlatego takie momenty zostają w pamięci na dłużej. Nie dlatego, że oznaczają natychmiastowy kryzys, ale dlatego, że na chwilę zaburzają codzienną iluzję pełnej przewidywalności. Nagle zwykły rachunek za prąd, chłodny powiew klimatyzatora czy działający ekran telefonu przestają być tylko elementami rutyny. Pojawia się świadomość całego zaplecza, które zwykle pozostaje ukryte.
A kiedy kolejne dni przynoszą zmianę pogody, kiedy temperatury zaczynają spadać, a system wraca do spokojniejszego rytmu, napięcie powoli znika. Ludzie wracają do swoich spraw, rozmowy o energetyce ustępują miejsca innym tematom, a przełączniki znów pozostają tylko przełącznikami. Gdzieś jednak zostaje pamięć tego momentu, w którym zwykły upał pokazał coś więcej niż tylko wysoką temperaturę i w którym przez chwilę wszyscy spojrzeliśmy na niewidoczną konstrukcję, od której zależy znacznie więcej, niż zwykle chcemy przyznać.



Jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było. Ludzie radzili sobie z różnymi kryzysami od wieków. Warto zaplanować sobie jakąś alternatywę, ale nie warto się nakręcać. Serdecznie pozdrawiam. 🤗
OdpowiedzUsuńTeż mam wrażenie, że ludzie już nieraz stawali przed trudnymi sytuacjami i jakoś potrafili znaleźć wyjście. Czasem jednak mam wrażenie, że dzisiaj bardziej niż sam kryzys męczy nas ciągłe straszenie nim i życie w poczuciu, że za chwilę wszystko się zawali. Dobrze mieć plan B, ale chyba jeszcze ważniejsze jest zachowanie spokoju i zdrowego rozsądku.
UsuńDziwię się niefrasobliwości wielu ludzi, którzy nie myślą o konsekwencjach a zdobycze cywilizacyjne traktują jako oczywistość. Naprawdę nie potrafię zrozumieć, czym kierują się niektórzy, pozbywając się tradycyjnych urządzeń i rozwiązań, stawiając tylko na nowoczesną technologię. Ja na przykład mam wodę z wodociągu, ale mam też czynną własną studnię. Nigdy tez nie zamierzam likwidować tradycyjnego pieca kaflowego, bo mam świadomość, że w razie awarii choćby w zimie, będę miała jak się ogrzać. Nie polegam tylko na jednym źródle ogrzewania. Kryzys paliwowy może sprawić, że nie będzie gazu czy prądu, mam wtedy możliwość korzystania z tradycyjnego pieca kuchennego. Mam też spory zapas świec w razie ciemności. A na inne okoliczności generator prądu.
OdpowiedzUsuńJedno tylko mnie wkurza, że w Polsce postawienie prywatnej turbiny wiatrowej jest obwarowane takimi przepisami i wymaganiami, że to generuje niebotyczne koszty i odechciewa się cokolwiek robić.
W sumie jest coś w tym, że przyzwyczailiśmy się do wygody tak bardzo, że zapominamy, iż wiele rzeczy nie jest nam dane raz na zawsze. Sama idea posiadania jakiejś alternatywy wydaje mi się rozsądna, bo awarie czy kryzysy pokazują, jak szybko można zostać zależnym od jednego systemu. Z drugiej strony czasem mam wrażenie, że granica między zdrową zapobiegliwością a ciągłym przygotowywaniem się na najgorsze jest bardzo cienka.
UsuńGdzie się ona znajduje?
UsuńUpały pokazują, że nasza cywilizacyjna pewność siebie ma kabel znacznie krótszy, niż nam się wydaje. Klimatyzatory ruszają pełną parą, rzeki schną, elektrownie łapią zadyszkę, a my nadal wierzymy, że wystarczy nacisnąć pstryczek i świat grzecznie wykona polecenie. Natura, jak widać, instrukcji obsługi nie czyta i gwarancji również nie uznaje.
OdpowiedzUsuńBardzo trafne spostrzeżenie, bo chyba trochę za bardzo przyzwyczailiśmy się do tego, że wszystko działa na jedno kliknięcie. Dopiero kiedy pojawia się problem z prądem, wodą czy pogodą, przypominamy sobie, że jednak nie mamy pełnej kontroli nad wszystkim. Z drugiej strony może takie sytuacje są też potrzebnym przypomnieniem, że warto bardziej szanować zasoby i myśleć długofalowo, a nie tylko wtedy, gdy zaczyna brakować.
UsuńWszystko, niemal wszystko w życiu, zaczynamy doceniać najbardziej wtedy, gdy zaczyna nam tego brakować. Taka jest człowiecza przypadłość. Przypomniała mi się anegdota, gdzie rodzina z dzieckiem, siada do jak zawsze cichego obiadu, nikt się nic nie odzywa, nagle syn, o którym panowało przekonanie, że jest niemową, wydobył z siebie dźwięk: A, aaa gdzie jest kompocik? Rodzice w konsternacji: Synu, ty mówisz? Dlaczego wcześniej nic nie mówiłeś? - bo, booo zawsze był kompocik.
OdpowiedzUsuńAndrzeju, ja doskonale wiem, że upały są problemem dla wielu osób, dla różnych gałęzi przemysłu, ale j uwielbiam takie dni!!! Ja chciałabym w Polsce właśnie takiego klimatu, jak na południu Polski - najlepiej samo lato i koniec raz na zawsze z jesienią i zima, śniegiem, mrozem!!! I jeszcze jedno: raz na zawsze koniec z debilnym (tak, dokładnie i to i tak jest dla mnie delikatne określenie!) czasem zimowym - tylko i wyłącznie letni!!!
OdpowiedzUsuńWybuch na Słońcu i trach. Nic nie ma. Tak mi się skojarzyło.
OdpowiedzUsuń