Anioł i diabeł – dwa oblicza ludzkiej natury i odwieczny konflikt dobra ze złem

 


 Są takie momenty, kiedy człowiek przestaje potrzebować wielkich słów, bo własne życie samo zaczyna zadawać pytania, przed którymi trudno się schować. Czasem dzieje się to po nieprzespanej nocy, kiedy wszystko, co w ciągu dnia można było zagłuszyć pracą, rozmowami i kolejnymi obowiązkami, wraca z większą siłą. Czasem wystarczy jedno wspomnienie, jedno zdanie wypowiedziane kiedyś zbyt pochopnie albo świadomość, że wobec kogoś zachowaliśmy się inaczej, niż chcielibyśmy o sobie myśleć. W takich chwilach pytanie o dobro i zło przestaje być tematem religijnej dyskusji. Staje się pytaniem o własne decyzje, o sumienie i o granicę, którą człowiek przekracza, choć wcześniej był przekonany, że nigdy tego nie zrobi.

Właśnie wtedy obrazy anioła i diabła nabierają zupełnie innego znaczenia. Nie muszą być traktowane dosłownie, żeby pozostały przejmującymi symbolami. Przez wieki pomagały ludziom opisywać to, czego nie dało się łatwo wyjaśnić językiem codziennych zachowań. Anioł oznaczał ochronę, dobro, niewinność, posłuszeństwo wyższemu porządkowi, czasem także możliwość ocalenia. Diabeł przypominał o pokusie, buncie, pysze i przekroczeniu granicy. Dzisiaj można odrzucać religijną interpretację tych figur, a mimo to nadal rozumieć, dlaczego przetrwały. Wciąż istnieją sytuacje, w których człowiek wie, co uważa za właściwe, a mimo to szuka powodu, żeby wybrać rozwiązanie wygodniejsze.

Zastanawia mnie szczególnie to, jak bardzo współczesny człowiek potrzebuje tłumaczeń, zanim przyzna, że podjął złą decyzję. Wina rzadko pojawia się sama. Zwykle natychmiast otacza ją cała konstrukcja wyjaśnień. Ktoś nas sprowokował. Ktoś wcześniej zachował się gorzej. Okoliczności były wyjątkowe. Nie mieliśmy wyboru. Chcieliśmy tylko obronić siebie. Czasami są to rzeczywiście ważne okoliczności, których nie można pomijać. Bywa jednak, że wyjaśnienie zaczyna pełnić zupełnie inną funkcję. Nie ma już pomagać zrozumieć wydarzenia, tylko ochronić człowieka przed uznaniem własnego udziału w tym, co się stało.

To jeden z powodów, dla których pojęcie diabła przez wieki miało tak ogromną siłę. Pozwalało nadać złu konkretną postać. Pokusa przychodziła z zewnątrz, miała swoje źródło i swoją nazwę. Człowiek mógł powiedzieć, że został zwiedziony, wystawiony na próbę albo sprowadzony z właściwej drogi. Taki sposób myślenia odpowiadał potrzebie uporządkowania świata. Jednocześnie niósł ze sobą pewne ryzyko. Im łatwiej przypisać zło komuś lub czemuś poza sobą, tym mniej miejsca zostaje na pytanie o własne zachowanie.

Nie chodzi przy tym o to, żeby zrzucać wszystko na jednostkę i ignorować wpływ środowiska. Człowiek nie podejmuje decyzji w próżni. Wychowanie, relacje, presja grupy, doświadczenia przemocy, poczucie odrzucenia, lęk o przyszłość czy zwykłe zmęczenie potrafią znacząco zmienić sposób reagowania. Są sytuacje, w których możliwości wyboru są rzeczywiście ograniczone, a moralna ocena wymaga znajomości kontekstu. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy zrozumienie przyczyn zostaje pomylone z usprawiedliwieniem skutków.

Mamy ogromną skłonność do psychologizowania wszystkiego, co robimy. Każde zachowanie można przecież opisać jako skutek czegoś wcześniejszego. Można znaleźć dzieciństwo, relację, traumę, potrzebę akceptacji, mechanizm obronny albo lęk, który poprzedził daną decyzję. Taka wiedza jest cenna, dopóki służy rozumieniu człowieka. Staje się niebezpieczna, kiedy zaczyna zastępować moralną ocenę konkretnego czynu. Wyjaśnić, dlaczego ktoś kłamie, nie znaczy powiedzieć, że kłamstwo przestało mieć znaczenie. Zrozumieć źródło agresji nie oznacza unieważnić krzywdy osoby, która jej doświadczyła.

W tym miejscu religijna symbolika anioła i diabła spotyka się z bardzo współczesnym problemem. Człowiek chce być rozumiany, ale nie zawsze chce usłyszeć, że jego zachowanie miało konsekwencje. Chce, aby inni znali jego historię, lecz czasem oczekuje, że sama historia wystarczy jako usprawiedliwienie. Chce drugiej szansy, ale nie zawsze jest gotowy przyjąć, że druga szansa nie oznacza wymazania tego, co wydarzyło się wcześniej. Ta różnica wydaje mi się istotna, bo bez niej przebaczenie łatwo zamienia się w pobłażliwość, a zrozumienie w rezygnację z jakiejkolwiek oceny.

Z drugiej strony bardzo łatwo stworzyć równie fałszywy obraz, w którym zło jest czymś oczywistym i łatwym do rozpoznania. Wystarczy wskazać ludzi, których zachowanie budzi powszechne oburzenie, nazwać ich złymi i uznać sprawę za zamkniętą. Tak działa wiele społecznych mechanizmów potępienia. Człowiek zostaje sprowadzony do jednego czynu, jednej decyzji, jednego skandalu albo jednej opinii. Potem nie musi już być rozumiany. Wystarczy, że zostanie osądzony. Taki sposób myślenia daje poczucie moralnego porządku, ale często niewiele mówi o samym człowieku.

Zawsze uderza mnie, jak łatwo moralność może stać się narzędziem budowania własnej przewagi. Czasami nie chodzi już o to, żeby zrobić coś dobrego, lecz żeby znaleźć kogoś, kogo można uznać za gorszego. Wtedy cudzy błąd zaczyna być potrzebny do potwierdzenia własnej przyzwoitości. Im bardziej potępiamy innych, tym łatwiej zapomnieć, że własne życie również nie składa się wyłącznie z decyzji, z których można być dumnym. Nie ma nic szczególnie szlachetnego w moralnym oburzeniu, jeśli jego głównym skutkiem jest poczucie wyższości.

Dlatego figura anioła może być równie zdradliwa jak figura diabła. Anioł kojarzy się z czystością, niewinnością i dobrem, ale człowiek bardzo szybko może wykorzystać taki obraz do stworzenia wygodnej wersji samego siebie. Wystarczy zacząć myśleć o własnej przyzwoitości jak o cesze stałej, czymś, co raz zdobyte pozostaje już na zawsze. Tymczasem charakter nie jest dyplomem, który można powiesić na ścianie. To suma zachowań, szczególnie tych, które nie przynoszą uznania i nie mają publiczności.

Najwięcej o moralności człowieka mówią czasem sytuacje całkowicie pozbawione patosu. Co robi z informacją, którą mógłby wykorzystać przeciwko komuś? Jak zachowuje się wobec osoby, która nie może mu niczego zaoferować? Czy potrafi przyznać komuś rację, kiedy oznacza to utratę własnej przewagi? Czy umie zatrzymać się przed powiedzeniem czegoś, co byłoby prawdziwe, ale niepotrzebnie okrutne? Czy popełniony błąd próbuje naprawić, czy przede wszystkim szuka argumentów, które pozwolą mu zachować dobre samopoczucie? W takich sytuacjach nie ma wielkiej scenografii. Jest za to charakter.

Być może dlatego nie przekonują mnie opowieści o dobru jako czymś efektownym. Najważniejsze moralne decyzje rzadko wyglądają jak sceny z filmu. Częściej są nudne, prywatne i pozbawione świadków. Człowiek nie dostaje za nie oklasków. Nikt nie publikuje ich w mediach społecznościowych. Czasami nawet osoba, której pomógł, nigdy nie dowie się, ile kosztowało go zachowanie właściwej postawy. Właśnie wtedy można sprawdzić, czy dobro jest dla kogoś wartością, czy tylko elementem autoprezentacji.

Podobnie działa zło. Nie zawsze przychodzi w postaci przemocy, okrucieństwa czy wielkiego przestępstwa. Częściej ma znacznie mniej widowiskową formę. Jest świadomym wykorzystaniem cudzej słabości, kłamstwem, które miało przynieść korzyść, obojętnością wobec człowieka, którego można było wesprzeć, albo decyzją podjętą wyłącznie dlatego, że konsekwencje poniesie ktoś inny. Wiele krzywd zaczyna się od przekonania, że tym razem można zrobić wyjątek. Człowiek rzadko mówi sobie wprost, że zamierza stać się kimś złym. Zwykle znajduje argument, który pozwala uznać konkretny czyn za dopuszczalny.

Właśnie słowo „tym razem” jest jednym z najbardziej niebezpiecznych usprawiedliwień. Pozwala potraktować decyzję jako wyjątek, zanim wyjątek zacznie się powtarzać. Jedno kłamstwo ma być sytuacją szczególną. Jedno wykorzystanie zaufania ma być konsekwencją trudnych okoliczności. Jedno upokorzenie drugiego człowieka ma być reakcją na wcześniejszą krzywdę. Z czasem granica, która wcześniej wydawała się oczywista, przestaje być odczuwalna.

W tym sensie największym przeciwnikiem moralności nie zawsze jest jawna niegodziwość. Często jest nim przyzwyczajenie. To ono sprawia, że rzeczy, które kiedyś budziły sprzeciw, po pewnym czasie zaczynają wydawać się normalne. Człowiek przyzwyczaja się do własnych kompromisów. Przyzwyczaja się do tego, że mówi o kimś źle, kiedy tej osoby nie ma. Przyzwyczaja się do cynizmu, ponieważ cynizm daje poczucie odporności. Przyzwyczaja się do wykorzystywania innych, jeśli przynosi mu to korzyści i nie spotyka się z konsekwencjami. Zło nie zawsze potrzebuje gwałtownego wejścia. Czasami wystarczy, że przez długi czas nikt nie nazwie go po imieniu.

Nie mniej interesujący jest problem dobra, które również może zostać wypaczone. Pomaganie innym może stać się sposobem zdobywania kontroli. Poświęcenie może zamienić się w narzędzie wywoływania poczucia winy. Troska może ukrywać potrzebę decydowania za drugiego człowieka. Nawet moralna surowość może dawać komuś przyjemność wynikającą z oceniania. Dlatego sama deklaracja dobrych intencji nie wystarcza. Człowiek może zrobić coś, co z zewnątrz wygląda szlachetnie, a jednocześnie kierować się potrzebą uznania, dominacji albo poczucia własnej wyższości. Motywacje bywają mniej czyste, niż chcielibyśmy przyznać.

To prowadzi do pytania o sumienie. Przez długi czas traktowano je jako niemal oczywisty wewnętrzny głos, który wskazuje właściwą drogę. Tymczasem sumienie również może zostać ukształtowane przez środowisko, wychowanie i przekonania grupy. Człowiek może czuć się moralnie czysty, ponieważ postępuje zgodnie z zasadami swojego otoczenia, nawet jeśli z perspektywy innych te same zasady prowadzą do krzywdy. Historia zna wystarczająco wiele sytuacji, w których ludzie byli przekonani, że postępują właściwie, ponieważ wykonywali obowiązek wobec wspólnoty, ideologii czy autorytetu. Samo poczucie pewności nie jest więc dowodem moralnej racji.

To chyba jedna z najbardziej niewygodnych rzeczy w całej opowieści o dobru i złu. Człowiek może być szczerze przekonany, że postępuje właściwie, i mimo to robić rzeczy krzywdzące. Nie musi być cynikiem. Nie musi świadomie kłamać. Może naprawdę wierzyć w słuszność własnego działania. Historia anioła i diabła staje się wtedy również historią ludzkiej pewności siebie, potrzeby posiadania racji i niechęci do przyjmowania informacji, które podważają własny obraz świata.

Współczesność szczególnie sprzyja takim uproszczeniom. Żyjemy w świecie, w którym bardzo szybko można określić, kto jest dobry, a kto zły. Wystarczy fragment wypowiedzi, jedno zdjęcie, jedna informacja wyrwana z kontekstu. Ocena pojawia się szybciej niż próba zrozumienia. Nie oznacza to, że każda krytyka jest niesprawiedliwa. Oznacza raczej, że tempo osądu często wyprzedza refleksję. Człowiek zostaje przypisany do kategorii, zanim ktokolwiek zastanowi się, co właściwie wydarzyło się wcześniej i jakie były konsekwencje konkretnego czynu.

Można odrzucać religijną wiarę i nadal potrzebować języka, który pozwala mówić o dobru. Można wierzyć i jednocześnie przechodzić przez okres, w którym odpowiedzi przestają wystarczać. Można szukać Boga, nie znajdując natychmiast ukojenia. Można nie wierzyć w diabła, a bardzo dobrze znać mechanizmy pokusy. Wszystkie te doświadczenia mogą istnieć bez konieczności sprowadzania ich do jednej odpowiedzi. Być może właśnie dlatego symbolika anioła i diabła nadal działa. Nie daje prostego rozwiązania. Zmusza raczej do postawienia pytania, którego nie da się zamknąć w jednej definicji.

Najbardziej interesuje mnie w tym wszystkim nie sama walka dobra ze złem, lecz sposób, w jaki te dwa pojęcia zmieniają znaczenie, kiedy przenosimy je z religijnej opowieści do codziennego życia. Diabeł może oznaczać nie tylko pokusę, lecz także łatwość, z jaką człowiek szuka winnego poza sobą. Anioł nie musi oznaczać doskonałości. Może przypominać o potrzebie ochrony tego, co w człowieku kruche, uczciwe i warte ocalenia. Oba symbole stają się wtedy językiem pewnych ludzkich doświadczeń, a nie jedynie postaciami z dawnej wyobraźni.

W tym miejscu pojawia się również pytanie o przebaczenie. Przez lata przyzwyczailiśmy się traktować je jak prosty finał moralnej historii. Ktoś zrobił coś złego, przyznał się, został mu wybaczony i można zamknąć sprawę. Rzeczywistość jest znacznie mniej uporządkowana. Nie każdą krzywdę można naprawić. Nie każdą relację da się odbudować. Nie każdy żal przywraca zaufanie. Czasami pozostaje świadomość tego, co wydarzyło się wcześniej, nawet jeśli obie strony chcą rozpocząć coś od nowa. Przebaczenie nie musi oznaczać zapomnienia. Może być raczej zgodą na to, że przeszłość nie będzie już każdego dnia decydowała o teraźniejszości.

Podobnie wygląda zmiana. Bardzo lubimy historie, w których ktoś przechodzi przez wyraźny przełom i od tej chwili staje się innym człowiekiem. Życie jest mniej filmowe. Zmiana częściej przypomina długi proces, w którym stare zachowania wracają, pewne decyzje wymagają kolejnych prób, a świadomość własnych błędów nie zawsze od razu przekłada się na lepsze postępowanie. Człowiek może przez lata pracować nad sobą bez żadnego spektakularnego momentu, który dałoby się później wskazać jako początek nowego życia. To właśnie dlatego prawdziwa przemiana rzadko wygląda efektownie.

Nie przekonują mnie również opowieści, w których dobro zostaje przedstawione jako nagroda za moralną doskonałość. Ludzie nie stają się wartościowi dlatego, że nigdy nie popełnili błędu. Więcej mówi o nich to, co robią później, kiedy nie można już udawać, że nic się nie wydarzyło. Czasami będzie to próba naprawienia szkody. Czasami odejście od zachowania, które przez lata wydawało się normalne. Czasami zwykłe przyjęcie do wiadomości, że druga osoba nie jest już zobowiązana do tego, by zapomnieć.

Anioł i diabeł pozostają więc symbolami, które można czytać znacznie szerzej niż tylko jako element religijnej wyobraźni. Mówią o pokusie, sumieniu, potrzebie dobra, lęku przed złem i o tym, jak łatwo człowiek buduje własny obraz moralności. Mówią również o nadziei, ale nie tej łatwej, która obiecuje, że każdy błąd można natychmiast wymazać. Bardziej interesująca jest nadzieja, która dopuszcza możliwość zmiany bez udawania, że przeszłość nie miała miejsca.

Być może dlatego pytanie o anioła i diabła wciąż wraca, choć zmienił się język, którym próbujemy opisać świat. Dawniej mówiono o grzechu, pokusie, zbawieniu i potępieniu. Dzisiaj częściej używamy słów takich jak wartości, psychologia, sumienie, granice czy konsekwencje. Słownik się zmienił, lecz potrzeba rozpoznawania dobra i zła pozostała. Człowiek nadal szuka odpowiedzi na pytanie, dlaczego czasem łatwiej zrobić to, czego później będzie żałował, niż to, co wcześniej uważał za właściwe.

I właśnie w tym miejscu historia anioła i diabła przestaje być odległą opowieścią o siłach stojących po przeciwnych stronach. Staje się opowieścią o człowieku, który próbuje zrozumieć własne wybory, własne granice i własną potrzebę sensu. O tym, dlaczego jednych ludzi nazywamy dobrymi, innych złymi, choć życie rzadko mieści się w tak prostych kategoriach. O tym, dlaczego jedne czyny pamiętamy przez lata, a inne potrafimy niemal natychmiast usprawiedliwić. I wreszcie o pytaniu, które od dawna powraca w religii, literaturze, filozofii i zwyczajnych ludzkich rozmowach. Czy zło rzeczywiście musi mieć twarz diabła, a dobro twarz anioła, czy może oba te obrazy powstały dlatego, że człowiek od zawsze próbował nadać kształt temu, czego najbardziej obawiał się w sobie i w świecie.



 Być może odpowiedź zaczyna się dopiero wtedy, kiedy przestajemy patrzeć na dobro i zło jak na dwa gotowe miejsca, między którymi człowiek codziennie wybiera, i zaczynamy obserwować sytuacje, w których sam wybór staje się niejasny. Szczególnie dobrze widać to w relacjach, ponieważ właśnie tam człowiek najczęściej przestaje zachowywać się zgodnie z własnym wyobrażeniem o sobie. Można przez lata uważać się za osobę rozsądną, niezależną i odporną na emocjonalne naciski, a potem wystarczy pojawienie się konkretnego człowieka, jedno wspomnienie albo wiadomość wysłana późnym wieczorem, żeby wszystkie te deklaracje zaczęły wyglądać znacznie mniej przekonująco. Nagle okazuje się, że ktoś, od kogo mieliśmy się odsunąć, nadal zajmuje w naszej psychice miejsce, którego nie potrafimy nikomu innemu przyznać. Rozum mówi jedno, pamięć coś zupełnie innego, a potrzeba bliskości jeszcze coś innego. W takich momentach trudno nawet powiedzieć, czy człowiek dokonuje wyboru, czy raczej próbuje przez jakiś czas wytrzymać napięcie między kilkoma potrzebami, z których żadna nie chce ustąpić.

To właśnie relacje pokazują, jak mało wiarygodne bywają deklaracje składane samemu sobie. Ktoś może powiedzieć, że już nie kocha, a jednocześnie przez wiele miesięcy sprawdzać, czy druga osoba jest aktywna w mediach społecznościowych. Może twierdzić, że nie chce powrotu, ale pamiętać dokładnie, w którym miejscu tamta osoba zwykła wysiadać z samochodu. Może mówić, że wszystko zostało zakończone, a jednak odczuwać niepokój, kiedy dowiaduje się, że były partner zaczął układać sobie życie z kimś innym. Trudno uznać takie zachowania za zwykłą niekonsekwencję. Często są raczej śladem przywiązania, które nie kończy się w tym samym momencie, w którym kończy się relacja. Człowiek może przestać chcieć wspólnego życia, a jednocześnie nie przestać potrzebować świadomości, że dla drugiej osoby nadal coś znaczy.

Pamięć ma przy tym własną politykę. Nie przechowuje przeszłości w sposób całkowicie neutralny. Pewne sceny z czasem bledną, inne nabierają znaczenia, którego wcześniej nie miały. Człowiek potrafi pamiętać jedną rozmowę przez kilkanaście lat, choć nie pamięta setek zwyczajnych dni, które poprzedzały i następowały po niej. Szczególnie silnie pozostają momenty graniczne. Pierwsze spotkanie, ostatnia rozmowa, pierwszy poważny konflikt, wiadomość, której nigdy nie zapomnieliśmy, albo chwila, kiedy zrozumieliśmy, że coś naprawdę się skończyło. Z takich fragmentów psychika potrafi zbudować całą opowieść, a później traktować ją jak obiektywną wersję wydarzeń. Problem polega na tym, że wspomnienie nie jest nagraniem. Za każdym razem, kiedy do niego wracamy, patrzymy na nie z innego miejsca własnego życia.

Dlatego przeszłość potrafi z czasem stać się bardziej atrakcyjna niż była naprawdę. Nie zawsze dlatego, że człowiek świadomie ją idealizuje. Czasami po prostu teraźniejszość nie dostarcza podobnych emocji, więc umysł zaczyna nadawać dawnym wydarzeniom większą intensywność. Zwyczajna relacja może po kilku latach wydawać się wyjątkowa, ponieważ zniknęły z niej wszystkie małe niedogodności, powtarzające się konflikty i nudne wieczory. Zostają wybrane obrazy, słowa i emocje. W pamięci łatwiej zachować czyjąś czułość niż jego irytację, łatwiej odtworzyć wspólny śmiech niż godziny milczenia. W ten sposób człowiek może zacząć budować przywiązanie do obrazu związku, który w takiej postaci nigdy nie istniał.

Jeszcze bardziej skomplikowane staje się to wtedy, kiedy druga osoba wraca. Powrót często wydaje się spełnieniem czegoś, co przez długi czas pozostawało niemożliwe. Pojawia się wiadomość, przypadkowe spotkanie, rozmowa po kilku miesiącach albo prosty komunikat, że ktoś chciałby porozmawiać. W jednej chwili wszystko, co miało zostać zamknięte, odzyskuje emocjonalną aktualność. Psychika nie wraca wtedy wyłącznie do człowieka. Wraca również do dawnego układu, do oczekiwań, lęków i ról, które wcześniej były częścią codzienności.

To zjawisko jest szczególnie ciekawe, ponieważ powrót drugiego człowieka potrafi przywrócić również dawne role. Ktoś, kto przez wiele miesięcy próbował odzyskać niezależność, nagle znowu zaczyna czekać na wiadomość. Ktoś, kto przestał analizować każde zachowanie byłego partnera, ponownie zastanawia się nad znaczeniem pojedynczego słowa. Wystarczy kilka gestów, żeby dawna hierarchia emocjonalna odtworzyła się niemal automatycznie. Nie dlatego, że człowiek świadomie chce wrócić do poprzedniego układu. Po prostu psychika dobrze pamięta schematy, które wcześniej były dla niej ważne.

Najbardziej niepokojące bywają powroty, w których nie wiadomo, czego właściwie chce żadna ze stron. Jedna osoba szuka bliskości, druga szuka potwierdzenia, że nadal jest ważna. Jedna chce sprawdzić, czy uczucie przetrwało, druga chce tylko przekonać się, czy wciąż może zostać wpuszczona do czyjegoś życia. Obie mogą mówić o potrzebie rozmowy, choć każda ma na myśli coś innego. W takich sytuacjach nie ma koniecznie złej intencji. Bywa nawet przeciwnie. Człowiek może być całkowicie szczery i jednocześnie nie rozumieć własnych potrzeb na tyle dobrze, aby nie zranić drugiej osoby.

To jeden z powodów, dla których ludzkie zachowania tak często rozmijają się z deklaracjami. Słowa opisują stan, który człowiek chce w danym momencie uznać za prawdziwy, natomiast zachowanie ujawnia również to, czego sam przed sobą jeszcze nie nazwał. Można mówić o potrzebie spokoju, a jednocześnie prowokować rozmowy. Można zapewniać, że nie oczekuje się niczego, a później cierpieć, kiedy druga osoba rzeczywiście niczego nie oferuje. Można mówić, że nie chce się związku, ale nie znosić myśli o tym, że ktoś inny zajmie miejsce, które dotychczas było zarezerwowane właśnie dla nas.

W takich sytuacjach łatwo przypisać człowiekowi manipulację. Czasami byłoby to uzasadnione, ale nie zawsze. Istnieje również bardziej banalna i przez to chyba częstsza możliwość, że człowiek sam nie rozumie własnego zachowania. Potrzeba kontroli może przebierać się za troskę. Zazdrość może zostać nazwana miłością. Lęk przed samotnością może zostać pomylony z przekonaniem, że druga osoba jest tą jedyną. Potrzeba bycia potrzebnym może zostać odebrana jako głębokie uczucie. Granice między tymi stanami nie zawsze są ostre, a człowiek rzadko ma dostęp do własnych motywacji w tak czystej postaci, jak chciałby wierzyć.

Szczególnie dużo zamieszania powoduje lęk przed utratą. Człowiek może przez długi czas ignorować czyjąś obecność, nie doceniać jej albo traktować jako coś oczywistego. Dopiero kiedy pojawia się realna możliwość utraty, uczucia nabierają intensywności. Nagle każda rzecz wydaje się ważniejsza. Wspólne miejsca stają się znaczące, stare wiadomości zaczynają być czytane ponownie, a wydarzenia, które wcześniej nie miały większego znaczenia, otrzymują nowe życie. Czasami dopiero groźba końca pozwala zobaczyć wartość czegoś, co przez lata było dostępne bez wysiłku.

Nie zawsze oznacza to jednak, że utracona relacja była rzeczywiście dobra. Sama możliwość straty może zwiększać przywiązanie. Człowiek zaczyna odczuwać brak, a brak potrafi być psychicznie bardziej intensywny niż obecność. Kiedy ktoś był obok, można było być wobec niego krytycznym. Kiedy odchodzi, pamięć zaczyna wybierać to, czego najbardziej brakuje. Powstaje dziwna sytuacja, w której nieobecna osoba staje się bardziej obecna w psychice niż wtedy, kiedy naprawdę siedziała obok przy stole.

Zdarza się również coś jeszcze bardziej przewrotnego. Człowiek zaczyna przywiązywać się do własnego wyobrażenia o tym, co mogło się wydarzyć. Nie chodzi już o konkretną relację, lecz o jej potencjał. O rozmowę, która nigdy się nie odbyła. O przeprosiny, których nie usłyszał. O wersję drugiej osoby, która być może mogłaby powstać, gdyby pewne wydarzenia potoczyły się inaczej. Taki rodzaj przywiązania jest trudny do zakończenia, ponieważ nie da się go skonfrontować z rzeczywistością. To nie jest wspomnienie konkretnego życia, lecz przywiązanie do możliwości.

Wtedy przeszłość zaczyna pełnić funkcję schronienia przed teraźniejszością. Nie dlatego, że dawniej było idealnie, ale dlatego, że to, co minęło, jest już znane. Nawet bolesna historia może wydawać się bezpieczniejsza od nieznanej przyszłości. Człowiek wie, gdzie został zraniony. Wie, czego się spodziewać. Wie, jakie błędy już popełnił. Nowa relacja nie daje takiej kontroli. Nie ma jeszcze mapy rozczarowań, nie wiadomo, gdzie pojawi się kryzys, nie wiadomo, czy druga osoba pozostanie, kiedy minie pierwsze zauroczenie. Z tego powodu czasem nie wybieramy tego, co dobre, lecz to, co psychicznie znajome.

To samo dotyczy relacji, które od początku są niestabilne. Ich intensywność bywa mylona z głębią. Naprzemienne zbliżanie się i oddalanie powoduje napięcie, które może być odczuwane jako wyjątkowo silne uczucie. Kiedy po okresie chłodu pojawia się czułość, jej znaczenie rośnie właśnie dlatego, że wcześniej jej zabrakło. Człowiek nie reaguje wtedy wyłącznie na sam gest. Reaguje również na ulgę, jaką ten gest przynosi. A ulga po lęku potrafi być bardzo intensywna.

W takich układach szczególnie łatwo pomylić spokój z brakiem emocji. Relacja pozbawiona ciągłego napięcia może wydawać się mniej ekscytująca niż ta, w której każdego dnia istnieje pytanie, czy druga osoba zostanie. Nie musi to świadczyć o świadomym pragnieniu cierpienia. Czasami chodzi o przyzwyczajenie do określonego poziomu niepewności. To, co stabilne, może być początkowo trudniejsze do rozpoznania jako atrakcyjne, ponieważ nie dostarcza gwałtownych zmian nastroju. Człowiek przyzwyczajony do emocjonalnej huśtawki może nawet odczuwać pustkę wtedy, kiedy nic złego się nie dzieje.

Właśnie w takich miejscach metafora anioła i diabła nabiera kolejnego znaczenia. Dobro nie zawsze jest tym, co przynosi natychmiastową ulgę. Zło również nie zawsze wiąże się z cierpieniem w pierwszej chwili. Czasami decyzja, która później okaże się destrukcyjna, na początku daje ogromne poczucie ulgi. Wiadomość wysłana do byłego partnera może na kilka minut zdjąć ciężar napięcia. Spotkanie po długim czasie może przywrócić poczucie bycia ważnym. Powrót do dawnego układu może uspokoić lęk przed samotnością. Dopiero później pojawiają się konsekwencje, których w momencie decyzji nie chciało się widzieć.

Człowiek bardzo często wybiera bowiem nie między dobrem a złem, lecz między dwiema różnymi formami dyskomfortu. Jedna decyzja przynosi ból teraz, druga może przynieść ból później. Jedna oznacza utratę, druga pozostawia możliwość dalszego oczekiwania. Jedna wymaga zaakceptowania czegoś, czego nie chcemy przyjąć, druga pozwala jeszcze przez jakiś czas żyć w zawieszeniu. To zawieszenie bywa niezwykle kuszące. Dopóki nic nie jest ostateczne, można zachować kilka możliwości naraz. Można utrzymywać kontakt bez nazywania relacji. Można pozostawić uchylone drzwi, choć samemu nie wie się, czy chce się przez nie wejść.

Właśnie nieokreśloność bywa czasem wygodniejsza niż decyzja. Decyzja zamyka pewne możliwości, a człowiek niechętnie rezygnuje z tego, co jeszcze mogłoby się wydarzyć. Dlatego tak wiele relacji trwa w stanie emocjonalnego półmroku. Nikt nie mówi wprost, że chce wrócić, ale nikt też nie mówi, że definitywnie odchodzi. Nikt nie składa obietnic, ale pojawiają się gesty, które można odczytać jako obietnicę. Nikt nie chce brać odpowiedzialności za przyszłość, ale jednocześnie trudno zrezygnować z poczucia, że przyszłość wciąż pozostaje możliwa.

Z tego powodu ludzie potrafią latami nosić w sobie relacje, które w rzeczywistości trwały kilka miesięcy. Czas nie zawsze rozwiązuje emocjonalne sprawy w sposób liniowy. Czasami dopiero po latach człowiek rozumie, że nie chodziło mu o konkretną osobę, lecz o coś, co wydarzyło się przy niej. O pierwsze poczucie bycia wybranym. O doświadczenie intensywnej bliskości. O młodość. O okres, w którym życie wydawało się prostsze. O własną wersję siebie, której później już nie udało się odzyskać.

Wspomnienia mają jeszcze jedną właściwość, która potrafi utrudniać rozpoznanie własnych uczuć. Człowiek często pamięta siebie z przeszłości w sposób bardziej spójny, niż naprawdę wtedy funkcjonował. Patrząc wstecz, łatwo stworzyć narrację, w której wszystko prowadziło do jednego punktu. W rzeczywistości decyzje były podejmowane przy niepełnej wiedzy, pod wpływem emocji, czasem pod presją innych ludzi, czasem w zwyczajnym zmęczeniu. Dopiero później nadajemy im sens. To dlatego ktoś może po latach powiedzieć, że od początku wiedział, iż ta relacja się skończy, choć w tamtym czasie desperacko próbował ją ratować.

Nie musi to być kłamstwo. To może być sposób, w jaki psychika porządkuje własną historię. Człowiek nie lubi przypadkowości. Łatwiej żyć z przekonaniem, że pewne rzeczy miały logiczny ciąg, niż przyjąć, że przez długi czas podejmowaliśmy decyzje, których znaczenia nie rozumieliśmy. Z tego samego powodu po zakończeniu relacji zaczynamy szukać momentu, w którym wszystko rzekomo stało się jasne. Wybieramy jedną rozmowę, jedno zdanie, jeden gest i budujemy wokół niego opowieść. Tymczasem koniec często nie następuje w jednej chwili. Relacja może rozpadać się powoli, długo zanim ktokolwiek odważy się nazwać jej stan.

Jeszcze trudniej jest wtedy, gdy uczucie i krzywda występują jednocześnie. Społecznie łatwiej jest mówić o kimś, kto nas zranił, jak o osobie jednoznacznie złej, ponieważ taka narracja porządkuje emocje. Problem zaczyna się wtedy, gdy ta sama osoba była również źródłem bezpieczeństwa, czułości i ważnych wspomnień. Człowiek może wiedzieć, że został potraktowany źle, a mimo to nadal być emocjonalnie związany. Może być świadomy, że relacja była niszcząca, a jednocześnie odczuwać żal po jej utracie. Może nie chcieć powrotu i równocześnie pragnąć jednego jeszcze spotkania. Te stany nie muszą się wzajemnie wykluczać.

Wydaje mi się, że właśnie takich emocjonalnych nieporządków najbardziej nie lubimy. Chcemy jasnych historii, bo jasna historia daje poczucie kontroli. Jeżeli ktoś był zły, łatwiej zrozumieć odejście. Jeżeli ktoś był dobry, łatwiej zaakceptować przywiązanie. Jeżeli relacja była błędem, łatwiej ją zostawić. Tymczasem rzeczywiste związki rzadko są aż tak czyste. Ta sama osoba może być dla nas jednocześnie kimś, przy kim czuliśmy się bezpiecznie, i kimś, przy kim zaczęliśmy wątpić w siebie. Może być źródłem ważnych wspomnień i bolesnych doświadczeń. Próba rozstrzygnięcia, która z tych wersji jest prawdziwa, często prowadzi donikąd, ponieważ obie mogą być prawdziwe.

Podobnie ambiwalentne bywają powroty. Czasami człowiek wraca nie dlatego, że chce odbudować dawną relację, lecz dlatego, że nie potrafi zaakceptować jej definitywnego końca. To subtelna, ale ogromna różnica. Można chcieć czyjejś obecności bez chęci wspólnego życia. Można potrzebować rozmowy bez gotowości do odbudowy zaufania. Można chcieć przeprosin, ale nie chcieć przebaczyć. Można pragnąć dowiedzieć się, czy druga osoba nadal kocha, choć samemu nie planuje się już niczego. W takich sytuacjach powrót bywa bardziej próbą odzyskania kontroli nad własną historią niż próbą odzyskania człowieka.

Kontrola zresztą często pojawia się tam, gdzie wcześniej było dużo bezradności. Kiedy relacja się kończy, człowiek może mieć poczucie, że coś zostało mu odebrane bez jego zgody. Zaczyna więc szukać informacji, sprawdzać, analizować, odtwarzać rozmowy. Nie zawsze chodzi o obsesję. Czasem jest to zwyczajna próba odzyskania poczucia, że sytuacja ma jakieś wyjaśnienie. Problem polega na tym, że ludzkie zachowania nie zawsze mają jedno wyjaśnienie. Druga osoba mogła odejść z kilku powodów jednocześnie. Mogła kochać i jednocześnie nie chcieć być w tej relacji. Mogła czuć winę, a mimo to nie żałować decyzji. Mogła być przywiązana, ale nie widzieć możliwości powrotu.

Brak jednoznaczności jest trudny do zniesienia właśnie dlatego, że pozostawia miejsce dla nadziei. Nadzieja sama w sobie nie musi być czymś dobrym ani złym. Bywa siłą, która pozwala przetrwać trudny okres, ale bywa też mechanizmem przedłużającym emocjonalne zawieszenie. Człowiek może przez długi czas żyć nie tym, co rzeczywiście się wydarza, lecz tym, co być może wydarzy się kiedyś. Każdy drobny sygnał staje się wtedy potencjalnym potwierdzeniem. Jedno zdanie można odczytać jako zapowiedź zmiany, jedno spotkanie jako początek nowego etapu, jedną wiadomość jako dowód, że uczucie jednak nie wygasło.

Najbardziej zdradliwa jest nadzieja pozbawiona konkretnego przedmiotu. Nie wiadomo dokładnie, na co człowiek czeka, ale trudno mu przestać czekać. Taki stan może trwać bardzo długo, ponieważ nie ma momentu, który jednoznacznie kończy oczekiwanie. Nie pojawia się wyraźne „tak” ani „nie”. Pozostaje seria drobnych zdarzeń, z których można budować kolejne interpretacje. Wtedy człowiek przestaje żyć wyłącznie własnym życiem. Część uwagi pozostaje stale skierowana ku komuś, kto być może nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, ile miejsca nadal zajmuje.

To także jeden z powodów, dla których media społecznościowe tak łatwo stają się przedłużeniem dawnych relacji. Nie trzeba już rozmawiać, aby mieć dostęp do fragmentów czyjegoś życia. Zdjęcie, komentarz, zmiana statusu, miejsce, w którym ktoś był, albo osoba pojawiająca się obok niego wystarczą, żeby uruchomić całą serię interpretacji. Człowiek widzi kilka sekund cudzego życia, a następnie dopisuje do nich całą historię. To, co rzeczywiście wie, bywa niewielkie. To, co sobie wyobraża, może być ogromne.

W takich sytuacjach szczególnie łatwo pomylić informację z bliskością. Wiedza o tym, gdzie ktoś był, z kim się spotkał i co opublikował, nie oznacza przecież rzeczywistego uczestnictwa w jego życiu. Mimo to psychika potrafi reagować tak, jakby obserwowanie było formą kontaktu. Pojawia się zazdrość, ulga, złość albo niepokój, choć między dwojgiem ludzi nie wydarzyło się nic bezpośredniego. Czasami największe emocje wywołuje właśnie coś, co nigdy nie zostało powiedziane.

W tym miejscu dochodzimy do kwestii samooszukiwania, które nie zawsze polega na świadomym kłamstwie. Człowiek potrafi stworzyć interpretację, w którą naprawdę zaczyna wierzyć, ponieważ jest ona łatwiejsza do zniesienia niż inna możliwość. Łatwiej pomyśleć, że ktoś milczy, ponieważ boi się uczuć, niż dopuścić możliwość, że po prostu nie chce rozmawiać. Łatwiej uznać czyjś chłód za ukryte emocje niż przyjąć, że uczucia rzeczywiście wygasły. Łatwiej uwierzyć w skomplikowane wyjaśnienie niż w zwyczajną obojętność, która nie daje już żadnej roli do odegrania.

Nie oznacza to, że każda nadzieja jest iluzją. Ludzie rzeczywiście wracają do siebie, zmieniają zachowanie, dojrzewają, odbudowują relacje. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy możliwość zostaje potraktowana jak fakt. Wtedy pojedynczy gest może otrzymać znaczenie większe, niż rzeczywiście posiada. Człowiek przestaje obserwować rzeczywistość i zaczyna obserwować własne oczekiwanie. To subtelna różnica, ale właśnie ona potrafi utrzymywać emocjonalne historie przy życiu przez wiele lat.

Czasami jednak to nie druga osoba jest głównym przedmiotem emocjonalnego przywiązania. Bywa nim własna przeszłość. Człowiek pamięta siebie jako kogoś bardziej otwartego, odważniejszego, mniej zmęczonego. Pamięta czas, kiedy miał przed sobą więcej możliwości i mniej świadomości konsekwencji. Relacja staje się wtedy symbolem okresu życia, którego nie da się odzyskać. Powrót do konkretnego człowieka wydaje się sposobem na powrót do tamtej wersji siebie. To oczywiście niemożliwe, ale emocjonalnie bardzo przekonujące.

Zdarza się też odwrotna sytuacja. Ktoś wraca do dawnej relacji, ponieważ chce udowodnić sobie, że już nie jest tym samym człowiekiem, który kiedyś pozwolił się zranić. Chce zobaczyć, czy tym razem potrafi zachować dystans. Czy druga osoba nadal ma nad nim władzę emocjonalną. Czy można spotkać się po latach i nie uruchomić dawnych mechanizmów. Taki powrót bywa więc eksperymentem na własnej pamięci. Człowiek nie zawsze wraca po drugiego człowieka. Czasami wraca, żeby sprawdzić, kim sam się stał.

Właśnie dlatego emocje związane z dawnymi relacjami mogą pojawiać się nawet wtedy, kiedy obecne życie jest satysfakcjonujące. Nie każda reakcja na przeszłość oznacza brak czegoś w teraźniejszości. Czasami jest po prostu śladem historii, która miała znaczenie. Można kochać obecnego partnera i odczuwać wzruszenie na wspomnienie kogoś z przeszłości. Można być szczęśliwym i jednocześnie mieć żal do wydarzeń, które potoczyły się inaczej. Można nie chcieć powrotu, a mimo to czasem zastanawiać się, co by było, gdyby jedna decyzja została podjęta inaczej.

Ludzie bardzo często próbują eliminować takie myśli, jakby samo ich pojawienie się było zdradą wobec teraźniejszości. Tymczasem myśl nie jest decyzją, a wspomnienie nie jest działaniem. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy człowiek zaczyna organizować swoje aktualne życie wokół przeszłości. Granica między jednym a drugim nie zawsze jest jednak łatwa do zauważenia. Czasem kilka wiadomości staje się emocjonalną relacją, choć nikt nie używa tego określenia. Czasem jedno spotkanie uruchamia miesiące oczekiwania. Czasem wystarczy świadomość, że dawna osoba nadal jest dostępna, żeby teraźniejszy związek zaczął być przeżywany inaczej.

To właśnie sprawia, że moralność w relacjach jest tak trudna do jednoznacznego opisania. Nie wystarczy powiedzieć, że człowiek zrobił coś dobrego albo złego. Trzeba jeszcze zobaczyć, czego nie powiedział, czego nie chciał nazwać, czego bał się stracić i jaką wersję własnej historii próbował ochronić. Nie po to, aby usprawiedliwiać każde zachowanie, lecz dlatego, że bez zrozumienia motywacji łatwo stworzyć fałszywie prosty obraz sytuacji. Człowiek może zranić kogoś z egoizmu, ale może też zranić, próbując uciec przed własnym lękiem. Skutek dla drugiej osoby pozostaje realny, choć źródło zachowania może być zupełnie inne.

Ta różnica jest szczególnie widoczna w rozstaniach. Jedna osoba może odejść, ponieważ przestała kochać. Inna odejdzie, ponieważ boi się, że zostanie porzucona. Jeszcze inna będzie odsuwać się i wracać, ponieważ nie potrafi wytrzymać ani bliskości, ani samotności. Z zewnątrz zachowania mogą wyglądać podobnie. Wewnątrz ich znaczenie będzie zupełnie inne. Nie istnieje jeden psychologiczny klucz, który otwierałby wszystkie takie historie.

Czasem najbardziej krzywdzące zachowania rodzą się z potrzeby bycia kochanym. To jeden z paradoksów, których trudno się pozbyć, nawet kiedy rozumie się ich mechanizm. Człowiek boi się odrzucenia, więc zaczyna kontrolować. Kontrola wywołuje napięcie, napięcie prowadzi do konfliktu, konflikt powoduje oddalenie, a oddalenie potwierdza pierwotny lęk. Wtedy pojawia się przekonanie, że świat rzeczywiście nie daje bezpieczeństwa. Tymczasem część tego, czego człowiek się bał, powstała w reakcji na jego własne zachowanie.

Podobny mechanizm działa w zazdrości. Zazdrość może być próbą ochrony relacji, ale może również stać się sposobem jej niszczenia. Im większy lęk przed utratą, tym większa potrzeba kontroli. Im większa kontrola, tym mniej swobody pozostaje drugiej osobie. Im mniej swobody, tym większa frustracja. W pewnym momencie człowiek może zniszczyć dokładnie to, czego najbardziej chciał bronić. Później pozostaje mu przekonanie, że jego najgorsze obawy się potwierdziły.

Takie mechanizmy są szczególnie bolesne dlatego, że nie wymagają złych intencji. Człowiek może kochać i jednocześnie zachowywać się w sposób, który tę miłość podkopuje. Może pragnąć bliskości i jednocześnie nie dopuszczać drugiej osoby wystarczająco blisko. Może bać się samotności, ale odrzucać ludzi, którzy chcą z nim być. Może potrzebować potwierdzenia własnej wartości i jednocześnie nie wierzyć w żadne zapewnienia, które je daje. Wewnętrzny konflikt nie zawsze prowadzi do spektakularnych decyzji. Częściej przejawia się w drobnych zachowaniach powtarzanych tak długo, aż zaczynają kształtować całą relację.

Najbardziej interesujące jest to, że człowiek często rozpoznaje własne mechanizmy dopiero po fakcie. Kiedy emocje opadną, pewne zachowania stają się nagle oczywiste. Wtedy pojawia się zdziwienie, czasem wstyd, czasem żal. Można zobaczyć, że decyzja, która w danym momencie wydawała się jedyną możliwą, była również próbą uniknięcia czegoś znacznie trudniejszego. Nie zawsze wiadomo, czego dokładnie. Czasem była to samotność, czasem bezradność, czasem utrata kontroli, czasem świadomość, że druga osoba ma już prawo podjąć decyzję niezależną od nas.

W tym sensie dorosłość emocjonalna nie polega chyba na osiągnięciu stanu, w którym wszystkie własne zachowania są logiczne. Bardziej przypomina zdolność zauważania, że człowiek nie zawsze działa z jednego powodu. Można jednocześnie chcieć czegoś i się tego bać. Można podejmować decyzję, której część siebie pragnie, a część natychmiast zaczyna żałować. Można kochać kogoś, kogo obecność jest nie do zniesienia. Można odejść od osoby, której nadal będzie brakowało. Można wrócić i dopiero wtedy zrozumieć, dlaczego wcześniej się odeszło.

To właśnie w tych pęknięciach między pragnieniem a zachowaniem pojawia się przestrzeń, w której symbolika anioła i diabła przestaje być opowieścią o dwóch zewnętrznych siłach. Jeden głos może przypominać o potrzebie bliskości, drugi o potrzebie ochrony siebie. Jeden może mówić, że warto spróbować jeszcze raz, drugi może pamiętać cenę poprzedniego powrotu. Problem w tym, że żaden z nich nie musi mieć pełnej racji. Człowiek może potrzebować drugiej osoby i jednocześnie potrzebować od niej odejść. Może pragnąć przebaczenia i nie być gotowy na ponowne zaufanie. Może być emocjonalnie związany, ale nie chcieć wracać do dawnego życia.

Z czasem najbardziej bolesne pytania dotyczą nie tego, kto miał rację, lecz tego, ile z własnego życia przeżyliśmy w oczekiwaniu na zmianę drugiego człowieka. To pytanie nie ma jednej odpowiedzi, ponieważ oczekiwanie także bywa formą przywiązania. Nadzieja pozwala utrzymać relację przy życiu nawet wtedy, kiedy realny kontakt już dawno się skończył. Człowiek może przez lata prowadzić wewnętrzną rozmowę z kimś, kto nie bierze w niej udziału. Odpowiada na niewypowiedziane pytania, wyobraża sobie przyszłe spotkania, przygotowuje słowa, których prawdopodobnie nigdy nie wypowie.

Zdarza się wtedy, że prawdziwa relacja kończy się znacznie wcześniej niż relacja wewnętrzna. W świecie zewnętrznym nie ma już kontaktu, ale w psychice nadal istnieje całe archiwum wspólnych scen. Niektóre są pełne czułości, inne złości, jeszcze inne zawierają rozmowy, które nigdy się nie wydarzyły. Taki wewnętrzny związek może być bardziej trwały niż rzeczywisty, ponieważ nie podlega korekcie przez zachowanie drugiej osoby. Można w nim zmienić zakończenie, dopisać wyjaśnienie, wyobrazić sobie przeprosiny. Można również przez lata wracać do jednego momentu i zastanawiać się, czy wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby wtedy padło jedno zdanie więcej.

Być może właśnie dlatego ludzie tak często wracają do dawnych historii, nawet kiedy nie zamierzają wracać do dawnych ludzi. Chcą zrozumieć własne zachowanie. Chcą znaleźć punkt, w którym coś zaczęło się psuć. Chcą wiedzieć, czy można było uniknąć końca. Chcą odzyskać spójność własnej biografii. Czasem jednak nie ma takiego punktu. Niektóre historie rozpadają się przez setki małych decyzji, z których żadna osobno nie wydaje się wystarczająca, aby wszystko zakończyć.

Wtedy pytanie o dobro i zło staje się jeszcze bardziej niejednoznaczne. Nie chodzi już wyłącznie o to, czy ktoś zachował się właściwie. Chodzi o to, jak człowiek żyje z wiedzą, że jego decyzje wpływały na innych, choć sam w chwili ich podejmowania nie rozumiał wszystkich konsekwencji. Być może najtrudniejsze nie są nawet te sytuacje, w których człowiek wie, że zrobił coś złego. Znacznie trudniejsze bywają te, w których długo uważał, że postępuje słusznie, a dopiero później zobaczył szkody, których wcześniej nie potrafił dostrzec.

Nie ma w tym jednak nic szczególnie niezwykłego. Człowiek podejmuje decyzje z perspektywy chwili, a później ocenia je z perspektywy skutków. Te dwie perspektywy nigdy nie są identyczne. W momencie wyboru nie znamy przyszłości. Znamy tylko własne emocje, informacje, lęki i pragnienia. Dopiero później pojawia się wiedza, której wcześniej nie było. Dlatego retrospektywna pewność siebie bywa tak zwodnicza. Łatwo powiedzieć, że coś było oczywiste, kiedy znamy już zakończenie.

Najbardziej ludzka część tej historii znajduje się chyba właśnie tutaj. Nie w doskonałości anioła ani w jednoznaczności diabła, lecz w tym, że człowiek bardzo często podejmuje decyzje, których znaczenie rozumie dopiero po czasie. Wraca do rozmów, które kiedyś wydawały się zwyczajne. Przypomina sobie osoby, które uważał za nieważne. Dostrzega własne zachowania, których wtedy nie umiał nazwać. Zauważa, że pewne decyzje wynikały z miłości, inne ze strachu, jeszcze inne z potrzeby zachowania kontroli, choć w chwili ich podejmowania wszystkie wyglądały podobnie.

Może właśnie dlatego tak trudno oddzielić w człowieku to, co nazywamy dobrem, od tego, co nazywamy złem. Nie dlatego, że granice nie istnieją, lecz dlatego, że droga prowadząca do konkretnego czynu jest często znacznie bardziej skomplikowana niż sam czyn. Można kogoś skrzywdzić, próbując uniknąć własnego cierpienia. Można kogoś odrzucić, ponieważ wcześniej samemu było się odrzuconym. Można wrócić nie dlatego, że jest się gotowym na miłość, ale dlatego, że nie potrafi się znieść myśli o ostatecznej utracie. Można też odejść od kogoś, kogo nadal się kocha, ponieważ bliskość zaczęła budzić więcej lęku niż bezpieczeństwa.

I może właśnie dlatego najbardziej niepokojące historie nie mają wyraźnego zakończenia. Nie kończą się momentem, w którym człowiek rozpoznaje w sobie anioła albo diabła. Zostają z nim znacznie dłużej, jako pytania dotyczące tego, co naprawdę nim kierowało, kiedy wybierał, wracał, odchodził, wybaczał albo nie potrafił wybaczyć. Czasami dopiero po wielu latach można spojrzeć na dawną decyzję bez potrzeby jej obrony. Nie dlatego, że nagle wiadomo wszystko, lecz dlatego, że przestało się potrzebować jednej wersji wydarzeń.

Wtedy również dawne osoby zaczynają zajmować inne miejsce. Nie muszą już być ani utraconą miłością, ani źródłem wszystkich problemów. Mogą pozostać częścią historii, która miała własny czas, własne emocje i własne błędy. Nie oznacza to zapomnienia. Pamięć może nadal wracać w najmniej oczekiwanych chwilach. Czasami wystarczy piosenka, zapach, ulica, pora dnia albo przypadkowo zasłyszane zdanie. Różnica polega na tym, że wspomnienie nie zawsze musi już prowadzić do działania.

A jednak niektóre pytania zostają. Zwłaszcza te, które dotyczą ludzi, których kiedyś kochaliśmy, a których nie potrafimy już jednoznacznie nazwać ani dobrymi, ani złymi. Być może byli jednocześnie jednym i drugim, w różnych momentach, tak jak my byliśmy dla nich kimś innym w zależności od tego, czego sami wtedy potrzebowaliśmy. Człowiek może być czyimś schronieniem i źródłem lęku. Może być czyimś ważnym wspomnieniem i największym rozczarowaniem. Może kogoś kochać, a mimo to nie umieć z nim dobrze żyć.

Właśnie dlatego opowieść o aniele i diable tak łatwo przenosi się z religijnych obrazów do zwyczajnych ludzkich historii. Nie potrzebuje nadprzyrodzonych postaci, żeby zachować swoją siłę. Wystarczy człowiek, który późną nocą wraca do jednej rozmowy. Ktoś, kto po latach nadal pamięta czyjś głos. Ktoś, kto mówi, że już nie czeka, a jednak przez chwilę zatrzymuje się, kiedy telefon rozświetla ekran. Ktoś, kto wraca do miejsca, w którym kiedyś wszystko się zaczęło, nie po to, żeby odzyskać przeszłość, lecz żeby sprawdzić, czy nadal coś w nim porusza.

Takie momenty nie dają prostych odpowiedzi. Być może nawet nie powinny. Człowiek pozostaje istotą, która potrafi jednocześnie budować i niszczyć, chronić i ranić, przywiązywać się i uciekać. Czasem potrzebuje drugiego człowieka tak bardzo, że zaczyna bać się samej bliskości. Czasem odrzuca to, czego najbardziej pragnął, ponieważ kiedy staje się realne, przestaje być bezpieczną fantazją. Czasem wraca dopiero wtedy, gdy druga osoba przestała już czekać. Czasem odchodzi właśnie wtedy, kiedy mogłaby zostać.

I gdzieś pomiędzy tymi decyzjami znajduje się człowiek, który nie zawsze zna własne motywacje tak dobrze, jak chciałby wierzyć. Nie jest przez to ani niewinny, ani potępiony. Jest po prostu uwikłany w pamięć, emocje, potrzeby i lęki, które nie układają się w prostą kolejność. To uwikłanie nie usuwa skutków jego działań, ale sprawia, że każda historia wymaga więcej cierpliwości, niż zwykle jesteśmy gotowi jej poświęcić.

Może dlatego najdłużej zostają z nami nie osoby, które były wyłącznie dobre albo wyłącznie złe. Zostają ci, przy których sami nie potrafiliśmy być do końca tacy, jakimi chcieliśmy się widzieć. Ci, przy których odkrywaliśmy własną czułość, ale również zazdrość. Własną lojalność, ale również potrzebę kontroli. Zdolność do przebaczenia, ale też pragnienie, żeby druga osoba choć raz poczuła ten sam ból. Takie relacje nie dają się łatwo uporządkować, ponieważ dotykają nie tylko tego, kim był drugi człowiek, lecz także tego, kim byliśmy my, kiedy byliśmy obok niego.

I być może właśnie wtedy obrazy anioła i diabła tracą swoją prostą symetrię. Nie stoją już po dwóch stronach człowieka jak dwie wyraźne postacie, między którymi wystarczy dokonać wyboru. Bardziej przypominają język, którym próbujemy nazwać własne doświadczenia, kiedy zwykłe słowa okazują się zbyt małe. Dobro może mieć twarz osoby, która została skrzywdzona, ale może też pojawić się w kimś, kto potrafił się zatrzymać, zanim odpowiedział własną krzywdą. Zło może być widoczne w czynie, ale czasem jego początek znajduje się dużo wcześniej, w lęku, który przez lata pozostawał nierozpoznany, w potrzebie kontroli, która udawała troskę, albo w przekonaniu, że własne cierpienie daje prawo do zadawania cierpienia innym.

A potem przychodzi zwyczajny dzień. Bez wielkich decyzji, bez religijnych symboli, bez jasnego znaku, po której stronie człowiek właśnie się znalazł. Ktoś odbiera telefon albo go nie odbiera. Ktoś odpisuje albo milczy. Ktoś wraca do domu i po raz kolejny przypomina sobie rozmowę sprzed lat. Ktoś inny zaczyna nową relację, ale pewien fragment dawnego życia nadal nosi w sobie jako historię, której nie potrafi całkowicie usunąć. W takich zwyczajnych chwilach wszystkie wielkie opowieści o dobru i złu schodzą na drugi plan. Zostaje człowiek i to, czego nie umie już cofnąć, czego jeszcze nie potrafi nazwać i czego być może długo nie będzie potrafił rozstrzygnąć.

To chyba najbardziej niewygodna część tej historii. Nie zawsze wiadomo, czy to, co przyciąga nas do przeszłości, rzeczywiście było dobre dla naszego życia. Nie zawsze wiemy, czy powrót wynika z miłości, czy ze strachu przed pustką. Nie zawsze potrafimy odróżnić potrzebę bliskości od potrzeby bycia potrzebnym. Nie zawsze umiemy powiedzieć, czy kogoś naprawdę chcemy, czy tylko nie chcemy, żeby przestał chcieć nas. I nie zawsze rozpoznajemy moment, w którym przeszłość przestaje być wspomnieniem, a zaczyna kierować teraźniejszością.

Być może dlatego pewne historie nigdy nie kończą się w sposób, którego oczekiwaliśmy. Niektóre nie zostają naprawione, inne nie zostają ostatecznie zerwane. Czasem uczucie wygasa, ale pamięć pozostaje. Czasem pamięć słabnie, a po latach wraca emocjonalna reakcja. Czasem człowiek spotyka dawną osobę i odkrywa, że największa zmiana wydarzyła się nie między nimi, lecz w nim samym. A czasem jedno spojrzenie wystarcza, żeby przez kilka sekund powrócił cały świat, o którym był przekonany, że już dawno przestał istnieć.

W takich chwilach trudno mówić o aniele i diable jak o dwóch prostych odpowiedziach. Bardziej przypominają pytania, które człowiek nosi w sobie długo po tym, kiedy przestaje wierzyć, że istnieje jedna odpowiedź. Pytania o to, ile w naszych wyborach jest miłości, ile strachu, ile potrzeby bycia kochanym, a ile potrzeby zachowania kontroli. O to, czy można kogoś kochać i jednocześnie nie umieć z nim być. O to, czy można odejść bez wymazania uczuć. O to, czy człowiek naprawdę wybiera między światłem a ciemnością, czy częściej próbuje po prostu znaleźć miejsce, w którym przez chwilę będzie mu łatwiej żyć z samym sobą.

I może właśnie dlatego granica między jednym a drugim nigdy nie pozostaje całkowicie nieruchoma. Przesuwa się wraz z doświadczeniem, pamięcią, stratą, miłością i tym wszystkim, czego człowiek dowiaduje się o sobie dopiero wtedy, kiedy jest już za późno, żeby zachować dawną niewinność. Nie daje to prostego rozgrzeszenia ani prostego potępienia. Pozostawia raczej tę nieprzyjemną świadomość, że człowiek może przez całe życie próbować zrozumieć własne wybory, a mimo to w niektórych momentach nadal nie będzie wiedział, dlaczego wyciągnął rękę, kiedy powinien był odejść, dlaczego uciekł, kiedy ktoś był mu potrzebny, albo dlaczego po tylu latach pewne imię wciąż potrafi zatrzymać myśl na dłużej, niż sam chciałby przyznać.



 Bywa jednak, że największe zamieszanie zaczyna się wtedy, kiedy człowiek przestaje walczyć z tym, co wydarzyło się wcześniej, a zaczyna układać z tego własną wersję historii. Pamięć nie jest przecież wiernym zapisem wydarzeń. Z czasem przesuwa akcenty, łagodzi jedne szczegóły, wzmacnia inne i dopisuje znaczenia, których w chwili zdarzenia nikt jeszcze nie dostrzegał. To, co kiedyś było zwyczajną rozmową, po latach może stać się momentem przełomowym. W relacjach szczególnie łatwo zauważyć, jak nieobecność drugiej osoby zmienia sposób odczytywania wspólnej przeszłości. Czasem wystarczy przypadkowe miejsce, znajomy głos albo fragment piosenki, żeby uruchomić cały ciąg skojarzeń. Nie zawsze chodzi wtedy o potrzebę odzyskania relacji. Znacznie częściej wraca obraz tego, kim sami byliśmy w obecności konkretnego człowieka. Można tęsknić nie tylko za drugą osobą, lecz także za własną odwagą, poczuciem bezpieczeństwa albo intensywnością emocji, które pojawiały się właśnie wtedy. Z tego łatwo rodzi się idealizowanie przeszłości. Nie musi być świadomym fałszowaniem wydarzeń. Pamięć sama potrafi łagodzić konflikty, rozmywać rozczarowania i wzmacniać chwile bliskości. Po pewnym czasie można zacząć przeżywać nie tyle to, co rzeczywiście było, ile własną wersję tamtej historii. Równie mylące bywa spojrzenie odwrotne, kiedy człowiek po latach przypisuje sobie odpowiedzialność za wszystko, co poszło źle. Dzisiejsza wiedza zmienia sposób odczytywania dawnych sytuacji, ale nie oznacza, że obecna interpretacja jest automatycznie pełniejsza. Człowiek zna zakończenie, więc łatwo wydaje mu się, że powinien był przewidzieć początek, choć wtedy posiadał zupełnie inną wiedzę i zupełnie inne emocje.

W relacjach szczególnie mocno widać potrzebę dopisywania brakujących odpowiedzi. Dlaczego ktoś wracał, skoro nie chciał zostać? Dlaczego deklarował bliskość, a później się wycofywał? Dlaczego szukał kontaktu, kiedy wcześniej sam go zerwał? Takie pytania kuszą prostym wyjaśnieniem, choć człowiek może jednocześnie potrzebować bliskości i bać się jej konsekwencji. Może szczerze czegoś pragnąć, a mimo to nie być gotowym na rzeczywistość, która pojawia się wraz z tym pragnieniem. Nie każda trudna relacja daje się więc sprowadzić do świadomej manipulacji. Czasami jej przebieg wynika z niewypowiedzianych potrzeb, lęku i decyzji podejmowanych pod wpływem chwili.

Z tego powodu powroty bywają mylące. Sam fakt ponownego pojawienia się drugiej osoby niewiele jeszcze wyjaśnia. Może za nim stać potrzeba zamknięcia pewnego etapu, samotność, poczucie winy, przywiązanie do znanego świata albo przekonanie, że wcześniej popełniono błąd. Te motywacje mogą wyglądać podobnie z zewnątrz, choć prowadzą do zupełnie różnych konsekwencji. Dopiero późniejsze zachowanie odsłania, czy za gestem stoi rzeczywista zmiana, czy raczej potrzeba odzyskania czegoś, co przestało być dostępne.

Jeszcze trudniejsze są sytuacje, w których obie osoby chcą od siebie czegoś innego, ale żadna nie potrafi tego jasno nazwać. Jedna szuka potwierdzenia, druga bezpieczeństwa. Jedna traktuje rozmowę jako początek, druga jako zamknięcie. Jedna chce odzyskać dawną bliskość, druga potrzebuje tylko wiedzieć, że nadal coś znaczy. Wtedy ludzie przestają reagować wyłącznie na rzeczywiste zachowania i zaczynają odpowiadać na własne interpretacje. Milczenie staje się dowodem obojętności, dystans oznaką lęku, a pojedynczy gest zaczyna wyglądać jak obietnica.

Tak powstają mechanizmy, które z czasem trudno zatrzymać. Ktoś wycofuje się, żeby odzyskać poczucie kontroli, druga osoba odbiera to jako odrzucenie i zaczyna naciskać. Nacisk zwiększa potrzebę wycofania, a wycofanie potęguje niepewność. Po kilku takich cyklach obie strony mogą być przekonane, że to druga osoba jest źródłem problemu, choć każda z nich częściowo reaguje na zachowanie wywołane przez własną reakcję. Nie zawsze istnieje jeden moment, w którym można wskazać początek tego procesu.

Podobnie działa potrzeba kontroli. Czasami człowiek chce wiedzieć, co ktoś czuje, dlaczego milczy, czy jeszcze jest zainteresowany i co oznacza jego zachowanie. Odpowiedź ma przynieść spokój, lecz często produkuje kolejne pytania. Każda wiadomość może zostać przeanalizowana, każda zmiana tonu otrzymuje znaczenie. W pewnym momencie relacja przestaje być spotkaniem dwóch osób, a staje się próbą rozwiązania zagadki, której druga strona sama może nie rozumieć.

Milczenie szczególnie łatwo poddaje się takim interpretacjom. Może oznaczać obojętność, zmęczenie, brak słów, potrzebę dystansu albo zwyczajną niegotowość do rozmowy. Człowiek, który czeka na odpowiedź, rzadko pozostawia tę pustkę pustą. Wypełnia ją własną wersją wydarzeń. Brak informacji zaczyna wtedy funkcjonować jak informacja, choć nią nie jest.

Niektóre historie dlatego tak długo pozostają niedomknięte. Nie mają jednego winnego ani jednego wydarzenia, które wyjaśniałoby wszystko. Kończą się przez zmęczenie, niedopasowanie, różne potrzeby, niewypowiedziane żale albo decyzje, których żadna ze stron nie potrafi później w pełni uzasadnić. Może istnieć realna krzywda bez prostego podziału ról. Można jednocześnie żałować własnych decyzji i wiedzieć, że ich skutków nie da się cofnąć.

Psychologiczne wyjaśnienia pomagają nazwać część tych mechanizmów, ale łatwo zamienić je w kolejne etykiety. Człowiek nie jest wyłącznie swoim lękiem, sposobem przywiązania ani mechanizmem obronnym. Te pojęcia opisują pewne tendencje, nie całą osobę. Zachowanie może mieć swoje źródło w przeszłości, a mimo to pozostać zależne od konkretnej chwili, relacji i emocji, których nie dało się wcześniej przewidzieć.

Z czasem zmienia się również sposób patrzenia na własne decyzje. Dopiero po zakończeniu pewnych wydarzeń można zobaczyć, jak wiele energii pochłaniało oczekiwanie na cudzą reakcję, jak często rozmowa przedłużała stan zawieszenia i jak łatwo pojedyncze gesty urastały do rangi dowodów. Późniejsza perspektywa nie musi być ostatecznie prawdziwa. Jest po prostu mniej związana z tamtym momentem i dlatego pozwala zobaczyć inne szczegóły.

Właśnie tutaj anioł i diabeł przestają być wystarczającymi figurami do opisania ludzkiego zachowania. Żadna z tych postaci nie mieści całego człowieka. Symbol anioła łatwo zamienić w obraz niewinności, której nikt nie jest w stanie utrzymać przez całe życie. Symbol diabła równie łatwo wykorzystać do uproszczenia cudzej winy i odsunięcia od siebie pytania o własne wybory. Tymczasem moralność zaczyna się właśnie tam, gdzie kończy się wygodna etykieta. Liczy się konkretny czyn, jego skutek i stosunek człowieka do tego, co zrobił.

Po pewnym czasie dawne wydarzenia przestają zajmować całą przestrzeń. Nie dlatego, że zostały rozwiązane, lecz dlatego, że życie nauczyło się istnieć obok nich. Nie każda sprawa otrzymuje satysfakcjonujące wyjaśnienie, nie każda relacja kończy się rozmową, po której wszystko staje się jasne. Czasem pozostaje jedynie świadomość, że pewnego etapu nie można już odtworzyć w dawnym kształcie.

Wtedy ważniejsze od pytania, kto był aniołem, a kto diabłem, staje się pytanie o konkretne zachowanie. Nie chodzi o wielkie deklaracje ani o efektowne przemiany. Chodzi o słowa wypowiedziane wtedy, kiedy łatwiej było milczeć, o przewagę wykorzystaną przeciwko komuś słabszemu, o decyzję podjętą ze świadomością, że jej ciężar poniesie ktoś inny. Właśnie w takich szczegółach moralność przestaje być abstrakcyjnym pojęciem i staje się częścią codziennego życia.

Nie wszystko da się naprawić. Nie każda krzywda prowadzi do pojednania, a nie każda przemiana przywraca utracone zaufanie. Człowiek może zrozumieć swoje zachowanie dopiero wtedy, kiedy jego konsekwencje stały się nieodwracalne. Może też całymi latami uważać się za niewinnego, ponieważ przyzwyczaił się do własnej wersji wydarzeń. Zrozumienie przyczyn nie cofa skutków. Żal nie zawsze odbudowuje relację. Przebaczenie nie musi oznaczać ponownego otwarcia drzwi.

Dlatego opowieść o aniele i diable nie kończy się prostym wskazaniem zwycięzcy. Jej siła tkwi raczej w tym, że oba symbole od dawna próbują nazwać coś, czego człowiek nie potrafi całkowicie uporządkować. Potrzebę dobra, pokusę przekroczenia własnych zasad, pragnienie niewinności i lęk przed własnym cieniem. Dawny język religijny nadał tym doświadczeniom konkretne postacie. Współczesna psychologia opisuje je innymi pojęciami, ale sam problem nie zniknął.

W końcu zostaje zwyczajne życie, które toczy się dalej bez uroczystego rozstrzygnięcia. Nie ma już potrzeby wskazywania, kto zasłużył na rolę anioła, a kto powinien zostać nazwany diabłem. Są decyzje, których konsekwencje trzeba przyjąć, relacje, których nie udało się ocalić, i wspomnienia, które z czasem zmieniają swoje znaczenie. Człowiek może próbować zrozumieć własne zachowanie, ale nie zawsze znajdzie wersję wydarzeń, w której wszystkie elementy będą do siebie pasować.

Może właśnie dlatego najtrudniejsze pytanie nie brzmi, czy dobro i zło istnieją, lecz co dzieje się z człowiekiem, kiedy przestaje patrzeć na nie jak na dwie odległe siły i zaczyna dostrzegać je w zwyczajnych decyzjach. Wtedy nie można już schować się za symbolem. Nie wystarczy powiedzieć, że ktoś był aniołem albo diabłem. Zostaje konkretny czyn, druga osoba po jego drugiej stronie i świadomość, że pewnych rzeczy nie da się cofnąć samym pragnieniem, aby wyglądały inaczej.

Komentarze

  1. Najtrudniej jest przebaczyć sobie. To niemal niemożliwe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, z tym chyba najtrudniej sobie poradzić. Możemy wybaczyć komuś innemu, bo łatwiej spojrzeć z dystansu, ale wobec siebie często jesteśmy znacznie bardziej surowi. A przecież bez pogodzenia się z własnymi błędami trudno naprawdę ruszyć dalej.

      Usuń
  2. Ciekawy tekst. Ja jestem osobą często dającą drugą, a nawet trzecią szansę. Niestety, ale było to nadużywane w przeszłości. Trochę mnie to też nauczyło. Dzisiaj wiem, iż nie warto. Po za tym są takie osoby, którym pewnych spraw nie wybaczę nigdy (mowa o malutkiej liczbie - nie licząc naszych "przyjaciół" z Rosji oraz temu, kto (i jeśli) skrzywdził mojego ukochanego kotka - w tym mojej byłej pracodawczyni, która swoje stanowisko dostała po znajomości i rozpieprzyła naprawdę super, wspaniałe miejsce). Pewnym istotom nie warto pobłażać.
    Andrzeju, pozdrawiam Cię serdecznie i życzę miłej niedzieli!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że z czasem człowiek uczy się, że druga szansa ma sens tylko wtedy, kiedy druga strona rzeczywiście potrafi ją wykorzystać. Jeśli ktoś regularnie przekracza granice i korzysta z naszej wyrozumiałości, w pewnym momencie trzeba po prostu powiedzieć „dość”. A jeśli chodzi o krzywdę wyrządzoną komuś lub zwierzęciu, rozumiem, że są rzeczy, z którymi trudno się pogodzić i o których nie da się tak po prostu zapomnieć. Pozdrawiam serdecznie i również życzę Ci spokojnej, dobrej niedzieli

      Usuń
  3. A czy zawsze wiemy, co jest dobre, a co złe? Czy może mamy swoje subiektywne przekonania?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że bardzo często właśnie tak jest. To, co dla jednej osoby jest oczywistym dobrem, dla innej może już budzić wątpliwości, bo patrzymy na świat przez własne doświadczenia, wartości i przekonania. Są oczywiście sytuacje, w których granica wydaje się jasna, ale w wielu przypadkach nie jest już taka oczywista. I chyba właśnie dlatego pytanie o dobro i zło nigdy nie ma jednej, prostej odpowiedzi.

      Usuń
  4. Interesujący tekst, zastanowiło mnie jak napisałeś że ludzie wolą jednoznacznie złych bo wtedy łatwiej taką osobę sklasyfikować, a co jeśli można przeczytać że czasem i Niemcy w czasie 2 wojny światowej mieli ludzkie odruchy.... spotkałam już złych ludzi i dziś afirmuję tylko dobrych, ciepłych z czystymi intencjami, pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest chyba największy problem z jednoznacznym podziałem na dobrych i złych – człowiek potrafi zachować się przyzwoicie w jednej sytuacji, a w innej zrobić coś zupełnie przeciwnego. Historia pokazuje, że nawet w czasach największego okrucieństwa zdarzały się ludzkie odruchy, ale nie zmienia to oceny czynów ani odpowiedzialności za nie. Dlatego też rozumiem Twoje podejście, żeby w codziennym życiu otaczać się przede wszystkim ludźmi ciepłymi i życzliwymi. To chyba daje znacznie więcej spokoju. Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  5. Ciekawy tekst. Granica między dobrem, a złem bywa bardzo cienka, czasem jesteśmy zaskoczeni tym, co wynika później z naszych decyzji... Myślę, że wybaczać warto, ale wybaczenie i danie drugiej szansy to nie zawsze to samo
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty